
fot. Materiały Prasowe
Gracie Abrams to jedna z tych artystek, których wrażliwość wyjątkowo do mnie trafia. Każdy jej album jest podróżą przez emocje zamknięte w subtelnych melodiach i tekstach, które zaskakują szczerością. Dlatego na Daughter from Hell czekałam z ekscytacją, ale i świadomością, że znów czeka mnie emocjonalny rollercoaster.
Choć tytuł może sugerować coś zupełnie innego, Daughter from Hell nie jest historią o “córce z piekła rodem”. To raczej zbiór intymnych zapisków z pamiętnika – opowieść o dorastaniu, skomplikowanej relacji z matką i uczuciach, które od lat stanowią znak rozpoznawczy twórczości Gracie Abrams. Miłość, lęk, tęsknota i próba zrozumienia samej siebie wybrzmiewają tu równie mocno, co na poprzednich wydawnictwach, ale tym razem sprawiają wrażenie jeszcze bardziej bezbronnych.
Pierwszy singiel zapowiadający album, “Hit the Wall”, od początku sprawiał wrażenie manifestu tego, czego można spodziewać się po Daughter from Hell. To utwór, który nie tylko rozbudził apetyt na całość, ale też wyznaczył emocjonalny kierunek całego wydawnictwa. Jest w nim siła, która przyciąga od pierwszego odsłuchu i sprawia, że z każdą kolejną minutą chce się poznać resztę historii.
Gracie Abrams po raz kolejny udowadnia, że doskonale wie, jak budować napięcie. Nie potrzebuje krzykliwych refrenów ani przesadnych środków wyrazu – wystarczy jej odpowiednio poprowadzona narracja, subtelnie narastające emocje i tekst, który trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Hit the Wall okazał się idealnym punktem wyjścia dla albumu, który od początku do końca konsekwentnie rozwija emocje zasygnalizowane w pierwszym singlu.
Za muzyczną stronę Daughter from Hell po raz kolejny odpowiada Aaron Dessner – producent, który od kilku lat jest jednym z najważniejszych współpracowników Gracie Abrams. To właśnie z nim artystka konsekwentnie rozwija charakterystyczne dla siebie brzmienie: subtelne, pełne przestrzeni i oparte przede wszystkim na emocjach. Zachowanie tego samego producenta sprawiło, że nowy album zachowuje spójność z poprzednimi wydawnictwami, jednocześnie pozwalając tej muzycznej estetyce naturalnie dojrzewać.
To konsekwencja, którą osobiście bardzo cenię. Zamiast gonić za trendami, Gracie rozwija świat, który stworzyła kilka lat temu i który pokochali jej słuchacze. Aaron Dessner wydaje się być idealnym partnerem do tej drogi – nie narzuca własnej wizji, a raczej podkreśla to, co w twórczości Abrams najcenniejsze.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że Dessner od lat współpracuje z Taylor Swift, współtworząc m.in. folklore, evermore czy The Tortured Poets Department. Trudno nie dostrzec wspólnego mianownika – w obu przypadkach emocje są na pierwszym planie, a produkcja nigdy ich nie przytłacza, tylko pozwala im wybrzmieć z pełną siłą.
Na uwagę zasługuje również sam format albumu. Gracie Abrams po raz kolejny idzie pod prąd obowiązującym trendom, oddając w ręce słuchaczy wydawnictwo liczące 16 utworów. Co więcej, większość z nich przekracza trzy minuty, a część trwa nawet ponad cztery. W efekcie Daughter from Hell rozciąga się do blisko 56 minut – i ani przez chwilę nie sprawia wrażenia przesadnie długiego.
W czasach, gdy coraz więcej albumów zamyka się w niespełna pół godziny, a dwuminutowe utwory stają się normą, taki format jest czymś odświeżającym. To płyta, która nie próbuje jak najszybciej przykuć uwagi algorytmów. Zamiast tego zachęca, by zwolnić, poświęcić jej godzinę i zanurzyć się w świecie, który Gracie Abrams konsekwentnie buduje od pierwszego do ostatniego utworu.
Najbliżej jest mi do pełnego emocji “The Knife”, które doskonale pokazuje, jak dużą siłę Gracie potrafi zbudować z pozornie prostych środków. Z drugiej strony świetnie wypada bardziej dynamiczne “Mini Bar”, udowadniając, że artystka coraz śmielej wychodzi poza swoją dobrze znaną strefę komfortu, nie tracąc przy tym własnej tożsamości.
Szczególne miejsce zajmuje dla mnie również utwór tytułowy “Daughter from Hell”, w którym wybrzmiewa potrzeba rozliczenia się z przeszłością i spojrzenia na własne doświadczenia z nowej perspektywy. Z kolei “Good Reason” przypomina, że Gracie nie potrzebuje rozbudowanej produkcji, by poruszyć słuchacza – wystarczy jej głos i gitara, by stworzyć jeden z najbardziej intymnych momentów na całej płycie.
Warto wspomnieć także o “What If It’s Right”, jedynej współpracy na albumie. W duecie z Marcus Mumford Gracie nie rezygnuje z własnej wrażliwości, a ich głosy wzajemnie się uzupełniają, tworząc jeden z najbardziej subtelnych punktów całego wydawnictwa.
Daughter from Hell jest dokładnie takim albumem, jakiego słuchacze Gracie Abrams mogli się spodziewać – i jednocześnie takim, na jaki wielu z nich czekało. To płyta dopracowana, emocjonalna i konsekwentna, pozostająca wierna estetyce, którą artystka buduje od kilku lat wspólnie z Aaronem Dessnerem.
Z drugiej strony trudno nie zadać sobie pytania, jak długo ta formuła będzie działać z równie dużą siłą. Zachowanie tego samego producenta i rozwijanie dobrze znanego brzmienia zapewnia spójność, ale jednocześnie rodzi pytanie o to, gdzie leży granica między konsekwencją a powtarzalnością.
Ja kupuję ten świat, bo muzyka Gracie po prostu ze mną rezonuje. Nie mam więc problemu, by po raz kolejny zanurzyć się w tych emocjach i wracać do nich przy kolejnych odsłuchach. Ciekawi mnie jednak, czy przy następnym albumie artystka zdecyduje się zrobić odważniejszy krok w nowym kierunku, czy nadal będzie doskonalić estetykę, która stała się jej znakiem rozpoznawczym. I to pytanie zostawiam otwarte.