NewsroomWywiady

Ptakova w rozmowie z WLKM.pl: “Musiałam wydeptać swoją ścieżkę”

Ptakova, czyli Natalia Ptak, w listopadzie wydała swój debiutancki długogrający album “Suma wszystkich dźwięków”. Artystka rozpoznawana do tej pory z singli i współprac z innymi twórcami na pierwszej płycie postawiła na eklektyczne brzmienie oraz autorski przekaz. W rozmowie z nami opowiada o drodze do debiutu, relacji z wytwórnią Sony Music oraz mocnych punktach nowego materiału.

Premiera twojego debiutanckiego albumu przypadła na niełatwy z wielu względów czas – zarówno przez sytuację globalną, jak i lokalną. Za to „Suma wszystkich dźwięków” to spora dawka pozytywnej energii – słychać na niej lekkość i beztroskę, ale także siłę. Masz zgodę na wiele fragmentów rzeczywistości – w pozostałych przypadkach wykazujesz wolę walki. Skąd ta ekspresja na płycie?

Ptakova: Myślę, że cały pozytywny aspekt tego albumu, który dostrzegłeś, wziął się z połączenia energii mojej i Marka Dziedzica, producenta. Podczas jego tworzenia przeszłam niezwykłą dla mnie transformację, włożyłam dużo pracy w to, żeby odnaleźć w nim siebie. Traktowałam ten etap jak lekcję o życiu, sporą dawkę wiedzy. Teraz bardzo dużo mówi się o ciało pozytywności, self love, miłości, samoakceptacji itd. – te wszystkie elementy złożyły się na mój proces twórczy. Przyszłam do Marka nieco zagubiona – szukałam wtedy osoby, która pomogłaby mi zebrać wszystkie moje myśli i pomysły na płytę w całość. I udało mi się. Dobrze trafiłam. Marek mocno mną pokierował. Ten miks – pozytywność, wola walki, obserwacja społeczeństwa, doświadczenie życiowe, relacje międzyludzkie, bunt i sprzeciw wobec wydarzeń, które dzieją się dookoła – oraz chemia, która powstała między mną a Markiem zawarte są na płycie. Cieszę się, że to dostrzegasz. Teraz widzę tę płytę oczami odbiorców, przeżywam ją w inny sposób niż gdy ją tworzyłam. Wtedy, z mojej perspektywy, wszystko wyglądało zupełnie inaczej, to był po prostu proces przekładania emocji na papier i na muzykę. 

Jak długi proces?

Zaczęliśmy pracować nad płytą w zeszłym roku w czerwcu, ale składa się na nią mniej więcej 5 ostatnich lat. Ten album to zlepek moich różnych doświadczeń życiowych, napotkanych ludzi, przeżytych emocji. Taki pamiętnik po prostu.

W „Telebimach kłamstw” śpiewasz o manipulacji i konflikcie, „Za dużo słów” to z kolei utwór o przesycie, hałasie i pogubieniu wartości. Któryś z tych aspektów rzeczywistości zmęczył cię szczególnie?

„Telebimy kłamstw” mocno mówią o sytuacji politycznej, podziale, nierównościach, braku szacunku dla wolności, odbieraniu jej. To smutne, ale one znowu stają się dla mnie aktualne z powodu obecnej sytuacji w Polsce. Ja biegam na protesty, krzyczę i walczę razem z dziewczynami, ale nie tylko – mężczyźni są również obecni w tej walce, bo teraz to już nie tylko walka o aborcję, ale po prostu o równości i wolność, którą nam się odbiera. Z kolei „Za dużo słów” to obserwacja świata zewnętrznego, który codziennie wylewa na nas lawinę treści, wszelakiej maści tworów ze strony medialnej czy politycznej – nagłówków, wiadomości, artykułów – która wytrąca nas z prostego, spokojnego życia i której często mamy po prostu dość. Ja jestem bardzo wrażliwą osobą, często nadwrażliwą.

A na drodze do wydania tej płyty pojawiło się wiele trudnych momentów?

Zdecydowanie. Proces twórczy był dla mnie bardzo trudnym okresem, począwszy od tego, że trudno było mi znaleźć swój kierunek. Wiedziałam, że to nie będzie dla mnie łatwe, bo słucham różnej muzyki, lubię różne rzeczy, bardzo lubię poszukiwać, doświadczać i eksperymentować. Musiałam w tym wszystkim znaleźć jednak jakiś środek. Płyta nie może być rozchwiana, przede wszystkim dlatego, żeby dobrze się jej słuchało oraz żeby mieć w niej jakiś punkt odniesienia, żeby ona tworzyła całość. Nauczenie się robienia tej całości było dla mnie wyzwaniem. To jest zupełnie inny proces twórczy niż przy tworzeniu pojedynczego singla, z czym miałam styczność do tej pory. Kiedy przyszło co do czego, usiedliśmy z Markiem do pracy i okazało się, że to nie jest tylko jeden dzień, tak jak wtedy, gdy robi się singiel, tylko ponad rok samego przygotowywania utworów, które na końcu trzeba jeszcze złączyć w całość – zrobić selekcję, zastanowić się czy wszystkie teksty na pewno ze sobą współgrają, czy tworzą jakąś historię. Do tego po drodze spotkały mnie różne sytuacje, czy to w aspekcie prywatnym, czy ze strony wytwórni – musiałam pójść na kilka kompromisów, a przy tym wydeptać swoją ścieżkę i umieć ją zaznaczyć, niejednokrotnie broniąc swojego zdania. Praca nad płytą w teamie i z wytwórnią to z jednej strony fantastyczna sprawa – burza mózgów naprawdę pozwala stworzyć dużo fajnych i ciekawych rzeczy; pozwala rozejrzeć się wokoło i daje wgląd w inną perspektywę, potwierdzenie, że może nie do końca ten nasz jeden pomysł, przy którym się upieramy jest słuszny. Ale z drugiej strony warto mieć na uwadze to, że bardzo często przez te kompromisy gubimy siebie. Ja niestety miałam dużo takich sytuacji, gdzie musiałam się zastanowić: „Heloł Natalia, czy na pewno jak zmienimy tekst w tym utworze, to będzie to zgodne z twoimi przekonaniami? Czy to na pewno ci się spodoba? Czy będziesz wtedy szczera w tym, co robisz?”. To są trudniejsze momenty.

Każda wytwórnia powinna mieć swoich opiekunów dla artystów. My twórcy ich potrzebujemy – nikt nas nie uczy, jak działać, a mamy bardzo specyficzny zawód.

Był więc jakiś moment, od którego obrałaś konkretny plan, rzeczy nabrały innego, “właściwego” biegu?

Takim zapalnikiem były „Kastaniety” – pierwszy utwór, który zrobiłam z Markiem Dziedzicem i który powstał w trakcie mojego procesu coachingowego z Magdą Chołyst. W tym okresie naprawdę mocno skupiłam się na tym, żeby wypracować swoją drogę i odnaleźć w tym wszystkim siebie, nauczyć się bycia asertywną i bronienia swoich racji. Kastaniety mówią o tym tekstowo. Dla mnie to bardzo sentymentalny i symboliczny utwór, w którym buntuje się temu, co działo się dotychczas, kiedy pozwalałam na wiele rzeczy i nie byłam tego świadoma czy może nie chciałam być. Podpisując kontrakt z wielką wytwórnią myślałam, że nagle manna spadnie mi z nieba i będę pływać w chmurach, że będzie fantastycznie. Tak naprawdę to jest ciężka praca i nie można pozwolić siebie w niej zatracić. Dla niektórych twórców taka forma pracy, w której ktoś dyktuje warunki i kieruje nami jest w porządku i ja tego nie neguję, nie oceniam. Dla mnie to po prostu nie było ok i musiałam w pewnym momencie – to już chyba był taki punkt kulminacyjny, wewnętrzna apokalipsa – wybuchnąć. „Kastaniety” były motorem napędowym do reszty.

Możesz opowiedzieć więcej o pracy z Magdą Chołyst? To, o czym mówisz, brzmi bardzo ciekawie.

Tak, to brzmi i było bardzo ciekawe. Ja w życiu miałam już bardzo dużo styczności z różnej maści psychoterapeutami, psychiatrami, psychologami itd. Może właśnie dlatego, że jestem bardzo nadwrażliwą osobą. Myślę, że mało mówi się o tym, że twórcy, są bardzo wrażliwym osobami. Początek był taki, że poznałam Magdę na Spring Breaku, gdy prowadziła warsztaty ze strategii. Te bardzo mi się spodobały, dzięki nim zdałam sobie sprawę z tego, że potrzebuję planu na siebie. Następnego dnia po warsztatach znowu spotkałam Magdę i od razu powiedziałam jej, że musimy się zgadać, że muszę się do niej odezwać. Potem do niej napisałam i od czerwca zaczęłyśmy pracę. Trwała ona do listopada, więc spędziliśmy wspólnie kilka miesięcy. Magda pomagała mi wypracować swój system działań, plan, zbudować pewność siebie. Nauczyła mnie też rozmawiać i mówić otwarcie o swoich potrzebach. Bardzo mi to pomogło. Czerwiec – listopad to były też miesiące, w których dużo rzeczy wypracowałam wspólnie z wytwórnią. Pojawiło się we mnie wtedy dużo zmian, no i “Kastaniety” były efektem tego wszystkiego. Pamiętam, że jak wysłałam Magdzie „Kastaniety”, to ona zareagowała: „Łał. To jest to, o czym mówiłyśmy. To jest to, nad czym pracowałyśmy”.

W ogóle Magda prowadzi bardzo fajne rzeczy poza sesjami coachingowymi. Teraz robi bardzo dużo rozmów, live’ów, prowadzi „Klasy w grupie”, gdzie zrzesza twórców wszystkich możliwych dziedzin, bo zajmuje się głównie art coachingiem, więc kwestiami artystycznymi; jest tam masa fantastycznych ludzi. Magda bardzo często zwraca uwagę na to, co ja po pracy z nią też już dostrzegam – bardzo mało się mówi, o tym, że artyści potrzebują opieki. Ostatnio rozmawiałam z kimś o tym, że każda wytwórnia powinna mieć swoich opiekunów dla artystów. My twórcy ich potrzebujemy – nikt nas nie uczy, jak działać, a mamy bardzo specyficzny zawód. Nikt nie mówi, że jak wydamy płytę, to ona może się nie sprzedać w odpowiednich ilościach, że potem może pójść kiepsko z koncertami, że ludzie nie będą chcieli nas słuchać. I taki twórca, który przychodzi do wytwórni, z głową pełną nadziei, myśli, że po podpisaniu kontraktu będzie miał niebywałe życie. Potem okazuje się, że nie ma dla niego pracy, nie potrafi sobie poradzić, ma problemy psychiczne. Po rozmowach ze znajomymi z branży wiem, że to jest na porządku dziennym – ludzie nie wiedzą co mają zrobić, korzystają z usług psychoterapeutów. W czasie pandemii to jest w ogóle spotęgowane. Przez branżę przeszedł huragan, wszyscy cały czas się zastanawiają, co mają zrobić – w tej chwili nie ma możliwości rozwoju, pokazywania, prezentowania, koncertowania. Myślę, że potrzebne nam jest zwracanie większej uwagi na kondycję psychiczną twórców.

Postawiłabyś tezę, że przyczyną niepowodzeń w tej branży może być kwestia trafienia na złych ludzi?

Myślę, że to kwestia tego, żeby umieć obronić siebie. Zdaję sobie sprawę z tego, że złych ludzi można spotkać wszędzie, nie tylko pracując w branży muzycznej. Sęk w tym, żeby umieć znaleźć siebie i iść ze sobą za rękę. Jeśli będziesz pracować w korpo i nie będziesz potrafił się obronić, to też możesz zostać wpędzony na manowce i ugrzęźniesz jedną nogą w błocie albo obudzisz się z ręką w nocniku. Myślę, że po prostu powinniśmy ufać sobie, swojej intuicji i bardziej koncentrować się na sobie. Praca z ludźmi jest fantastyczna. To nie jest kwestia tylko tego, że są źli ludzie – mówiąc na przykład o wytwórni trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wytwórnia myśli innymi kategoriami. Artysta przychodząc do niej z materiałem, ma swoją wizję – chciałby, żeby jego piosenka była mniej radiowa albo bardziej radiowa, albo żeby jej tekst w ogóle nie prawił o obieraniu ziemniaków tylko o jeździe samochodem. Wytwórnia może tłumaczyć z kolei, że w radiu jednak wolą jazdę samochodem albo bardziej te ziemniaki. Label myśli często marketingowo, czyli o wyświetleniach, pieniądzach. Ja jako artystka, myślę bardziej o tym, żeby to, co tworzę mi się podobało, żebym była w tym prawdziwa albo żeby mój odbiorca mnie zrozumiał. Więc to jest kwestia porozumień, kompromisów oraz tego, żeby umieć obronić siebie, swoje przekonania. Po pewnym czasie wychodzi nasza szczerość, możemy więc trochę żałować, że popuściliśmy w tych aspektach.

A jak wygląda twoja współpraca z wytwórnią Sony Music? Wydaje się, że partnerstwo z taką marką to duże możliwości.

Tak, to brzmi grubo i robi wrażenie na wielu osobach – „artystka, która wypuszcza płytę z ramienia Sony Music Poland”. Ja bardzo długo zwlekałam z podpisaniem kontraktu z Sony. Wcześniej miałam na uwadze inne wytwórnie. W 2014 roku, jako Natasza Ptakova, wypuściłam razem z chłopakami z zespołu własnym sumptem epkę, zagraliśmy z nią dużo koncertów w Polsce. Potem doszło do współprac, m.in. z Pioną z Kayaxu czy Miuoshem. Miałam więc już pewne doświadczenie i świadomość tego, co się dzieje i jak to wygląda. Sony wysłało mi taki utwór próbny, do którego miałam zaśpiewać i z którym miałam wejść na rynek – ich wizję naszej współpracy. Bardzo mnie to wystraszyło, bo to był totalnie nie taki numer, jakiego ja chciałam. Nie zdecydowałam się na niego. Około rok zwlekałam zanim podpisałam kontrakt. Przeprowadziliśmy rozmowy i postawiłam na swoim, powiedziałam, że wolę inną piosenkę. W tym czasie zaczęłam pracować już nad „Czarem” wspólnie z Markiem Piotrowskim, Bartkiem Królikiem, Bartoszem Ebertem i Przemkiem Pukiem – super teamem, dzięki któremu zdobyłam nowe doświadczenie i obycie, dotarliśmy się jako ludzie. „Czar” był pierwszym utworem, który wypuściliśmy razem z Sony. Wracając do kwestii spotkania złych ludzi na swojej drodze – to chyba kwestia dotarcia się i zrozumienia. Ja od początku po prostu nie byłam świadoma wielu rzeczy i na wiele rzeczy pozwalałam. Absolutnie nie traktuję moich poprzednich utworów, jako błędy młodości czy kiepskie utwory, przy których tworzeniu byłam zagubiona i nie wiedziałam, co mam robić – ja cieszyłam się z nich bardzo, dzięki nim zdobywałam doświadczenie i zyskiwałam kolejne znajomości, wieści ze świata branży muzycznej itd., więc to wszystko mi pomagało. Jeśli chodzi o współpracę z wytwórnią – myślę, że po drodze po prostu musieliśmy się spotkać i porozumieć. Ustalić czego ja oczekuję, czego nie chcę, jaka jest dynamika moich wszystkich zmian wizerunkowych. Wielki szacun dla Sony, że toleruje, tolerowało i pozwalało mi na wiele tych zmian. Jestem trochę upartą artystką i wielu mogłoby przeszkadzać, że co tydzień mam inną fryzurę czy to, w jaki sposób zmieniam się muzycznie. Super, że oni to wyhaczyli i wyczuli – „Ok, Natalia, jesteś jaka jesteś, ale robimy!”. Tak że musieliśmy się dotrzeć i wypracować wspólny język.

A co takiego ma w sobie Marek Dziedzic, że to jemu udało się spiąć twoją wizję na płytę? Jakim jest producentem?

Marek Dziedzic jest bardzo szalonym producentem, z otwartą głową, a przy tym i przede wszystkim jest bardzo wrażliwym i dobrym człowiekiem. Dobrze mnie wyczuł. Dawał mi bardzo dużo przestrzeni, ale również lekcji. Nauczyłam się np. śpiewać trochę inaczej, bo na tej płycie pozwalaliśmy sobie na dużo eksperymentów wokalnych, czego chciałam. Chciałam, żeby ta płyta była różnorodna, żeby odwzorowywała mnie, jako osobę, żeby była wielobarwna, co na pewno słychać. Marek sugerował mi, żebym podczas procesu twórczego słuchała jak najmniej muzyki, bo to pozwala skoncentrować się tylko na wewnętrznych głosach, a nie inspiracjach, które mogłyby zakłócić szczerość. Stawialiśmy na naturalność, na której mi też zależało. Odsuwaliśmy się od autotunów, ulepszaczy itd. Na płycie słychać dużo – słychać szczekanie psa, bo Lila, piesek Marka i Kasi (żony Marka), biegała zawsze na nagraniach, słychać mój śmiech w „Pana Cotta”. Ta płyta miała być naturalna. Myślę, że Marek nauczył mnie takiej naturalności również przy śpiewaniu – z jednej strony perfekcjonizmu, a z drugiej strony odpuszczenia i zwrócenia uwagi na to, że fajnie, jeśli powstaje lekkość i, że nie wszystko musi być odpicowane, zapięte na ostatni guzik. Po prostu równowaga, balans.

A jak będziesz wspominać tę współpracę z Jackiem Szymkiewiczem?

Oj, cudownie, najlepiej (śmiech). Ja bardzo długo słuchałam Pogodno w gimnazjum i liceum. No kocham Budynia, kocham jego głowę, to jest cudowny człowiek. Bardzo się cieszę się, że miałam okazję z nim pracować, to był kolejny rodzaj warsztatów, które odbyłam podczas tworzenia płyty. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach: o jedzeniach, o szympansach bonobo, o codzienności, o natłoku spraw. Przyszłam do Jacka, mając już gotowe teksty, ale potrzebowałam wycisnąć z nich coś więcej, potrzebowałam wyrazistości, zwrócić w nich uwagę na wiele rzeczy, utwierdzenia czy one na pewno są ok, czy na pewno są zrozumiałe. Wiele na początku nie było, więc potrzebowałam doświadczonej w pisaniu ręki i otwartej głowy, żeby móc wszystko spiąć w całość. Cieszę się tym bardziej, że cały czas mamy kontakt. Zrobiliśmy ostatnio wspólny numer, protest song „Ukochany kraj 2020”. Chyba również dlatego jestem zachwycona tym procesem twórczym, że mam kontakt z tymi wspaniałymi, dobrymi ludźmi, z którymi współpracowałam, że oni cały czas mnie otaczają.

Staram się nie szufladkować dzieł artystycznych. Dla odbiorcy to może być łatwiejsze, ale dla mnie jako osoby tworzącej, takie kategoryzowanie może stać się wiążące, potem trudno może być się z niego wyplątać.

To twórcy, którzy kojarzą się z dobrym popem (Marek Dziedzic produkował dla m.in. Meli Koteluk i Sorry Boys; Jacek Szymkiewiczem pisał teksty dla m.in. Brodki i Natalii Nykiel). Myślę, że tak skategoryzowana będzie również “Suma wszystkich dźwięków”. Jak oceniasz dziś polski pop?

Ja ma problem z szufladkowaniem i z gatunkami. Ale to miłe, jesteś kolejną osobą, która mówi, że „Suma wszystkich dźwięków” to dobry pop, że nie ma wstydu i że te nazwiska też robią swoje. Dziękuję, że postawiłbyś tę płytę obok płyt Sorry Boys czy Artura Rojka, które zespajają twórcy, to bardzo miłe, tym bardziej, że słucham tych artystów. Myślę, że to wszystko ewoluuje – kiedyś pop był stricte popem i mieliśmy jakąś taką szufladkę, do której wkładaliśmy – przynajmniej tak mi się kojarzył – radiowy „chamski pop”. W pewnym momencie ten polski pop ewoluował, bardzo zmieszał się z alternatywą – „trójkową alternatywę” gra się teraz w zestawieniu z tą rmf-fową czy zetkową grupą twórców. Do tego doszedł jeszcze rap i elektronika, które jakoś to wszystko połączyły. Ja jestem za tym, żeby eksperymentować. Im więcej będziemy tworzyć i eksperymentować tym fajniej. Te gatunki naprawdę się teraz mocno mieszają, tak jak subkultury, które kiedyś były bardzo wyraziste – np. pop, metal, punk i emo. I to jest fajne. Ja po prostu staram się nie szufladkować dzieł artystycznych. Dla odbiorcy to może być łatwiejsze, ale dla mnie jako osoby tworzącej, takie kategoryzowanie może stać się wiążące, potem trudno może być się z niego wyplątać.

Mam wrażenie, że na początku swojej rozpoznawalności byłaś kojarzona z typowo bitową muzyką. “Suma wszystkich dźwięków” to już mieszanka różnorodności – na płycie znajdują się utwory lekkie, jak i gęste, wiele z nich ma swój sznyt przewodni – np.”Filozoficzny kamień” dla mnie momentami pobrzmiewania gospelem, przez pojawiający się w piosence chór. Miałaś jakieś inspiracje, jeśli chodzi o różnorodność tej płyty?

„Filozoficzny kamień” został nagrany z zespołem Zaciszańska Nuta, studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku, z Warszawy i to była niesamowita przygoda. Co do inspiracji – masz rację, na płycie pojawiają się i cięższe i lżejsze momenty w utworach. „Telebimy kłamstw” są cięższym utworem, w którym pojawia się więcej elektroniki, „Filozoficzny kamień” jest lżejszy, już nie mówiąc o „Panna Cottcie”, która jest leciutka i gitarowa. Tak jak mówiłam, starała się wycofać ze słuchania muzyki podczas tworzenia tej płyty. Nie wyrwę jednak z siebie swoich upodobań muzycznych, nawet gdybym na rok zamknęła się w jakiejś puszcze bez dźwięków. Kocham Freddiego Mercurego, Queen, więc te chóry na pewno wychodzą ze mnie już podświadomie, zawsze lubiłam z nimi eksperymentować – już na epce, jako Natasza Ptakowa, bawiłam się chórkami, potem w SOXSO, moim elektronicznym projekcie, pojawiły się zabawy wokalne, więc myślę, że to we mnie wsiąknęło. Lubię też nieco funkowy miszmasz muzyczny Jamiroquai, lubię Jorję Smith z dodawanym przez nią r’n’b, Arethę Frankiln, Ettę James. Kiedyś słuchałam nawet Jeden Osiem L (śmiech), to były czasy, kiedy chodziłam do podstawówki. Lubię też takie namiastki elektroniki czy grunge – The Prodigy, Nirvanę… No miszmasz niezły. Jak teraz o tym mówię, to sama się zastanawiam, gdzie jest w tym jakaś spójność. To jest po prostu bardzo szeroki wachlarz inspiracyjny.

W przypadku artystów wypuszczających materiał, który intryguje wieloma rozwiązaniami, zawsze zastanawiam się jaki będzie ich kolejny krok, czy na któryś z zaprezentowanych elementów postawią bardziej. Jestem ciekawy jak będzie w twoim przypadku.

Zastanawiałam się nad tym ostatnio, bo już muszę się trochę o tym myśleć. Ciągnie mnie bardzo w stronę soulu, ale już wiem, że nie obeszłoby się bez jakiejkolwiek elektroniki, a więc kminię nad soulem w połączeniu z elektroniką. Ale potem znowu będzie mi brakowało jakiejś akustycznej gitary. No nie wiem, to jest bardzo trudne, ale ciekawe pytanie.      

Z jednej strony bardzo cenię sobie spokój, ciszę i kontakt z naturą, a z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie jako twórcy przeżyć bez internetu, to jest po prostu baza.

Obecnie twórcy kierujący swoją karierą muszą poświęcać coraz więcej uwagi przestrzeni internetowej – z powodu pandemii taka strategia może wręcz przesądzić o przyszłej działalności muzyka. Jak ty się czujesz jako artystka w sieci?

Z jednej strony bardzo cenię sobie spokój, ciszę i kontakt z naturą, a z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie jako twórcy przeżyć bez internetu, to jest po prostu baza. Mając dodatkowo przed oczami pandemię, przez którą koncerty są zablokowane i nie mamy możliwości innej formy przekazu, myślę, że to jest nieodłączny element, bez którego nie da się przeżyć. Staram się to jakoś równoważyć, bo obserwuję u siebie, że im więcej wkładam sobie do głowy social mediowych nagłówków, informacji, zdjęć itd., do czego dochodzą jeszcze aspekty polityczne, które media lubią nakręcać, tym bardziej jest to niezdrowe. Obserwuję, bardzo dużo czytam i słucham wielu ludzi mądrzejszych ode mnie, którzy doradzają fajne rzeczy, np. reset na weekendy, czyli po prostu wyłączenie Instagrama, odcięcie się od telefonu, zrobienie sobie przerwy – i to na pewno poprawia kondycję naszego zdrowia psychicznego. To jest bardzo fajny temat.

Z jakich źródeł słuchasz muzyki?

Chyba lecę z prądem, bo mam wykupione subskrypcje w portalach streamingowych. Jednocześnie kupuję też płyty i staram się wspierać jak tylko mogę innych twórców. Bo trzeba. Ja sama walczyłam o to, aby mój krążek został wydany fizycznie – były takie plany, żeby opublikować go tylko w digitalu. Już jako debiutantka dobrze zdałam sobie sprawę z tego, jak fajnie jest potrzymać to swoje “dziecko” w rękach. Zupełnie inaczej jest, kiedy ma się przed oczami folder, a kiedy trzyma się płytę w dłoniach. Ja jako odbiorca słucham muzyki najczęściej na streamingach, ale również na płytach, na telefonie, na głośnikach, na odsłuchach studyjnych – słucham w każdej formie i w każdej jest mi dobrze. Podobno dobry miks wszędzie się obroni, więc testuje różne nośniki i formy (śmiech).

A jaki feedback od słuchaczy, dotyczący tego, co robisz, jest twoim ulubionym? Kiedy czujesz wsparcie od nich?

O koncertach niestety nie opowiem, bo na razie nie miałam jeszcze możliwości występować z nowym materiałem, nie licząc telewizyjnych programów muzycznych. Ale koncerty to jest cudowna energia – gdy wychodzisz na scenę i masz przed sobą rzeszę ludzi. Niesamowite uczucie. Ja doceniam każdy rodzaj wymiany energii międzyludzkiej. Uważam, że rozmowa jest w ogóle fantastyczna, tak jak my teraz sobie rozmawiamy. Z resztą ludzie, którzy mnie słuchają i obserwują to wspaniali ludzie, każdy z nich kryje jakieś niesamowite historie. Teraz przekazują mi ciekawe wrażenia i opinie ze słuchania płyty. Jedni pisali, że słuchają płyty w niecodziennych miejscach, np. ktoś poszedł z nią do lasu, bo przeczytał, że tworzyłam ją w kontakcie z naturą. Ktoś z zupełnie z innej beczki, napisał, że sprawdza ją na trasach rowerowych, bo ja też jeżdżę na rowerze, więc utworzyła się między nami relacja. Jakiś pan stworzył prywatnie własną recenzję tej płyty na 4 strony. Jestem tym naprawdę wzruszona i zaskoczona. A oprócz tego lubię po prostu takie codzienne rozmowy, gdy wrzucam jakąkolwiek relację na instastory i ktoś na nią odpowiada, pisząc co u niego. Ja kocham rozmowy z ludźmi, nie potrafię ich odmówić – czy to na targu z panem czy w relacjach social mediowych. Czasami to jest trochę męczące, kiedy rozmowa bardzo wciąga, ale kocham je mimo wszytko. 

Jakie jeszcze masz więc oczekiwania wobec swojej debiutanckiej płyty?

Chyba nabrałam spokoju co do „Sumy wszystkich dźwięków”. Na początku bardzo się stresowałam. Proces twórczy był o wiele bardziej nerwowy dla mnie niż moment wydania płyty. Uświadomiłam sobie, że jestem bardzo zadowolona z tego materiału – wypuszczam coś, co sama przeżyłam, stworzyłam, przyswoiłam; wypracowałam to, co miałam wypracować. Teraz koncentruję się już na kolejnym etapie – na odbiorze energii od ludzi. Chyba nie mam oczekiwań. To znaczy jak każdemu, kto wypuszcza to swoje „dziecko” w świat i mi pojawiają się jakieś znaki zapytania – czy to się komuś spodoba? Czy to się przyjmie? Czy radia zaczną to grać? Co dalej – szczególnie teraz w czasach pandemii? Ale ja chyba po prostu przyjmuję wszystko takim, jakie jest i to wychodzi mi na dobre, bo mniej się stresuję. Poza tym ten feedback jest naprawdę przyjemny i ciepły. Jestem po prostu bardzo zadowolona i wdzięczna. Myślę, że wdzięczność to doskonałe słowo, które opisuje mój stan.