NewsroomWywiady

Jan Marczewski w rozmowie z WLKM: “Cieszę się z tego, co mam”

Zima powoli dobiega końca, a przynajmniej na to liczę. Dziś za pomocą wywiadu z Janem Marczewskim zabieram Was “Na Koniec Lata”. Tak brzmi tytuł albumu, który jakiś czas temu ukazał się w serwisach streamingowych, a teraz pojawił się również w wersji CD. W ubiegłym roku Janek wydał nie jeden album, a nawet dwa, a także spędził “Momenty” na trasie koncertowej – między innymi o tym porozmawialiśmy w ramach wywiadu!

Na koniec zimy (a przynajmniej liczę na to, że już zmierza do końca) wydajesz fizyczną wersję albumu o przekornym tytule „Na Koniec Lata”. To celowa przekora i puszczenie oka do słuchaczy czy raczej zbieg okoliczności?

To trochę przypadek. Cieszę się, że to wyszło akurat zimą, bo też byłem już trochę zmęczony mrozami. Kiedy dostałem ten krążek – mam go tutaj obok – poczułem powrót lata w środku zimy. To było naprawdę fajne, ale termin wydania i tak duże opóźnienie jest oczywiście przypadkowe.

Można powiedzieć, że ta płyta przechodzi dwie premiery! 

Dosłownie tak! Bardzo się cieszę. To jest projekt mocno związany z latem, ale jednocześnie jest bardzo uniwersalny – przynajmniej dla mnie osobiście. Może słuchaczom przypomni lato i też im się spodoba, nawet zimą. 

Motywem przewodnim płyty jest morze: pojawia się w tekstach, teledyskach i na okładce. Widziałam na Instagramie, że niedawno byłeś na nartach. Jesteś team morze czy team góry? 

Trudne pytanie! Wydaje mi się, że jestem po prostu team „dobre miejsca” (śmiech). Myślę, że latem dla mnie super opcją jest wypoczynek nad wodą, ale nie wyobrażam sobie zimy bez nartek, więc to wszystko jest dla mnie trochę płynne. Morze wydaje mi się dużo bardziej kojące, bardziej emocjonalne i inspirujące. Góry też uwielbiam, kiedyś dużo chodziłem po Tatrach. Jako smyk jeździłem tam na obozy artystyczne. Wtedy trochę tego nie doceniałem, teraz pewnie bardziej bym doceniał. Chyba się nie zdecyduję, a gdybym już musiał – bo by się stało coś złego (śmiech) – to wybrałbym morze.

Nasz portal nazywa się Wspieramy Legalne Kupowanie Muzyki. Dziś problem nielegalnego słuchania właściwie zniknął – muzyka jest dostępna od ręki w serwisach streamingowych. My jednak jesteśmy oldschoolowi i promujemy kupowanie fizycznych nośników. Teraz wydałeś swoją płytę również w wersji CD. Czy postrzegasz takie wydanie jako wartość dodaną?

Mam takie podejście, że w obecnych, mocno zdigitalizowanych, czasach wydanie płyty w formie fizycznej jest dla artysty bardzo ważne. To coś namacalnego, co zawsze będę się starał robić. Może kiedyś przerzucę się na płyty winylowe, bo sam jestem ich słuchaczem, więc to jest takie moje marzenie. Uważam też, że w czasach, gdy słuchacz ma dostęp do wszystkiego w Spotify i innych serwisach streamingowych, kupienie CD-ka jest okazaniem wsparcia dla artysty. Wydaje mi się, że to właśnie napędza fizyczne wydania. Winyle zatoczyły już koło, kasety też powoli wracają. Myślę, że CD-ki chyba potrzebują jeszcze kilku lat, żeby znów mocniej wejść do mainstreamu – aż ludzie zaczną chodzić z discmanami po mieście. Ale dla mnie płyty to wsparcie od fanów. Widzę, że dużo osób na koncertach je kupuje i zawsze mi się wydaje, że to są fani, którzy chcą podpis na tej płycie albo cyknąć sobie zdjęcie.

Skoro wspomniałeś o fanach – zauważyłam też ciekawy zbieg okoliczności. Mamy weekend walentynkowy, a płyty właśnie teraz zaczynają do nich docierać. Pewnie jeśli nie przed weekendem, to tuż po nim. Czy to puszczenie oka do fanów, czy znów przypadek?

Być może to mój menedżer August, który jest po prostu geniuszem w rozkminianiu takich rzeczy. Może nawet mnie nie informuje, że coś takiego zaplanował (śmiech).

Zatrzymajmy się też przy samej płycie. Tytułowe hasło “Na Koniec Lata” pojawia się kilkukrotnie w utworach. To fajny zabieg, lubię takie ukryte smaczki i spójność w treściach. Zastanawiam się, co było pierwsze tytuł i zamysł na album, czy narodziło się to w tekstach?

Może głupio się do tego przyznać, ale czasem jest tak, że po prostu wpada mi do głowy jakiś tytuł. Z “Momentami” było tak, że do ostatniej chwili nie miałem tytułu. Natomiast „Na Koniec Lata” pojawiło się wcześnie i od razu mi się spodobało. Nie wiem, czy gdzieś to wspominałem, że był taki plan, żeby wydać tę płytę pierwszego dnia lata. W ogóle, tak jak śpiewam w jednym utworze, to “miała być tylko EP-ka” – pięć, sześć utworów, a finalnie jest jedenaście. To miał być mały projekcik, trochę inny, bardziej żywy, wesoły. Potem tak się wkręciłem w tę tematykę, zacząłem przerabiać różne rzeczy z mojego życia, o których mógłbym opowiedzieć. I tak się to zaczęło rozrastać. Określenie „na koniec lata” najpierw pojawiło się w jednej z piosenek. Nie pamiętam dokładnie w której, ale bardzo to ze mną rezonowało. Zadzwoniłem do Wojtka, do Michała Smajdora, do Augusta i mówię: „Stary, a może ‘Na Koniec Lata’?”, a oni: “no zobaczymy, zobaczymy”. Wtedy też wymyśliłem, żeby to hasło pojawiło się w każdej piosence, ale finalnie się z tego wycofałem. Dlatego w niektórych utworach jest, w innych nie – choć rzeczywiście przewija się często. I w sumie ten tytuł stał się prekursorem całego projektu. Dał mu coś, co go zlepiło w całość.

Zdecydowanie! Można to zauważyć już od pierwszego odsłuchu. Podobny ciekawy zabieg zauważyłam w “Na Lądzie”. Utwór poprzedzający tę piosenkę kończy się właśnie słowami “na lądzie byliśmy samotni”. Bardzo fajne są takie poukrywane smaczki. 

Zawsze do mnie trafia, kiedy ludzie mówią, że słuchają całych płyt, a nie tylko singli, to jest bardzo fajne. Wydaje mi się, że jak już jesteś takim świadomym artystą – nie w sensie „większym”, tylko takim, który ma swój projekt i wie, z czym to się je to fajnie pokazać jakąś historię. Dlatego zależało mi, żeby wydać prawdziwy album. Jestem świadomy, że tak naprawdę połowę albumu wypuściłem wcześniej jako single, ale nie chciałem, żeby było tak, że tylko dorzucamy dwa nowe utwory. Chciałem się wysilić i stworzyć spójny album. Za granicą to jest chyba częstsze, ale w Polsce też jest spora reprezentacja takich rzeczy np. nowy Taco Hemingway to jest coś mega spójnego albo “kino femina” Kosmy. Super się tego słucha!

Zastanawiam się, czy w tekstach opowiadasz historie, które przeżywałeś, czy tworzysz je na potrzeby piosenek? 

To jest bardzo różnie. W tych piosenkach jest dużo mnie – większość historii gdzieś tam rzeczywiście się wydarzyła, ale to nie są dosłowne opisy sytuacji. Lubię miksować różne historie. Czasem coś dopowiem, ale nigdy nie jest to wzięte znikąd. Zawsze jest to podbudowane czymś, co się wydarzyło albo co ktoś mi opowiedział. Staram się zbierać zapiski o emocjach – swoich i nie tylko. Nie można przy mnie za dużo mówić, bo kiedyś może to zostać wykorzystane (śmiech). Ale te rzeczy są o mnie lub są mi bliskie. Chyba nigdy nie napisałem nic, z czym w jakiś sposób bym się nie zgadzał. To raczej zawsze jest gdzieś o mnie.

Zapytałam o to, bo sprawdziłam Twój opis na Spotify i jest tam takie zdanie: “nawet w pozornie radosnych utworach przemyca nostalgiczne brzmienia, tworząc niepowtarzalny klimat”. I pomyślałam sobie, że to jest bardzo trafne. Powiedziałabym nawet, że Twoja twórczość to swoisty współczesny romantyzm połączony z nostalgią. Na ile świadomie budujesz taki nastrój?

Wydaje mi się, że to jest mega ważne. Często wesołe piosenki kojarzą się z czymś, co właściwie nic za sobą nie niesie – jest „super”, ale nie ma przesłania. A ja myślę, że fajnie jest przemycać w nich emocje. Niekoniecznie negatywne, tylko w ogóle emocje. Lubię myśleć, że ktoś może posłuchać utworu raz, bo mu się spodoba, a za drugim razem np. siedząc w pociągu czy gdzieś w drodze nagle wsłucha się w tekst i pomyśli: „kurde, wow”. To jest fajne! Ja mam tak z angielskimi piosenkami. Może nie jestem na tyle biegły, żeby od razu wyłapywać cały tekst. Kiedy słucham czegoś w mieście, wyłapuję pojedyncze zdania, ale nie wlatuje całość w głowę od razu. I mam coś takiego, że kiedy jeżdżę pociągami, słucham i słucham i coś nagle do mnie trafia. Wtedy te pozornie luźne teksty, nabierają mega głębi. I to jest zawsze super.

To prawda, piosenki z angielskim tekstem często sobie gdzieś tam lecą w tle, a te polskojęzyczne docierają bardziej bezpośrednio.

Na pewno, ale też wydaje mi się, że za granicą np. w Stanach jest po prostu większe przyzwolenie na taki luz w tekstach. Mam wrażenie, że po angielsku pisze się trochę inaczej. Czasem, kiedy uświadomisz sobie, o czym ktoś pisze, to myślisz: gdyby napisał to w Polsce dokładnie w ten sposób, brzmiałoby to dziwnie. Pamiętam, że kiedyś na YouTubie były takie filmiki, gdzie ktoś dosłownie tłumaczył anglojęzyczne piosenki. Jak byłem młodszy, tata mi to pokazywał. Wydaje mi się, że w Stanach czy w ogóle za granicą jest większe przyzwolenie na rzeczy niekoniecznie ładne czy poetyckie, tylko bardzo luźne. 

Gdybyś miał jednym zdaniem opisać swoją twórczość osobom, które jeszcze Cię nie znają – co byś powiedział?

Na pewno powiedziałbym, że nazywam się Janek (śmiech). A mówiąc już poważnie: wydaje mi się, że powiedziałbym o emocjach. Staram się trochę odsłonić przed słuchaczem, zdjąć gardę. Mam wrażenie, że ta muza jest w pewnym sensie uniwersalna – próbuję ją robić w taki sposób, żeby była przyjemna i mogła trafić do jak największej liczby osób. Jeśli eksperymentuję, to raczej lekko przemycam te rzeczy, zamiast stawiać je na pierwszym planie. No i na pewno trzeba wspomnieć o miłości – bo to jednak jest jakiś core tej muzyki.

Twoje dwie ubiegłoroczne płyty są zupełnie inne. W “Na Koniec Lata” czuć wakacyjny powiew dobrej energii, a “Momenty” są bardziej melancholijne i nostalgiczne. W  którymś z tych nurtów czujesz się lepiej? Czy kolejne płyty pójdą w jeszcze innym kierunku?

Mogę powiedzieć trochę backstage’owo. Przed „Na Koniec Lata” ktoś mnie zapytał: „ej Janek, a Ty umiesz robić wesołe piosenki?”. Odpowiedziałem: „kurde, pewnie, że umiem!”. Nigdy wcześniej za bardzo ich nie robiłem, ale umiem robić żywsze, wesołe piosenki. I to stało się pretekstem, żeby spróbować sił w innym gatunku, który też mi się spodobał. A czy następna płyta będzie jeszcze inna? Myślę, że na pewno. Na koncertach najbardziej lubię momenty, gdy mogę zagrać coś smutniejszego i tak naprawdę „ponieść się ” na scenie. Może to też przez to, że aktorstwo jest mi bardzo bliskie. I też wiem, że kiedy wydrę się na tej scenie, zaśpiewam głośniej czy coś to od razu dostaję od ludzi feedback, że to na nich działa. To jest zawsze magiczne. Więc chyba bliżej mi do tych smutniejszych rzeczy… ale z drugiej strony, kiedy graliśmy trasę „Na Koniec Lata Tour” i wchodziło np. “Pojutrze” albo „Chamy”, przy takiej energii publiczności mógłbym je grać trzy razy pod rząd. Nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie.

W ubiegłym roku wydałeś dwie płyty. Tempo jest wręcz błyskawiczne, nieczęsto to się zdarza! Czy masz z tyłu głowy jakieś plany wydawnicze na ten rok?

Potrzebowałem właśnie chwilę przerwy, bo przy dwóch albumach naprawdę troszeczkę się „wyplułem” ze wszystkich emocji. Do tego doszły dwie trasy koncertowe i różne prywatne sprawy. Ale ostatnio zrobiłem powrót i kupiłem gitarę! Jestem po pierwszym stopniu szkoły muzycznej, ale później nie tykałem gitary przez dziewięć lat. I teraz zacząłem pisać nowe rzeczy. Są ciekawe, chociaż jeszcze nie wiem, w którą stronę to wszystko pójdzie – są od siebie bardzo różne. Nie mogę się doczekać, co z tego wyjdzie. Może na najbliższych koncertach uda się coś zagrać. Na pewno będziemy grali w Sopocie i chciałbym tam spróbować przetestować ten nowy materiał. 

To oznacza, że w Sopocie wystąpisz z gitarą? 

Jeszcze nie teraz (śmiech). Ostatnio nawet napisałem na Instagramie, że może dopiero w 2027 roku. Mam trochę traumę z gitarą po szkole muzycznej – oczywiście serdecznie ją pozdrawiam – ale szkoły muzyczne w pewnym sensie potrafią być dla młodzieży traumatyczne. Egzaminy są ciężkie, a ja jeszcze byłem chyba najgorszym uczniem w całej szkole (śmiech). Naprawdę, przez sześć lat praktycznie ze wszystkiego wypadałem najsłabiej. Dobrze wspominam ten czas, miałem super pedagoga od gitary, ale to po prostu nie było dla mnie. Dlatego pomysł jest taki, żeby może w 2027 roku pomyśleć coś z tą gitarą. A na razie – ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć (śmiech).

Planów jest dużo! Wcześniej, przed wywiadem, wspomniałeś o dyplomie aktorskim. Czy w tym aktorskim kierunku będziesz starał się działać? 

Tak, bardzo! To są moje dwie pasje. Jestem na Państwowych Aktorskich studiach w Krakowie, więc to już długo we mnie pracuje. Miałem okazję się już trochę przetestować w teatrach i to jest coś, co też uwielbiam całym sercem. Wiem, że muza nie byłaby taka bez aktorstwa, a aktorstwo bez muzy też nie byłoby takie. 

Trochę zmierzając do końca, chciałabym zapytać, jak wyobrażasz sobie swoją karierę za pięć lat. Plany na 2027 rok już znamy, ale jestem ciekawa, jakie masz kolejne cele i marzenia. 

To jest trudne pytanie. Na pewno chciałbym, żeby ta muza się rozrastała, żeby zawsze zaliczać jakiś progres. Ale jednocześnie strasznie cieszę się z tego, co mam teraz. Powoli, krok po kroku, idę w górę. Zaczynałem sam, potem zaczęli pojawiać się ludzie – od strony produkcyjnej, ale też słuchacze i widzę, że to wszystko coraz bardziej się rozwija. Dlatego nie mam za bardzo oczekiwań. Cieszę się z tego, co mam i chciałbym, żeby było tego więcej – może nie tyle „lepiej”, ale inaczej i zawsze świeżo, żeby nie powielać schematów. A co będzie za pięć lat? Zobaczymy za pięć lat.

Trzymam kciuki, żeby dalej powoli piąć do góry. Powodzenia!

Dziękuję!