NewsroomRelacje

Tajemniczo i roślinnie – relacja z finału trasy KIWI

fot. @kasiarynphoto / Kasia Rynkiewicz

Finał trasy polskiej artystki KIWI był niezwykle hipnotyzującym wydarzeniem. W ten jeden jakże wyjątkowy niedzielny wieczór klub Niebo wypełnił się dźwiękami, które od pierwszych minut emanowały czymś tajemniczo urzekającym. Jak artystka świętowała finał swojej trasy promującej najnowszy album sama? Czytajcie naszą relację!

Kiedy wspominam ten wieczór, ciągle nasuwają mi się te dwa epitety definiujące Niebo tego wieczora – tajemniczo i roślinnie. Kiwi, jak zawsze, już od samego początku zbudowała wokół siebie aurę enigmatyczności, wciągając publiczność w swój muzyczny świat. Jej głos, pełen emocji, w połączeniu z tajemniczą, ale zawsze wyważoną i dopasowaną grą świateł stworzył atmosferę, w której trudno było oderwać wzrok od sceny. To też dowód, że da się połączyć klubowe brzmienia i rośliny, a do tego zrobić świetne show z którego nie chce się wychodzić, bo czujesz niedosyt i potańczyłbyś jeszcze.

Koncert momentami brzmiał nieco mrocznie, co tylko dodało mu charakteru. Taki już styl Kiwi, która swoje utwory utrzymuje w większości w klimatach klubowych albo przeciwstawnie – balladowych. Myślę, że nie ma nic pomiędzy, bo to artystka, która wiernie podąża swoją koncepcją i nie interesuje ją mainstream. Dzięki tej wiernej postawie zapełnia może i stosunkowo małe kluby – ale za to wypełnia je po brzegi osobami, które wiedzą po co przyszły. Nie dało się uświadczyć tu osoby, która by się nudziła – większość publiki albo słuchała niczym zaczarowana, albo skakała i tańczyła. Nawet utwory, które w studyjnych wersjach może wydają się delikatniejsze, na żywo nabrały głębi i intensywności. Ta wspomniana lekka mroczność nie jednak była przytłaczająca – przeciwnie, stanowiła intrygujący kontrast do bardziej melodyjnych fragmentów, dzięki czemu występ miał wyjątkowo zróżnicowany klimat.

Całość odbywała się w mocno klubowo zaaranżowanej przestrzeni, co dodatkowo podkreśliło bliskość artystki z publicznością. Kiwi potrafiła świetnie wykorzystać tę kameralność – każda piosenka brzmiała tu dobrze. Dodatkowego klimatu nadała na pewno sceneria, która była jedną z piękniejszych jakie kiedykolwiek widziałam na takim małym koncercie. Zazwyczaj spotykamy się z kilkoma lampami, może jakimiś konstrukcjami, ale tutaj – mieliśmy do czynienia z prawdziwym LASEM. Ilość roślinności, która znajdowała się na scenie… WOW! Do dzisiaj nie mogę pojąć jak w tym wszystkim zmieścił się jeszcze zespół i miejsce dla artystki. Całość nawiązywała oczywiście spójnie do tematu przewodniego płyty.

W trakcie koncertu na scenie dołączył do artystki Patryk Pietrzak i razem wykonali oni swój wspólny kawałek zawracam. Tak poza konkursem, jest to jeden z moich faworytów z albumu sama. Dodatkowo warto posłuchać na pewno utworów takich jak nerw, w gardle, zamknięta w szkle no i przegenialny sobie daj (tu we współpracy akurat z Baaschem). Oczywiście to nie tak, że była to jedna wielka potańcówka, bo pojawiły się też przerwy na ballady wykonane przy pianinie. Tu akurat piękne zgrane światła na chwile zwalniały, okalając promieniem Kiwi.

A gdy już się powzruszaliśmy, znowu od zera do setki, bo nie zabrakło także momentów z pazurem – dynamicznych refrenów, mocniejszych beatów i czasami nawet wręcz powiedziałabym rockowych wstawek w aranżacjach. Te fragmenty wprowadzały powiew świeżości, wyrywając słuchaczy z zadumy balladowej i porywając ich do wspólnego skakania. Pojawiły się też stare klasyki z pierwszej płyty Pętla takie jak Monochrom, Paranoje czy Kruszysz. Dzięki temu koncert był nie tylko piękną muzyczną podróżą (w czasie), ale też pełnym energii show. Wisienką na torcie była klasyczna dla Kiwi zabawa konsoletą i dźwiękami, bo wspominałam już, że jest ona producentką? Jeśli nie, to już wiecie, a ewolucja improwizowana kawałków na żywo – które potrafiły przeciągnąć się nawet o kilka minut – bujała świetnie.

Całość była naprawdę świetnym show, które widać, że było przygotowane od serca dla swoich fanów. Cała gra świateł i ta niesamowita sceneria, te wszystkie konstrukcje z liści, zabawa muzyką, improwizacja, dzikie wręcz tańce – to wszystko złożyło się na koncert, który długo wspominać sobie będę. Cieplutko polecam Wam przesłuchanie albumu sama, a jeśli nie znacie wcześniejszej twórczości Kiwi, to również album Pętla, bo uwielbiam do niego wracać. Nawet już po ponad 3 latach od jego premiery, uważam go za jeden z najlepszych albumów polskiej sceny alternatywno-klubowej roku 2022.

A TUTAJ zobaczycie zdjęcia z koncertu (fot. Kasia Rynkiewicz).