NewsroomRecenzje

The Rolling Stones – “Foreign Tongues” (RECENZJA)

Fot. Materiały Prasowe

To już koniec? Nie, właśnie teraz zaczyna się najlepsze! The Rolling Stones po raz kolejny pokazują, że wciąż mają coś do powiedzenia. “Foreign Tongues” to ich kolejna, a być może ostatnia płyta. Jeśli tak, jest to bardzo mocne pożegnanie.

“Hackney Diamonds” z 2023 roku oraz “Foreign Tongues” zostały nagrane w dużej części podczas tych samych sesji, są do siebie bardzo podobne. I dobrze. Po sukcesie poprzedniej płyty nie było powodu, żeby zmieniać sprawdzoną formułę. Oba albumy można wręcz uznać za płyty bliźniacze. Tym bardziej że pojawiają się informacje, iż Stonesi nagrali jeszcze więcej materiału. Czy nowość od Stonesów jest więc tylko kolejną częścią większej całości? A może zespół szykuje nam jeszcze jedną płytę? Na razie zostawmy te pytania. Najważniejsze jest to, co słyszymy – a słyszymy Stonesów w bardzo dobrej formie.

Foreign Tongues, czyli „Języki Obce”, można rozumieć na kilka sposobów. To może być nawiązanie do światowej popularności Stonesów – ich muzyka od dawna nie zna granic. Album zaczyna się mocnym „Rough And Twisted”. To klasyczny, bluesrockowy numer, który przypomina „Angry” z poprzedniej płyty. Jest dużo energii, mocne gitary i harmonijka Jaggera. Brzmi to dokładnie tak, jak powinno brzmieć The Rolling Stones. W skocznym, tanecznym „Mr. Charm” pojawia się chwytliwy motyw melodyczny – hitowy refren wciąż nie może wyjść z głowy. Z kolei radiowy „In The Stars” wykorzystuje riff przypominający „Rock And A Hard Place” z 1989 roku. Stonesi nie ukrywają, że czasami wracają do własnych pomysłów. Po ponad sześciu dekadach kariery trudno ich za to winić.

„Ringing Hollow” to spokojniejszy, country’owy moment płyty. Można go porównać do „Dreamy Skies”. „Hit Me In The Head” to szybki rockowy numer, podobny w charakterze do „Bite My Head Off”. W obu utworach pojawia się Paul McCartney. Co ważniejsze, w „Hit Me In The Head” słyszymy jedną z ostatnich nagranych partii perkusyjnych Charliego Wattsa. Lista gości jest zresztą bardzo ciekawa. Na płycie pojawiają się Robert Smith z The Cure, Chad Smith z Red Hot Chili Peppers oraz Steve Winwood. Producentem ponownie jest Andrew Watt, który pracował także przy Hackney Diamonds.

„Never Wanna Lose You” rozwija pomysł znany z „Mess It Up”. Jest taneczny rytm, mocny bas i trochę disco. Stonesi pokazują tutaj, że mimo swojego wieku nie zamierzają grać wyłącznie tego, co robili pół wieku temu. Bardzo dobrze wypada też „Back In Your Life”. To spokojna balladka, w której można znaleźć coś z klimatu Briana Wilsona. Na sam koniec Stonesi znów sięgają po klasykę. Tym razem wzięli na warsztat „Beautiful Delilah” Chucka Berry’ego. Nagranie brzmi bardzo surowo, niemal jak stare demo.

Największą niespodzianką jest jednak „You Know I’m No Good” Amy Winehouse. Stonesi bardzo dobrze poradzili sobie z tym utworem i pokazali, że potrafią sięgnąć po kultową piosenkę i zagrać to dobrze. To ciekawy hołd dla artystki, która — podobnie jak oni — miała własny styl i ogromną osobowość.

The Rolling Stones nie próbują udawać młodego zespołu. Nie muszą. Wiedzą, kim są i co potrafią. Korzystają ze swojego dorobku, wracają do dawnych pomysłów, ale jednocześnie pozwalają sobie na nowe brzmienia i współpracę z młodszymi muzykami. Czy to naprawdę ostatnia płyta? Szczerze mówiąc, trudno w to uwierzyć Po 64 latach The Rolling Stones nadal mają coś do powiedzenia. I wygląda na to, że w ich muzycznym magazynie wciąż zostało trochę amunicji.