NewsroomRelacje

OneRepublic z energetycznym koncertem w Łodzi [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Wybierając się na koncert danego artysty, trudno pozbyć się oczekiwań z nim związanych. Czasem są to pragnienia wielkiego show, innym razem — minimalnych oczekiwań co do oprawy wizualnej czy energii zespołu. W tym przypadku poszłam na koncert z przekonaniem, że na scenie łódzkiej Atlas Areny zobaczę amerykańską grupę wykonującą szereg swoich największych hitów, bez ryzyka jakiegokolwiek niedosytu. Okropnie się myliłam. OneRepublic to zespół, którego nie wystarczy posłuchać w radiu — trzeba ich doświadczyć na żywo, by zrozumieć ich fenomen.

Wyczekując wyjścia głównej gwiazdy i słuchając supportu w wykonaniu Elli Henderson — która swoją drogą wypadła fenomenalnie — skupiałam wzrok na elementach scenicznych, które, mówiąc wprost, wyglądały dość skromnie. Podążając jednak dalej wzrokiem po hali, szybko zauważyłam, że tuż przy tylnych trybunach ustawiona jest scena B, na której zapewne wystąpi zespół. Bardzo mnie to ucieszyło, bo właśnie w tej części hali się znajdowałam. Nie ukrywam, że była to miła niespodzianka, na którą czekałam przez znaczną część koncertu.

Gdy tylko OneRepublic weszło na scenę, od razu zrozumiałam, o co chodzi — elementem scenografii były genialne, dopracowane wizuale, które współgrały ze światłami i wprowadzały w historię każdego utworu. Obraz zarówno na telebimach, jak i na głównej scenie był przemyślany niczym film, w którym kolejne kadry prowadzą nas przez następne sceny.

To był koncert hitów, ale czego więcej można oczekiwać od zespołu, którego słucha się okazjonalnie? Miłym zaskoczeniem było to, że lider grupy okazał się naprawdę sympatycznym gościem, który na tę okazję nauczył się kilku polskich słów, a nawet całych zdań, dawkowanych przez całe, dwugodzinne show. Nie brakowało mu również energii — w utworze Run dosłownie biegał w tę i z powrotem po scenie, choć to nie był jedyny moment, w którym imponował swoją dynamiką.

W wielu momentach atmosfera stawała się naprawdę nostalgiczna, szczególnie gdy zespół zapowiedział utwór Stop and Stare, zdradzając, że gdyby ten singiel — drugi w ich karierze, zaraz po Apologize — nie odniósł sukcesu, prawdopodobnie rozwiązaliby band. Nie chcieli być zespołem jednego przeboju, zwłaszcza że Apologize dodatkowo zyskało ogromną popularność dzięki remiksowi Timbalanda. Na szczęście Stop and Stare również stało się wielkim hitem, co przekonało OneRepublic, że muszą iść dalej i nie przestawać tworzyć.

Bardzo szybko panowie przenieśli się na scenę B, gdzie przez niemal 20 minut skupili się przede wszystkim na interakcji z fanami — odbierali od nich listy i trzykrotnie wystrzeliwali piłkę z autografami w stronę widowni. To był także moment, w którym lider zespołu pokazał się od strony songwritera dla światowych gwiazd, a wisienką na torcie było wykonanie na fortepianie utworu Halo Beyoncé. Jak żartobliwie dodał, napisał go dla Beyoncé w ramach… miłosnej piosenki dla Jay-Z.

Przez resztę show skakaliśmy z jednego hitu do drugiego — nie zabrakło Lose Somebody, Counting Stars czy If I Lose Myself Tonight.

Wisienką na torcie było dla mnie wykonanie ich największego przeboju, wspomnianego wcześniej Apologize, z krwistym księżycem w tle, w otoczeniu akompaniamentu fortepianu i skrzypiec. To był moment kulminacyjny, kiedy łezka kręci się w oku, a Ty uświadamiasz sobie, że jesteś emocjonalnie połączona z twórczością zespołu.

Gdybym mogła przeżyć to jeszcze raz, chętnie cofnęłabym się w czasie. To była wyjątkowo smaczna i wręcz soczysta muzyczna uczta. Z mojej perspektywy OneRepublic udowodniło, że ich fenomen nie wziął się znikąd — oprócz genialnych umiejętności songwritersko-produkcyjnych potrafią także dać show, którego nie powstydziliby się ich koledzy z branży.