NewsroomWywiady

Leon Krześniak w rozmowie z WLKM.pl: “Zbiór piosenek o słonecznym, retro brzmieniu”

Fot. Bartosz Mieloch

Leon Krześniak przez lata współtworzył utwory, które trafiały na listy przebojów. Tym razem sam wyszedł z cienia producenta i zadebiutował albumem „Słoneczna strona ulicy”. Leon Krześniak opowiada o tym, jak wyglądało przejście do roli frontmana, dlaczego nie wierzy w przepis na hit, co łączy go muzycznie z Mrozem i dlaczego uważa, że w czasach sztucznej inteligencji warto jeszcze mocniej stawiać na żywe granie.

Minęło już troszkę czasu od premiery Twojego debiutanckiego albumu. Jakie to uczucie wydać swój autorski materiał? 

Absolutnie. To jest piękne i długo wyczekiwane uczucie, bo nad tą płytą pracowałem prawie trzy lata. Wynikało to też z tego, że cały czas jestem czynnym producentem i współtwórcą piosenek innych artystów. To ogromna ekscytacja móc stworzyć coś po swojemu. Dużo satysfakcji też daje to, że miałem wpływ nie tylko na muzykę, ale też na całą otoczkę płyty. Teraz trzymam w ręku, widzę zdjęcia, każdy element wydawnictwa i wiem, że miałem na to wpływ. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak to wyszło. I pomimo że to dopiero debiutancki projekt, to te płyty stoją już u ludzi na półkach, więc wszystko jest na dobrej drodze.

Pamiętasz moment, w którym zdecydowałeś, że teraz to Ty staniesz na scenie i będziesz liderem swojego autorskiego projektu? 

Pamiętam taki okres, kiedy byłem już po sukcesach z Zalią przy płycie „Serce” i po “Tam słońce, gdzie my” z Wiktorem Dydułą. Oni często jeździli na koncerty. Ja oczywiście miałem już wtedy sporą część swojego materiału, bo – tak jak mówiłem – zbierałem te piosenki przez dłuższy czas. Po prostu przez to, że lubię tworzyć, robię to często. Zdarzały się momenty, kiedy mówiłem sobie: „dobra, teraz czas na mnie” – i pisałem coś dla siebie. Nawet wtedy jeszcze bez konkretnej intencji, bez myślenia o wydawaniu czy pokazywaniu tego komukolwiek, ale po prostu z czystej potrzeby tworzenia. I w pewnym momencie zobaczyłem, że artyści, z którymi współpracuję, jeżdżą na koncerty, festiwale, mają intensywne, ciekawe lato i zacząłem za tym tęsknić. Też chciałem ruszyć w trasę, odwiedzać różne miasta, grać koncerty i poczuć tę energię na żywo. Można powiedzieć, że jakieś półtora roku temu naprawdę mocno się nastawiłem na to, że to jest kolejny krok, który chcę zrobić.

Skoro wspomniałeś o koncertach to chciałabym zapytać o występ na Torwarze. Zagrałeś tam jako support Krzyśka Zalewskiego. Jak to jest stanąć na scenie i wystąpić przed tak ogromną publicznością?

Przede wszystkim to wielka radość i wdzięczność. Dziękuję za to Krzysiowi, bo podzielenie się swoją publicznością wcale nie jest oczywiste. Każdy artysta pracuje na to latami, więc uważam, że to naprawdę duży gest z jego strony. Co ciekawe, głównie czułem radość i ekscytację. O dziwo, nie było to szczególnie stresujące. Nie wiem, z czego to wynikało. Może tak jest, że jeśli scena jest duża i ludzie są dalej i nie widać pojedynczych twarzy i grymasów to nie rozkminia się, czy ludzie oceniają, tylko robi się swoje. I to był naprawdę jeden z moich lepszych koncertów. Mam ze sobą na scenie świetnych muzyków, więc to też dodaje pewności siebie. Mogę się skupić na tym, żeby dać energię publiczności zamiast obawiać się tego, czy coś nie wyjdzie.

To samo kiedyś powiedział mi Patrick The Pan. Mówił, że kiedy gra stadionowe koncerty z Dawidem Podsiadło, nie odczuwa aż takiego stresu jak na kameralnych autorskich występach, ponieważ ludzie są bardziej w oddali. 

Tak, ja raptem tydzień po Torwarze miałem koncert premierowy. Taki bardziej dla ludzi z branży, trochę dla moich przyjaciół, muzyków, wokalistów, w tym kilku bardzo znanych osób. I pomimo tego, że to było jakieś pięćdziesiąt osób w małej, świetnie przygotowanej akustycznie, przestrzeni to właśnie tam emocje były dużo bardziej odczuwalne – bardziej związane ze stresem, więc coś w tym jest.

Wspomniałeś w rozmowie już kilka nazwisk artystów, z którymi współpracujesz. Wśród nich jest też Mrozu. Mam wrażenie, że pod kątem brzmienia na Twoim albumie momentami słychać pewne punkty styczne z nim. Zastanawiam się, na ile inspiracje „przenoszą się” mimowolnie między projektami? 

Tak. Można powiedzieć, że przykład Mrozu jest tutaj dosyć charakterystyczny. Jeszcze zanim go poznałem i zacząłem z nim pracować, miałem wrażenie, że bardzo dużo inspiracji, zagranicznych artystów i płyt, których słucham od dzieciaka, pokrywa się z tym, co on też ma w swojej głowie i katalogu. Można powiedzieć, że jesteśmy z podobnej gliny. I zresztą bardzo szybko się to potwierdziło podczas naszej współpracy – zarówno prywatnie, jak i muzycznie zapuszczamy się w podobne rejony. Podobieństwo bywa wyczuwalne z dwóch powodów. Po pierwsze nawet gdybym go nigdy nie poznał, to i tak obracalibyśmy się w podobnych brzmieniach. A po drugie na pewno jego energia, z którą stykam się przez ostatni rok czy dwa lata, też miała na mnie wpływ. Myślę jednak, że gdybym pracował z kimś, kto ma zupełnie inny zbiór inspiracji, to byłoby to mniej odczuwalne. Moja tożsamość jest oparta o brzmienia lat siedemdziesiątych. I to retro to jest coś, co siedziało we mnie od zawsze.

To jest kierunek, którego chciałbyś się trzymać, czy planujesz eksperymentować i być może kolejny album pójdzie w zupełnie inną stronę?

Z pewnością moje brzmienie – pomimo tego, że to mój pierwszy album – jest już w jakiś sposób ukształtowane. Przez lata tworzenia i kombinowania z innymi artystami wypracowałem sobie rzeczy, których jestem pewien, które lubię i które są mi bliskie. Ten pierwszy krążek na pewno wyznacza jakiś kierunek i pokazuje, czego można się po mnie spodziewać. Jednocześnie mam poczucie, że jeszcze wiele przede mną do pokazania. Subgatunków i różnych odcieni grania opartego na cieplejszych gitarowych brzmieniach jest naprawdę sporo, więc tutaj można jeszcze dużo zwiedzać i kombinować. Myślę też, że doświadczenia koncertowe (których teraz jest coraz więcej) dają mi do myślenia, że kolejny album może być bardziej energetyczny. Może trochę mocniejszy, bardziej żywy. To się jeszcze okaże, ale jedno jest pewne – głód kolejnego wydawnictwa pojawił się we mnie od razu. I już nie mogę się doczekać.

W innych wywiadach wspominałeś o tym, że miałeś dużo wolności twórczej przy tworzeniu tej płyty. Zastanawiam się, czy mimo wszystko miałeś jakieś określone oczekiwania wobec odbioru tego materiału. 

Myślę, że daję też wolność temu, co ten album przyniesie. I to jest chyba najlepszy mindset do robienia takich rzeczy. Mam wokół siebie ludzi, którzy wierzą, że to ma sens, że warto w to iść i poświęcać godziny – zarówno na próby, jak i na wszystkie przygotowania związane z wydawnictwem i z tym, co dzieje się wokół tej płyty. To daje mi spokój ducha i poczucie, że po prostu trzeba robić swoje, bez zastanawiania się, czy to od razu będzie mainstreamowe, czy może nie będzie mainstreamowe nigdy. Wydaje mi się też, że żyjemy w ciekawym momencie, bo muzycznie i kulturowo trochę zataczamy koło. Mam wrażenie, że gitary i żywe instrumenty wracają. Do tego dochodzi cała dyskusja wokół sztucznej inteligencji – czym ona będzie, komu pomoże, a komu odbierze pracę. I wydaje mi się, że właśnie dlatego może nastąpić zwrot w stronę żywego grania i muzyki, która kojarzy się z kilkoma osobami stojącymi razem na scenie, grającymi ze sobą od lat i rozumiejącymi się bez słów. To jest coś, co mnie bardzo pociąga. Sam lubię oglądać takie zespoły i takich solistów, którzy od lat robią swoje i konsekwentnie budują własny świat. Dlatego podchodzę do tego z pokorą i spokojem. Mam poczucie, że jeśli nie będę się spieszył, to może będzie nawet lepiej, jeśli wszystko będzie rosło swoim tempem. Chciałbym po prostu trafiać do ludzi, którzy naprawdę kochają takie brzmienie i niekoniecznie słuchają tylko tego, co akurat jest mainstreamowe.

Poruszyłeś bardzo ciekawy temat sztucznej inteligencji w sztuce. Jak myślisz, z perspektywy muzyka, jak to wpłynie na rynek muzyczny? Obawiasz się, że może coś odebrać artystom?

Z pewnością wiele rzeczy może się zmienić, bo to jest obszar, który bardzo mocno dotyka świata nagrań i produkcji muzycznej. Natomiast wychodzę z założenia, że jeśli osoba, która nie ma dużego doświadczenia muzycznego, jest w stanie dzięki takim narzędziom stworzyć coś ciekawego, to tym bardziej ktoś, kto ma już doświadczenie, wyrobiony gust i samodzielnie stworzył kilka rzeczy, może wykorzystać je do wzbogacenia swojej muzyki. To jest kwestia wewnętrznego kompasu i tego, czy traktuje się takie rozwiązania jako kolejne narzędzie. Bo przecież kiedyś podobnie patrzono na sampling. Gdy zaczęto samplować różne linie czy fragmenty nagrań, też pojawiały się głosy, że to nie jest prawdziwe tworzenie muzyki. Dzisiaj ludzie patrzą na to zupełnie inaczej. Myślę, że nie należy się tego bać. Trzeba testować, próbować i tworzyć. A ostatecznie i tak najważniejsze jest to, co ktoś chce powiedzieć swoją muzyką. Dla mnie sam proces tworzenia jest czymś bardzo nagradzającym, a nie tylko końcowy efekt. I dlatego takie narzędzia w ogóle mi nie przeszkadzają.

Czy pisząc teksty miałeś poczucie, że pokazujesz więcej siebie i wystawiasz się bardziej na ocenę niż wcześniej jako producent?

Jest to bardziej osobiste, bo kiedy piszę własnymi słowami, to wiadomo, że jest z tym związane trochę więcej emocji. Pojawia się myślenie o tym, czy komuś się to spodoba, czy nie. Kryjąc się bardziej jako producent albo osoba od nagrywania instrumentów, mam trochę mniejsze ryzyko. To działa w obie strony – zarówno krytyka jak i pochwały mogą bardziej dotknąć. To są po prostu większe emocje.

Napisałeś wiele radiowych przebojów. Myślisz, że jest na to jakiś patent? Mógłbyś stworzyć kodeks: “Jak stworzyć przebój radiowy”? Czy jest coś, co może sprawić, że od razu poczujesz, że to będzie hit?

Szczerze mówiąc, tego się nie da przewidzieć. Kiedy już regularnie siedzi się w studiach, pracuje i robi piosenki z ludźmi to co któryś raz pojawia się takie wrażenie, że „okej, to może być utwór radiowy”. Po prostu coś w nim jest – jakaś energia, rodzaj brzmienia, powtarzalność w refrenie albo taki earworm, który zostaje w głowie. Natomiast tworzenie piosenki z nastawieniem: „zrobimy hita”, bardzo często jest ograniczające. I mam wrażenie, że rzadko kiedy z takim podejściem wychodzi cokolwiek fajnego. Lepiej mieć luz i często próbować tworzyć. Co któryś utwór po prostu ma te znamiona.

Czy jest gatunek muzyczny, którego byś się nie podjął? Załóżmy, że zwraca się do Ciebie artysta z zupełnie innego nurtu niż tworzysz na co dzień. Co wtedy robisz?

Staram się teraz, na tym etapie, kiedy wypracowałem już sobie pewne rzeczy, raczej dobierać ludzi, którzy czują podobnie. Chciałabym, żeby ten proces był jak najbardziej smooth, ale w przeszłości było kilka takich sytuacji. Miałem na przykład wyjazdy za granicę na campy songwriterskie, gdzie ludzie robili bardziej dance’ową muzykę albo próbowali stworzyć piosenkę na Eurowizję, co jest mi raczej obce. W takich sytuacjach wystarczy po prostu wrócić do dziecięcej zabawy muzyką. Trochę wycofać ego i robić coś for fun. I z takim nastawieniem też udało mi się zrobić kilka rzeczy. Może nie są mi one aż tak bliskie emocjonalnie i nie czuję w nich głębi, ale to nadal jest dobra zabawa. Stworzenie energetycznego, bardziej syntetycznego utworu, który zmusza do tańca, też daje frajdę.

Gdybyś miał opisać ten album jakiejś osobie, która jeszcze go nie słyszała, to co byś powiedział? 

Powiedziałbym, że to jest zbiór piosenek o słonecznym, ciepłym brzmieniu, takim trochę retro – wiem, często wracam do tego słowa. To też muzyka dla fanów takich brzmień, jakie w Stanach serwują tacy artyści jak John Mayer, Leon Bridges czy Kings of Leon. Różne sytuacje, które nie są kojarzone z ostrą, rockową muzyką, tylko raczej z czymś bliskim, przyjemnym, relaksującym. W sumie w ten sposób opisałbym też artystów, których słucham od lat.

Czego słuchasz prywatnie? Kiedy nie słuchasz czegoś do pracy to słuchasz dokładnie tych samych rzeczy, czy to są w ogóle dwa różne światy? 

Nie, absolutnie. Moja płyta jest efektem tego, co na co dzień mi towarzyszy. Często sprawdzam jakieś bardziej niszowe listy związane z indie popem albo muzykę, która dociera do nas z Australii i Nowej Zelandii. To są rzeczy, które są mi bliskie i bardzo często było tak, że kiedy trafiałem na nowych artystów, których wcześniej nie znałem, to potem się okazywało, że właśnie stamtąd pochodzą. 

Często wspominasz o stylistyce retro, a nasz portal jest nieco oldschoolowy. W dobie serwisów streamingowych nadal wierzymy, że kupowanie fizycznych nośników jest wartościowe i jest to forma wsparcia dla artysty. Jak Ty patrzysz na tę kwestię z perspektywy artysty i producenta? 

Uważam, że w obecnych czasach, jeśli ktoś kupuje płytę, to robi to głównie po to, żeby dać wyraz uznania – dać taką cegiełkę wsparcia i powiedzieć artyście: “rób to dalej”. Generalnie spodziewam się, że nawet większość osób, które kupiły tę płytę, i tak słucha jej głównie na platformach streamingowych i różnych serwisach. To jest piękne, że ludzie nadal to robią. I rzeczywiście – to jest dziś bardziej rodzaj pamiątki niż nośnik stricte muzyki. Ale fajnie jest to stworzyć, zaprojektować i wydaje mi się, że kiedy ktoś ma w ręku taki przedmiot, to może być po prostu bliżej całego konceptu. To jest jednak inne uczucie, kiedy wyjmie się płytę i włoży ją do odtwarzacza nawet w aucie czy gdziekolwiek, przeczyta książeczkę, zobaczy fotografie albo sprawdzi, kto nagrał jaki instrument. To inne doświadczenie niż słuchanie pojedynczych singli gdzieś na playlistach.

A Ty, z jakich nośników korzystasz najczęściej? 

Wiadomo, jak większość ludzi w tym momencie, słucham głównie na streamingu, ale też z winyla. Jestem jedną z tych osób, które wróciły do tej formy i bardzo się cieszę, że to teraz mocno rośnie. Mam wrażenie, że cały rynek trochę idzie w tę stronę – że ludzie, którym zależy na muzyce, mają w domu gramofon. To jest realnie coś bardzo przyjemnego z innym brzmieniem.

Zmierzając do końca, chciałabym zapytać, jak wyobrażasz sobie swoją karierę za pięć lat. Masz określone marzenia albo cele, do których chcesz dążyć?

Jeśli chodzi o przyszłość to podchodzę do tego z dużą pokorą. Nie wyznaczam sobie jakichś potężnych celów – raczej wolę się pozytywnie zaskakiwać tym, co się wydarza. Chcę po prostu robić jak najbardziej jakościowo to, co robię, a reszta niech się dzieje.

Dziękuję Ci za rozmowę! Życzę Ci, żeby się jak najwięcej działo, żeby ten kolejny album, o którym Ty wspomniałeś ukazał się jak najszybciej!

Dziękuję!