Recenzja: Yungblud – “Idols”. Wydawnictwo, które wyznacza nowe brzmienie brytyjskiego rocka

fot. Materiały Prasowe
Yungblud – artysta, który nie stoi w miejscu. Już trzema poprzednimi albumami udowodnił, że zasłużenie trafia na do line-upów jako headliner największych festiwali. Jego kariera, pełna wyrazistych brzmień i scenicznej charyzmy, mogła sprawiać wrażenie spełnionej. Wydawało się, że osiągnął niemal wszystko – komercyjny sukces, rzesze oddanych fanów i status głosu pokolenia.
Być może sam Yungblud doszedł do podobnych wniosków. I właśnie dlatego postanowił pójść o krok dalej. Album Idols to świadectwo tej ewolucji – nadal słychać tu charakterystyczne dla artysty brzmienia, ale zostały one wyraźnie odświeżone. Co więcej, w wielu utworach pojawiają się zupełnie nowe dźwięki, a nawet nieco odmieniony wokal. Nic dziwnego, że krążek porównywany jest do klasyków brytyjskiego rocka – tych, które łączyły bezczelność z emocją i autentycznością. Czy Idols to nowy rozdział, czy test lojalności fanów? A może próba zapisania się na nowo w historii muzyki alternatywnej?
Promocja nowego krążka została zaplanowana z precyzją, jakiej w karierze Yungbluda jeszcze nie widzieliśmy. Po zakończeniu kampanii promującej poprzedni album – zatytułowany po prostu Yungblud – artysta niemal całkowicie zniknął z mediów. Wycofanie się z życia publicznego okazało się celowym zabiegiem: powrót miał być spektakularny. I był. Yungblud pojawił się na nowo jako wysportowany, wytatuowany rockman, przyciągający uwagę nie tylko muzyką, ale i wizerunkiem scenicznym. Tatuaże, wcześniej raczej dyskretne, teraz wypełniają niemal całe jego ciało, stając się integralną częścią wizualnej tożsamości albumu Idols.
Nowy image po raz pierwszy został zaprezentowany przy okazji premiery singla „Hello Heaven, Hello” – utworu nietypowego, złożonego z trzech stylistycznie odrębnych części. W towarzyszącym mu teledysku, mimo zimowej scenerii, Yungblud z dumą odsłania swoją sylwetkę, pracowicie ukrywaną przez ostatnie miesiące. To właśnie ten utwór wyznaczył nowy kierunek – nie tylko muzyczny, ale i wizualny. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z erą, która nie przypomina żadnej poprzedniej w jego dorobku.
Na uwagę zasługuje także nietypowy sposób promocji, który rozpoczął się jeszcze przed premierą Idols. Yungblud – głównie w swoim rodzinnym kraju, ale również poza jego granicami – wcielał się w rolę barmana. Obsługując fanów osobiście, nawiązywał z nimi bezpośredni kontakt, flirtował, żartował i – co najważniejsze – wspólnie z nimi śpiewał fragmenty nowych utworów. Ta forma bezpretensjonalnej integracji z publicznością była nie tylko odświeżająca, ale i doskonale dopasowana do charakteru artysty. W czasach przesyconych kampaniami cyfrowymi, Yungblud przypomniał, jak wielką moc ma fizyczna bliskość z fanami. Ten gest z pewnością zostanie zapamiętany – jako szczery i odważny ruch, który jeszcze bardziej zbliżył go do swojej społeczności.
Na Idols nie mogło zabraknąć utworu – a właściwie dwóch – poświęconych tytułowemu zagadnieniu. Co ciekawe, to ta sama historia opowiedziana z dwóch różnych perspektyw. Pierwsza odsłania spojrzenie artysty – człowieka, który staje się idolem dla tysięcy fanów, często nieproszonym symbolem czyimś oczekiwań. Druga – równie poruszająca – ukazuje punkt widzenia słuchacza, który idealizuje swojego bohatera, mimo że tak naprawdę go nie zna. To szczere i do bólu aktualne spojrzenie na relację między twórcą a jego odbiorcą, opowieść o projekcjach, presji i emocjonalnym bagażu, jaki często nakłada się na publiczne postacie.
Choć Idols przynosi nową jakość brzmieniową, nie brakuje na nim elementów charakterystycznych dla Yungbluda. To przede wszystkim utwory celujące prosto w emocje – poruszające, osobiste i niemal wyrywające serce z piersi. Do takich momentów należą przejmujące „Zombie” oraz „War” – dwa numery, które z pewnością poruszą niejednego słuchacza.
Ale to tylko moment wytchnienia na tym 12-utworowym albumie, bo reszta to energia i dynamit. Yungblud nie zapomniał o koncertowej mocy – Idols zawiera szlagiery, które z pewnością rozgrzeją publiczność do czerwoności. „Lovesick Lullaby”, „The Greatest Parade” czy „Fire” to kompozycje stworzone z myślą o scenie: głośne, zadziorne i pełne rockowego zacięcia.
Idols to album przyjemny w odbiorze, ale zarazem mocno eksperymentalny. Stanowi pomost między współczesną rockową alternatywą a hołdem dla muzycznych idoli Yungbluda – tych, którzy w złotej erze brytyjskiego rocka tworzyli brzmienia podobne do tych, które dziś usłyszymy na tej płycie.
Słuchając Idols w kontekście wcześniejszych wydawnictw artysty, można odnieść wrażenie, że to pożegnanie z młodzieńczą nonszalancją i pop-punkową energią. W ich miejsce pojawia się dojrzały, pełnokrwisty rock – z potencjałem, by zapisać się w historii gatunku. Dla wielu będzie to zupełnie nowe oblicze Yungbluda. Dla innych – takich jak ja – to po prostu naturalna ewolucja.
Jestem przekonana, że tym albumem artysta zyska nowych słuchaczy i przekona do siebie tych, którzy dotąd powątpiewali w jego headlinerską pozycję na największych festiwalach. Idols to nie tylko kropka podsumowująca dotychczasową twórczość Yungbluda – to raczej przecinek, zapowiadający to, co dopiero nadchodzi.
A nadchodzi sporo – już jesienią ma się ukazać druga część tego albumu. Jeśli pójdzie w ślady Charli XCX, możemy spodziewać się wersji z gośćmi – być może nawet z idolami Yungbluda – co tylko pogłębi warstwę nostalgii i uczyni ten projekt jeszcze bardziej wyjątkowym.