NewsroomRelacje

The Pussycat Dolls zabrały Warszawę w nostalgiczną podróż [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Wybierając się na koncert The Pussycat Dolls, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Setlista pełna bangerów była właściwie pewnikiem, ale kondycja dziewczyn po latach od największej popularności zespołu – już niekoniecznie. Tym bardziej że tym razem PCD wystąpiły w trzyosobowym składzie, a nie jako pięcioosobowy girlsband, który pamiętamy z początku lat 2000. Znaków zapytania było więc kilka.

Ostatecznie okazało się jednak, że był to jeden z tych koncertów, o których długo się nie zapomina. I chyba pierwszy raz od dawna poczułam, że moja miłość do Pussycat Dolls naprawdę odrodziła się na nowo.

Już pierwsze sekundy koncertu, czyli otwarcie show utworem „When I Grow Up”, rozgrzały publiczność do czerwoności. Nikt nie siedział, a już na pewno nikt nie zamierzał stać sztywno. Dziewczyny od razu porwały fanów do tańca i szybko pokazały, że tego wieczoru nie będzie miejsca na nudę.

Scenografia, światła, ruchome elementy sceny, choreografie, wokale – wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno. A kiedy po „When I Grow Up” przyszły kolejno „Beep”, „I Don’t Need a Man” i „Wait a Minute”, wiedziałam już, że zdecydowanie nie chcę, żeby ten wieczór się kończył.

Chwilą wytchnienia od koncertowego szaleństwa były solowe występy dziewczyn. Jako pierwsza na scenie pojawiła się Kimberly, która oprócz swoich autorskich utworów na moment zamieniła się w DJ-kę. Z głośników poleciało między innymi „I Love It” Charli XCX, a publiczność dostała krótką przerwę od największych hitów PCD.

Chwilę później scenę przejęła Ashley Roberts i zrobiło się zdecydowanie bardziej emocjonalnie. Jej występ był pełen wrażliwości, a obok autorskiego materiału pojawiły się „Break Free” Ariany Grande i „Break My Soul” Beyoncé. Był to zupełnie inny klimat niż wcześniejsza, taneczna część koncertu, ale równie dobrze wpisywał się w całość tego wieczoru.

Na koniec wisienka na torcie, czyli Nicole i medley jej solowych hitów. Bez wątpienia był to moment, na który publiczność czekała szczególnie mocno. Ja przy „Right There” byłam już na granicy własnych emocji, przeżywając coś w rodzaju koncertowego spełnienia marzeń. Naprawdę dawno żaden występ nie dotknął mnie aż tak mocno.

Nicole swoim solowym setem nie tylko przypomniała, jak ogromną skalę ma jej głos, ale też pokazała, jak wyglądała jej kariera w czasie, gdy Pussycat Dolls zeszły na dalszy plan. I choć tego wieczoru na scenie ponownie była częścią PCD, przez kilka minut można było zobaczyć Nicole Scherzinger w pełni samodzielną – artystkę, która przez lata udowodniła, że jej kariera zdecydowanie nie kończy się na największych hitach zespołu.

Potem gnaliśmy już prosto do końca, ponownie przechodząc przez największe hity The Pussycat Dolls. Powrót całego składu na scenę przypieczętowało „Buttons”, choć nie obyło się bez drobnych komplikacji i spóźnionego wejścia Nicole. I właściwie dobrze – takie momenty tylko przypominają, że mamy do czynienia z koncertem na żywo, a nie perfekcyjnie wyreżyserowanym teledyskiem, w którym wszystko zawsze dzieje się dokładnie w odpowiednim momencie.

Jednym z ciekawszych momentów był remix „Buttons” z „Sports Car” Tate McRae. Zderzenie jednego z najbardziej charakterystycznych hitów PCD z aktualnym popowym brzmieniem pokazało, jak dobrze muzyka z lat 2000. może spotkać się ze współczesnością. Później było już tylko więcej nostalgii – „Stickwitu”, „Hush Hush” i w końcu „Don’t Cha”, którym zamknięto koncert.

W secie znalazło się też miejsce na „świeższe” utwory dziewczyn, czyli „Wet” i „Club Song”, dzięki czemu show nie ograniczało się wyłącznie do odtwarzania największych hitów sprzed lat. Miłym akcentem były również wstawki Nicole dotyczące jej polskich korzeni oraz zaproszenie na scenę rodzimych artystów – drag queens i Kajtka.

Są takie koncerty, po których wychodzisz z poczuciem, że mogłyby trwać jeszcze godzinami. Ten, który dały The Pussycat Dolls, mógłby właściwie nie kończyć się nigdy. Wyszłam z niego nie tylko z ogromną dawką nostalgii, ale też z poczuciem, że na nowo odkryłam zespół, który przez lata był dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym girlsbandem z lat 2000.

Bo The Pussycat Dolls to było zjawisko. Choreografie, wokale, seksapil, popowe hity i sceniczna energia, której później brakowało mi w wielu girlsbandach. Po tym koncercie jeszcze mocniej doceniłam ich legacy i zrozumiałam, dlaczego ich muzyka przetrwała próbę czasu. To artystki z krwi i kości i girlsband, którego drugiego takiego już po prostu nie było.

I jeśli ten koncert miał być przypomnieniem, dlaczego kiedyś tak bardzo je kochaliśmy, to zadziałał perfekcyjnie. A jeśli to dopiero początek ich powrotu – tym lepiej. Oby ta trasa nie była ostatnią okazją, żeby zobaczyć The Pussycat Dolls na scenie. Bo po tym, co wydarzyło się tego wieczoru, zdecydowanie nie jestem gotowa powiedzieć im „Don’t Cha”.