NewsroomRelacje

Sanah zabrała poznańską publiczność do swojego świata [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Od dłuższego czasu miałam na swojej koncertowej liście jedno życzenie – zobaczyć Sanah na stadionie. Nasze terminy nieustannie się rozmijały i niewiele brakowało, by tym razem historia znów się powtórzyła. Na szczęście los miał inne plany. W końcu udało mi się doświadczyć koncertu Sanah na poznańskim Stadionie Enea, a ten wieczór tylko utwierdził mnie w przekonaniu, dlaczego artystka zdobyła tak ogromną sympatię publiczności. Choć już wcześniej darzyłam ją dużą sympatią, stadionowe show pokazało mi jeszcze wyraźniej, za co pokochały ją tysiące słuchaczy. Sanah zagrała tego wieczora dla 50 000 osób.

Jestem całym sercem po stronie kobiet wspierających kobiety, dlatego widok artystki, która wyprzedaje stadiony we własnym kraju, zwyczajnie mnie wzrusza. Pamiętam debiut Sanah i tempo, w jakim stawała się muzycznym fenomenem, ale podejrzewam, że mało kto był w stanie przewidzieć skalę tego sukcesu. W piątkowy wieczór udowodniła, że nie znalazła się w tym miejscu przypadkiem. Dała show, które ani na moment nie odstawało od koncertów gwiazd światowego formatu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że gdyby zdecydowała się tworzyć po angielsku i ruszyła w międzynarodową trasę promocyjną, mogłaby rozkochać w sobie publiczność daleko poza granicami Polski.

Przez cały koncert pozostawała niebywale skromna, ale każdy dopracowany detal pokazywał, jak wiele pracy i zaangażowania włożono w ten projekt. Z każdą kolejną piosenką Sanah coraz mocniej udowadniała też siłę swojego wokalu. To nie tylko charakterystyczny i mocny głos, ale przede wszystkim niezwykła umiejętność przekazywania emocji. Bez trudu wciągnęła mnie do swojego świata, a melodie z koncertowej setlisty jeszcze długo po powrocie do domu nie chciały opuścić mojej głowy.

Warto podkreślić, że mówimy o widowisku trwającym blisko trzy godziny, podczas którego na scenie pojawiło się troje gości. Ktoś mógłby zapytać: jak wypełnić tak długi koncert? Wystarczy jednak spojrzeć na dorobek Sanah. W ciągu kilku lat zgromadziła imponujący katalog utworów, z których wiele stało się przebojami. Dzięki temu każda minuta tego koncertu miała swoje uzasadnienie. Nie było tu miejsca na wypełniacze czy przeciąganie czasu — było za to show skrojone dokładnie na miarę oczekiwań publiczności.

Sanah posiada rzadką i niezwykle cenną umiejętność skracania dystansu. Od pierwszych minut koncertu zaczepiała fanów, reagowała na ich okrzyki i spontanicznie wchodziła z nimi w interakcje. W pewnym momencie rozdawała nawet elementy swojej garderoby — w tym buty. Ta naturalność sprawia, że granica między artystką a publicznością niemal całkowicie się zaciera.

Kiedy jednak przychodził czas na kolejne utwory, scena zamieniała się w prawdziwe widowisko. Imponujące wizualizacje, gigantyczny ekran i podświetlany wybieg robiły ogromne wrażenie, ale to był dopiero początek atrakcji. Sanah przemierzała scenę samochodem, a nawet… krową. Do tego dochodziły dwie dodatkowe sceny, z których jedna przypominała gejzer, a także momenty, gdy artystka unosiła się nad publicznością i dosłownie latała nad stadionem.

Pisząc o tym wszystkim, mam wrażenie, jakbym opisywała koncert jednej z największych światowych gwiazd. Tymczasem mowa o polskiej produkcji stworzonej przez Sanah i jej zespół. I właśnie to robi największe wrażenie.

Po show, które opisałam wyżej, można byłoby uznać, że trudno dołożyć do tego jeszcze cokolwiek. Sanah najwyraźniej miała jednak inne zdanie i postanowiła dać publiczności jeszcze więcej. W trakcie koncertu trzykrotnie zaprosiła na scenę wyjątkowych gości. Najpierw pojawił się Kuba Badach, z którym wykonała „Piosenkę” i przy okazji zatańczyła. Następnie scenę przejął Sobel, prezentując dwa utwory — „Dwoje Ludzieńków” oraz „Cześć, jak się masz?”. Na finał przyszedł czas na niespodziankę, której mało kto się spodziewał. Na scenie pojawił się Vito Bambino, a stadion natychmiast ożył przy dźwiękach „Ale jazz!” — jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów w dorobku Sanah.

Były momenty wzruszenia, były chwile refleksji, ale nie brakowało też czystej, stadionowej euforii. To jeden z tych koncertów, które zostają z człowiekiem na długo — nie tylko za sprawą imponującej produkcji, lecz przede wszystkim emocji, jakie wywołują. Cieszę się, że mogłam być częścią wydarzenia, które bez wątpienia zapisze się w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Jeśli ten wieczór miał mi coś udowodnić, to fakt, że apetyt na Sanah wciąż rośnie. A skoro już o apetycie mowa — z niecierpliwością czekam na premierę „itepe itede”, utworu, który artystka zaprezentowała przedpremierowo właśnie podczas tego koncertu. Jeśli będzie niósł ze sobą choć część magii tamtego wieczoru, szykuje się kolejny hit.

TagiSanah