NewsroomRecenzje

Demi Lovato w pełnej krasie: taniec, emocje i potęga wokalu [recenzja: It’s Not That Deep]

Demi Lovato wraca z albumem „It’s Not That Deep” – silniejsza, pewniejsza i bardziej taneczna niż kiedykolwiek. Nowy materiał to wehikuł czasu, który przenosi nas do złotej ery jej największych dance-popowych hitów. To właśnie Lovato stoi za hymnem lata „Cool for the Summer” czy pulsującym „Neon Lights” – i to właśnie do tej estetyki świadomie nawiązuje w swojej najnowszej odsłonie. „It’s Not That Deep” to muzyczna retrospekcja w rytmie klubowych świateł, ale też gest pożegnania – przynajmniej na chwilę – z pop-rockową energią, którą artystka eksplorowała na dwóch poprzednich albumach.

Demi Lovato doskonale wie, jak podsycać emocje – i jak sprawić, by publiczność pomyślała: „muszę tego posłuchać w całości”. Zrobiła to, teasując fragmenty nowego albumu na TikToku. W centrum uwagi znalazły się trzy single: prowadzący „Fast” oraz jego następcy, „Kiss” i „Here All Night”. Każdy z nich pulsuje tanecznym beatem, ale ma w sobie też charakterystyczny dla Lovato pazur – szczególnie „Kiss”, które łączy klubową energię z wyczuwalną dawką prowokacji. W teledyskach artystka tańczy razem z performerami, emanując pewnością siebie i radością z powrotu do tego brzmienia. Te trzy utwory to esencja „It’s Not That Deep”. Choć, patrząc na emocje, które wzbudzają – trudno się nie zgodzić ze słuchaczami, że Demi trochę nas oszukała. Bo ta płyta, wbrew tytułowi, jednak ma w sobie sporo głębi.

Jednym z numerów, który zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi, jest Frequency – zaskakująco pominięty w roli singla. To utwór, który uderza mocnym, pulsującym beatem, tylko po to, by chwilę później zwolnić i dać przestrzeń hipnotyzującemu wokalowi Lovato. Refren zostaje w głowie na długo, a całość balansuje między euforią parkietu a momentem skupienia, który pozwala docenić wokalną potęgę artystki. W świecie, w którym wiele wokalistek stawia dziś na produkcyjne triki i efektowny autotune, Demi pokazuje, że jej głos nie potrzebuje żadnych ozdobników – wystarczy, że zaśpiewa.

Po intensywnym, klubowym otwarciu, które serwują trzy pierwsze utwory, nadchodzi moment wyciszenia – i wspomniana wcześniej głębia, której na tym albumie miało ponoć nie być. „Let You Go” to spokojny, refleksyjny numer o tęsknocie i pogodzeniu się z decyzją, by odpuścić komuś w życiu. Demi serwuje tu swoją charakterystyczną szczerość, pozwalając głosowi prowadzić emocje bez dodatkowego wsparcia w postaci mocnego beatu. Ciekawostką jest fakt, że w tym roku zarówno Lovato, jak i Selena Gomez wzięły ślub, choć – mimo dawnej przyjaźni – nie zaprosiły się nawzajem na uroczystości. Fani szybko podchwycili ten wątek, tworząc na TikToku nostalgiczne montaże do „Let You Go”, które przywołują ich wspólne disneyowskie początki.

W „Sorry to Myself Demi rozlicza się ze sobą i swoimi demonami z przeszłości, nie owija w bawełnę: przeprasza samą siebie za patrzenie w lustro i sypanie soli na własne rany, za głodzenie siebie, za wypalenie. To bardzo intensywny, emocjonalny utwór, który w kontekście życiowych doświadczeń Lovato pokazuje, że artystka znajduje się w momencie, w którym potrafi dostrzec swoje błędy i – co ważniejsze – tworzy dla siebie nową, bardziej przyjazną rzeczywistość.

Wspomniane wcześniej utwory były tylko krótką przystanią, by znów oddać się tanecznemu szaleństwu w „Little Bit” i Say It”. Te radosne momenty są jednak jedynie przerywnikiem – prowadzą do „In My Head”, gdzie Demi po raz kolejny mierzy się z tym, czym mogłaby być, a czym nie jest. W utworze artystka wymienia sugestie i oczekiwania osób z jej otoczenia, które nie akceptują jej obecnego ja, wciąż żyjąc obrazem tego, kim mogłaby być. Choć to tylko rady innych, Demi przyznaje, że trudno je wyrzucić z głowy, gdy nieustannie słyszy się je na okrągło.

Moim faworytem, jednym z ostatnich utworów na płycie, jest „Before I Knew You” – spokojny, popowy numer, który pozwala w pełni docenić wokal Demi. Jednocześnie otula nas delikatną, nostalgiczną melodią, przywodzącą na myśl klimat 1989 Taylor Swift, nadmorskie spacery i wakacje, za którymi czasem tęsknimy. To moment na wyciszenie i refleksję, idealny przed finałowymi kawałkami albumu, który pozwala po prostu przystanąć i wsłuchać się w muzykę.

Klamrą całego wydawnictwa jest „Ghost”, który dla mnie jest naturalnym następcą „Skyscraper”. Potęga wokalu Lovato – wiem, mogę być monotematyczna, ale to głos, który nie ustępuje niczym Christinie Aguilerze czy Whitney Houston. Jestem przekonana, że wybrany jako singiel utwór przekonałby również fanów Adele, Beyoncé czy innych artystek o poruszającym, monumentalnym wokalu. Uwielbiam, że spokojny numer stopniowo przechodzi w elektrobrzmienie, które wprowadza poczucie cofnięcia się w czasie – nagle obrazy z przeszłości odtwarzają się w naszej głowie i przeżywamy je raz jeszcze. W tym sensie „Ghost” to muzyczna podróż przez cały album Demi, zamykająca go z niesamowitą siłą i emocją.

„It’s Not That Deep” miało być kolejnym rockowym rozdziałem w karierze Demi, ale ostatecznie artystka poszła w zupełnie innym kierunku. W erze, w której elektro wraca do łask, a Kylie Jenner reaktywuje swoje kolekcje sprzed dekady, decyzja Lovato wydaje się strzałem w dziesiątkę. Mam nadzieję, że album trafi do tych, którzy pokochali muzyczną odsłonę Demi z 2015 roku. Płyta pokazuje nie tylko potęgę jej wokalu, ale też elastyczność w eksperymentowaniu z brzmieniem – Demi, niczym kameleon, zgrabnie wpasowuje się w aktualne trendy. To bardzo solidny materiał, który chciałabym usłyszeć na żywo. Cieszy fakt, że Lovato od 2008 roku nieprzerwanie serwuje nam muzyczne bangery, a It’s Not That Deep” tylko umacnia jej pozycję w świecie popu.