NewsroomRecenzje

Recenzja: MGK & Trippie Redd – “genre : sadboy”

Fot. Materiały Prasowe

fot. Materiały Prasowe

O projekcie “genre : sadboy” tak naprawdę wiemy niewiele. Pojawił się on znienacka i jest wytworem absolutnej zajawki nowym brzmieniem dwóch przyjaciół – MGK (dawniej Machine Gun Kelly) oraz Trippie Redd. To wydawnictwo przepełnione smutkiem, momentami przypominajce krążek “Hotel Diablo”, ale jednocześnie mocno terapeutyczne. Tej płyty nie słucha się łatwo, bo ciężko cieszyć się czymś, co powstało z głębokiego smutku, natomiast patrząc na to z większego obrazka, można dostrzec, że do studia weszło dwóch naprawdę utalentowanych muzyków, którzy po prostu zrzucili maski i pokazali siebie, nawet jeśli ta prawdziwa ich wersja nie jest zbyt łatwa do pokazania światu.

Pozwólcie, że w tym tekście pomimo znaczącej obecności Trippie Redd, jako że jest on współtwórcą tego krążka, mimo wszystko skupię się na MGK, który wykreował ten krążek, patrząc, na to w kontekście kilku ostatnich miesięcy.

Colson przeszedł niesamowitą metamorfozę w ciągu ostatnich lat – z łobuziarskiego środowiska tworząc wulgarny rap po coraz delikatniejsze brzmienie, które skończyło się na gatunku pop-punkowym. Jego dwa ostatnie krążki “Tickets to my downfall” oraz “Mainstream sellout” okazały się światowym fenomenem i tym samym MGK z chłopaka z sąsiedztwa przeobraził się w wielką gwiazdę wyprzedające areny, czy headlinującą festiwale – mowa tutaj o np. Rock for People w Czechach – oraz będąc w publicznym związku z równie wielką osobistością, jaką bez wątpienia jest Megan Fox.

Ta metamorfoza wpłynęła znacząco nie tylko na wizerunek publiczny MGK, ale także na jego stan psychiczny, bo w świetle sławy stracił on ojca i zaczął zmagać się z różnymi epizodami psychicznymi, o których otwarcie mówił publicznie. Wspomniane dwa wydawnictwa były dla niego momentem odbicia się od dnia i nowego startu, ale jak czas pokazał – nie na długo.

Pomimo sukcesu i zdobycia szerokiego grona słuchaczy, MGK wciąż mierzył się z wielkim hejtem i jakąkolwiek muzykę, by nie tworzył, wciąż ciężko było mu udowodnić, że zasłużył na miejsce, w którym znajduje się obecnie.

W końcu MGK zaczął mówić, że totalnie odcina się od przeszłości, bo nie ze wszystkiego jest dumny i żałuje wielu swoich tatuaży. Po takich słowach można by spodziewać się ich zakrycia bądź też usunięcia laserowego, ale muzyk poszedł o krok dalej i zaskoczył swoich fanów zatatuowaniem swojego ciała – w tym momencie ramiona MGK oraz jego klatka piersiowa są pokryte czarnym tuszem.

Ponownie tak odważny ruch wywołał skrajne emocje wśród słuchaczy, ale grono fanów zaczęło głośno zastanawiać się: MGK, czy na pewno wszystko ok? I to pytanie po głowie chodzi mi do dziś.

W niedługim czasie po tym incydencie – bo miesiąc później – MGK ogłosił swój sekretny projekt, którym jest album “genre : sadboy” powstały we współpracy z Trippie Redd.

Ten krążek przeraża. Jest on smutny do szpiku kości i nie mówię o przyjemnym melancholijnym vibie, absolutnie nie. Mam na myśli teksty piosenek, w których słuchamy o samobójstwie bądź o wątpieniu w samego siebie. MGK zawsze posiadał trudne utwory, z wieloma mogła się utożsamić młodzież, która wciąż szukała swojej drogi w życiu, ale to wydawnictwo sprawia, że ma się ochotę zadzwonić do rodziny muzyka i spytać, czy na pewno słyszeli to wołanie o pomoc.

“21 days clean that wont break a habit 22 days later im a fuckin addict. Lost a real one so I went and got him tatted Cant eat, cant sleep, life doesn’t matter”

MGK x Trippie Redd – “beauty”

Starałam się mimo wszystko odłożyć na bok terapeutyczną analizę i spojrzeć na ten album jako na sztukę i kiedy nakładam na swój umysł taką nakładkę, to widzę dwóch niesamowicie uzdolnionych muzyków, którzy stworzyli genialny album, którego chce się słuchać i o którym chce się mówić. Tego typu wydawnictwa powstają zazwyczaj przy ogromnym wysiłku pracy kilku producentów. Tymczasem tutaj mówimy o sile dwóch muzyków, którzy połączyli siły w męczący ich nawzajem smutku, z którym powiązanych jest także wiele uzależnień i żalu do życia. MGK kontynuuje swoją dobrą passę muzyczną, bo w krótkim czasie wydał krążek, którego nikt się nie spodziewał, na dodatek w kolaboracji, której absolutnie nikt nie oczekiwał. Doceniam bardzo warstwę artystyczną, do której tylko głuchy może się przyczepić, ale jako czujny słuchacz bardzo się martwię i liczę na to, że tych dwóch Panów może liczyć na pomoc najbliższych.