NewsroomRelacje

Męskie Granie Orkiestra 2026 w Krakowie – dwa dni muzycznej przygody [relacja]

Chociaż od Męskiego Grania minęła już chwila, a od krakowskiego przystanku, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, coś w okolicach miesiąca, emocje z tego koncertu są dla mnie wciąż zaskakująco żywe. I bardzo chcę się nimi z Wami podzielić. Może nawet dobrze wyszło, że ten materiał pojawia się dopiero teraz – przecież zaraz po koncertach zalała Was fala relacji, zdjęć, filmów i podsumowań. Teraz możemy więc razem trochę odświeżyć pamięć i wrócić do tych dwóch sierpniowych dni w Krakowie.

A jest do czego wracać!

Piątek, czyli kilka różnych światów na jednej scenie

Jako że przez większość czasu spędziłam pod Sceną Główną, to właśnie z tej perspektywy będę Wam opowiadać o krakowskim Męskim Graniu. I już pierwszy dzień pokazał, jak bardzo różne muzyczne światy potrafi połączyć ten festiwal.

Zaczęłam od Myslovitz. I tutaj pojawiło się to przedziwne, ale jednocześnie bardzo przyjemne uczucie – w ostatnim czasie utwory zespołu możemy słyszeć z różnych stron. Z jednej strony mamy Artura Rojka, który wraz z Dawidem Podsiadło wykonuje je podczas koncertów, a z drugiej – sam zespół. Słyszenie tych samych piosenek w różnych interpretacjach jest naprawdę ciekawym doświadczeniem. Każda z tych wersji ma trochę inny wydźwięk i emocje, ale obie pokazują, jak dobrze te utwory przetrwały próbę czasu.

Później przyszedł czas na Kacperczyków. To już temat dobrze nam znany i lubiany, więc chyba nikogo nie zdziwi, że bracia po raz kolejny dowieźli. Energia ze sceny bardzo szybko przeniosła się pod nią, a publiczność dostała dokładnie to, czego można było oczekiwać po ich występie. W końcu wszyscy jesteśmy Kacperczyk!

Ralph Kaminski z kolei przyniósł ze sobą zupełnie inną energię. I chyba najbardziej zapamiętam to, jak bardzo wyglądał, jakby po prostu świetnie bawił się na własnym koncercie. Było w nim dużo luzu, radości i takiej szczerej przyjemności z bycia na scenie. A to oczywiście natychmiast udzielało się publiczności. Trudno stać obojętnie, kiedy artysta wygląda, jakby sam miał z tego wszystkiego ogromną frajdę.

PRO8L3M i Kazik, czyli finał piątku

Na zakończenie piątkowego wieczoru pojawił się projekt, na który nie ukrywam, czekałam chyba najmocniej: Męskie Granie Przedstawia: KULT // PRO8L3M gra Kazika.

O samym projekcie pisałam już wcześniej, więc jeśli chcecie dokładniej przyjrzeć się temu, skąd w ogóle wziął się pomysł na połączenie PRO8L3M z twórczością Kazika, odsyłam Was do osobnego materiału. Tutaj interesuje mnie przede wszystkim to, jak ten projekt zadziałał na żywo.

I mam jedno małe „ale”. PRO8L3M zagrał naprawdę niewiele utworów. Trochę liczyłam na więcej, szczególnie że właśnie ich część projektu była dla mnie jednym z najbardziej interesujących elementów tegorocznego Męskiego Grania. Usłyszeliśmy między innymi utwory przygotowane w ramach projektu, kilka numerów PRO8L3M-u oraz „Arahję”. Choć był to krótki fragment wieczoru, chłopaki zdecydowanie wpasowali się w jego charakter i zostawili po sobie niedosyt.

A później na scenę wszedł Kazik. I tutaj dostaliśmy już pełnowymiarowy koncert, który był naprawdę pięknym domknięciem piątkowego wieczoru. Jednocześnie ten występ przyniósł mi chyba największe zderzenie z tym, jak różnie można odbierać Męskie Granie w zależności od występujących artystów. Bo dla mnie ten festiwal jest przestrzenią absolutnie rodzinną. Dla wszystkich. Dla młodych, starszych, dla tych, którzy chcą tańczyć pod samą sceną, i tych, którzy wolą usiąść kawałek dalej. Tymczasem podczas koncertu Kazika pojawiła się mocna ekipa fanów, która momentami zabierała tę rodzinną atmosferę. Niestety stojąc pod sceną kilka razy udało mi się dostać w głowę, będąc gdzieś na skraju pogo, czego zdecydowanie nie miałam na swojej liście festiwalowych atrakcji.

Sam koncert – świetny! Atmosfera wśród części publiczności – trochę mniej moja. A przecież właśnie ta różnorodność ludzi i sposobów przeżywania muzyki jest dla mnie jedną z największych wartości Męskiego Grania.

Sobota zaczęła się od podróży w czasie

W sobotę dotarłam trochę później niż większość publiczności i mój dzień rozpoczął się od projektu „Byłeś Serca Biciem – Tribute To Andrzej Zaucha”. Jaka to była miła podróż!

Całość występu została uzupełniona o archiwalne materiały i fragmenty historii Andrzeja Zauchy wyświetlane na dużym ekranie. Dzięki temu nie był to wyłącznie koncert złożony z jego piosenek. Przez cały czas mieliśmy poczucie obcowania z historią człowieka i artysty, którego twórczość została na chwilę oddana w ręce kolejnego pokolenia.

Muzycznie naprawdę ogromnie przyjemnie! Ewa Bem, Ofelia, Igor Herbut, Piotr Zioła i Wiktor Waligóra pokazali Zauchę z kilku zupełnie różnych perspektyw. I chyba właśnie to było w tym projekcie najciekawsze – zamiast próby odtworzenia jednego, konkretnego brzmienia dostaliśmy kilka różnych wrażliwości spotykających się w jednym repertuarze.

Nosowska na Scenie Głównej

Chwilę później przyszedł czas na Nosowską. I to był jeden z tych koncertów, na których po prostu dobrze się jest znaleźć. Bez zbędnego kombinowania i udowadniania czegokolwiek – wyszła na scenę i zrobiła swoje. Było mocno, bezpośrednio i z charakterystycznym dla niej dystansem. W końcu przez wiele lat była jedną z głównych twórczy całego festiwalu!

Nosowska ma tę umiejętność, że potrafi jednocześnie trzymać publiczność blisko siebie i zostawić sobie trochę przestrzeni. Jej koncert świetnie pasował do tego, czym dla mnie było tegoroczne Męskie Granie – spotkaniem bardzo różnych muzycznych światów, które obok siebie nie tylko mogą działać, ale zwyczajnie dobrze brzmią.

Edyta Bartosiewicz z koncertem, który cofnął w czasie

Później przyszła kolejna podróż – tym razem do Edyty Bartosiewicz. I ojejku! Edyta siedziała sama na scenie, z gitarą i mikrofonem, a my wszyscy zostaliśmy zabrani w podróż w czasie. Bez wielkiej produkcji, bez rozbudowanej oprawy. Po prostu piosenka, głos i publiczność. A tej publiczności było naprawdę ogromnie dużo.

Scena Ż została wypełniona po brzegi, a przejście w jej okolicy momentami graniczyło z cudem. Trudno było nie zauważyć, jak wiele osób przyszło właśnie po to, żeby usłyszeć te piosenki na żywo. I chyba właśnie takie momenty najbardziej pokazują, że nostalgia na Męskim Graniu nie musi oznaczać odcinania się od współczesności. Może być po prostu wspólnym przeżywaniem muzyki, która dla jednych jest wspomnieniem, a dla innych odkryciem.

Wyczekana Orkiestra

No i wreszcie — Męskie Granie Orkiestra 2026.

Tegoroczny skład tworzyli Igor Herbut, Zalia i Vito Bambino i już od pierwszych minut było wiadomo, że mamy przed sobą coś naprawdę mocnego. Ale tym razem chcę zacząć nie od głosów. Chcę zacząć od muzyków.

Mieszanka zespołu Igora, muzyków Vito i ekipy Zalii była muzycznie absolutnie doskonała. I właśnie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ludzie, którzy zebrali się w jednym miejscu, żeby wspólnie tworzyć muzykę, dali nam taki popis, że naprawdę zostanie to w pamięci na długo. To nie było tylko akompaniowanie wokalistom. Momentami miałam wrażenie, że sama orkiestra jest jednym z głównych bohaterów tego koncertu.

A głosy? Dla mnie to była naprawdę jedna z najmocniejszych Orkiestr ostatnich lat. Vito, który tym występem kończy swoją przygodę z Orkiestrą, co osobiście ogromnie mnie smuci, po raz kolejny udowodnił, że jego obecność w tym projekcie jest czymś wyjątkowym. Kocham jego głos, jego vibe i ten charakterystyczny sposób poruszania się po scenie. A przy tym cała trójka miała w sobie niesamowity luz. Było w tym coś bardzo naturalnego – jakby naprawdę świetnie bawili się razem, a my dostaliśmy możliwość dołączenia do tej zabawy.

Połączenie tych trzech głosów jest zresztą bajką dla uszu właśnie dlatego, że każdy z nich jest mocny w zupełnie inną stronę. Głos Igora jest wyjątkowy. To wiemy chyba wszyscy. Ma w sobie emocjonalność, której trudno nie rozpoznać po kilku pierwszych dźwiękach. Zalia z kolei zabłysnęła zarówno solo, jak i w połączeniu z chłopakami. Jej głos wniósł do całości świeżość i zupełnie inną energię, a zestawienie jej z Vito i Igorem okazało się jednym z największych atutów tego składu.

I właśnie dlatego bardzo podobało mi się, jak dobrano repertuar. Utwory były nie tylko świetnie dopasowane do możliwości całej trójki, ale przede wszystkim kochane przez publiczność. Było śpiewanie, było tańczenie, było wzruszenie i było zwyczajne festiwalowe „ale dobrze się tu bawimy”. Bo chyba właśnie o to chodzi.

Męskie Granie dla wszystkich

To jest dla mnie właśnie piękno tego festiwalu. Męskie Granie potrafi całkowicie polską muzyką połączyć pokolenia. Jest tu miejsce dla wszystkich – niezależnie od wieku, gustu, formy słuchania, tańczenia czy przeżywania koncertu. Możesz stać pod samą sceną i śpiewać każde słowo. Możesz tańczyć przez kilka godzin bez przerwy. Możesz usiąść kawałek dalej na kocu i po prostu słuchać. Możesz przyjść dla współczesnego rapu, dla rocka, dla alternatywy, dla klasyki albo dla jednego konkretnego artysty, którego słuchasz od trzydziestu lat.

I właśnie dlatego krakowski weekend tak dobrze zapamiętałam. Nie dlatego, że każdy koncert był dla mnie idealny. Nie był. Nie dlatego, że cały czas stałam pod sceną i wszystko widziałam. Wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że przez te dwa dni mogłam zobaczyć, jak bardzo różne muzyczne historie potrafią funkcjonować obok siebie i jak wiele osób może znaleźć w nich coś własnego. Mi po prostu został bardzo pozytywny niedosyt. I ogromnie wyczekuję płyty tegorocznej Orkiestry!