NewsroomRecenzje

Halsey: hopeless fountain kingdom

Halsey? To ta z Closer? Aaa, dobra, to pewnie kolejne popowe, nic niewartościowe pioseneczki… Otóż hola… stop! Nic bardziej mylnego! Autorka wybitnego albumu Badlands powraca z nowym, świeżutkim materiałem. I jeśli kojarzycie tą panią tylko z Closer, to musicie koniecznie się przemóc – tak jak ja – i przesłuchać tę płytę. A potem Badlands. Och… gwarantuję Wam, że będziecie bardzo zdziwieni. Czy pozytywnie, czy może też nie, to już pozostawiam Wam do oceny.

A teraz skupmy się na głównym bohaterze tej recenzji czyli Hopeless Fountain Kingdom. Krążek otwiera tajemniczy, momentami mroczny prolog. Podzielony na dwie części, wprowadza niesamowitą atmosferę już od pierwszych sekund. Gdyby przejrzeć wszystkie „piosenki-prologi” z płyt, które znam, ten uznałabym zdecydowanie za jeden z najciekawszych. Chociaż mimo tego, iż jest on w porządku i rozumiem chęć stworzenia z płyty pewnego rodzaju historii (rozpoczętej właśnie takim wstępem), to jakoś bardziej przypadło mi do gustu otwarcie poprzedniego krążka utworem Castle. Przejdźmy dalej, bo Halsey nie próżnuje i już od pierwszego refrenu 100 Letters uwodzi nas swoim charakterystycznym głosem. Powoli rozkręcająca się piosenka, która następuje po prologu, pasuje tutaj idealnie. Nie jest ani słaba, ani też nie uderza za mocno na początek – daje słuchaczowi szansę na przystosowanie się do klimatu płyty.

Następnie przeskakujemy do czarującego i delikatnego Eyes Closed. Razem z pozostałymi dwoma utworami, czyli Now or Never oraz Strangers, wydanymi chwilę przed premierą, bardzo dobrze odwzorowują styl płyty i muszę przyznać, że są to jedne z lepszych pozycji – o ile nie najlepsze – na tym albumie. Brawo Halsey! Wyśmienicie dobrane single promujące, to podstawa do zachęcenia słuchacza i w tym przypadku, udało się to perfekcyjnie. Nie rozumiem natomiast, co jest nie tak z tym Alone – z tego co się orientuję, nie przypadło do gustu większości fanów i dziwi mnie ten fakt, dlaczego? Zwrotki podchodzą mi trochę pod świąteczne piosenki z lat 90 – przyznam, że kompletnie nie mam pojęcia, co na to wpływa, no chyba, że to przez tę sekcję dętą i wysokie dźwięki pianina w tle. Tak czy siak – jest świetna! Ale spokojnie, Halsey to nie tylko spokojne ballady z miłosnym zawodem w tekście, bowiem w takich kompozycjach, jak Don’t Play, Heaven in Hiding pokazuje też trochę pazura i robi to wyśmienicie. Nie robi tego w sposób rockowy, ale bardziej wpływa tekstem na myślenie słuchacza.

Jest też kilka tych smutnych, łapiących za serce utworów, jak na przykład Sorry, Hopeless, Angels on Fire czy Devil in Me. Dwie ostatnie brzmią jak apel o pomoc osoby, która znalazła się w życiowym dołku – majsterszyk, polecam do przesłuchania i wsłuchania się, bo są naprawdę dobre! I to akustyczne Sorry, tak bardzo łapiące za serce… z jednej strony przeprosiny, jakiegoś rodzaju publiczny apel, a z drugiej pakiet wspomnień. Dawno nie słyszałam tak szczerej, prostej i pięknej piosenki. Na koniec nie omieszkam wspomnieć o „intrygującej trójcy” – jak to sobie nazwałam. Mam na myśli Good Mourning, Lie i Walls Could Talk. Czy tylko ja miałam tak, że słuchając za pierwszym razem nie wyłapałam przejścia pomiędzy pierwszymi dwoma piosenkami? Wow. Te trzy utwory mają w sobie coś takiego… magicznego? Klimatycznego? Tajemnicze i ponure. Są prawie idealne tylko jakoś nie pasuje mi ta wstawka Quavo w Lie. Mam wrażenie że ostatnio tego Pana wszędzie za dużo. I’m The One (ft. DJ Khalid, Bieber), Know No One (Major Lazer, Camilla Cabello), Strip That Down (Liam Payne), Trap Paris (Machine Gun Kelly), Portland (Drake)… to tylko kilka przykładów. Co łączy je wszystkie? Wszystkie miały premierę w przeciągu ostatnich dwóch-trzech miesięcy. Halsey mogła sobie ten duet darować, piosenka byłaby zdecydowanie lepsza.

Uważam, że Halsey jest jedną z tych artystek, u których to muzyka jest dopełnieniem tekstów. Słuchanie jej utworów wiąże się z analizą treści, bo to ona robi tu fantastyczną robotę, praktycznie za każdym razem. Śmiem twierdzić, że Halsey nie dorobiła się w swojej karierze kawałka komercyjnego, beznamiętnego, bez znaczenia – no, może poza Closer – ale tutaj muszę ją usprawiedliwić, ponieważ była to jedynie popowa kolaboracja z The Chainsmokers, a Ci – nie oszukujmy się – specjalistami od ckliwych i łapiących za serce tekstów nie są. Ale spokojnie, nie krytykujmy tutaj dwójki sławnych Djów, ponieważ to chyba dzięki nim zyskała sporą liczbę fanów i usłyszał o niej cały świat.


Kup płytę Hopeless Fountain Kingdom


Ja sama osobiście, gdyby nie Closer i polecenie kilku znajomych, w życiu nie poznałabym i nie doceniłabym Badlands – za co dziękuję, bo dzisiaj w muzycznym świecie pełnym popu, sztampowych pioseneczek o miłości Halsey wybija się jako świetna osobowość z potencjałem na porządną artystkę. Nie mogę się doczekać ogłoszenia trasy promującej Hopeless Fountain Kingdom i mam nadzieje, że znajdzie się na tej liście Polska. A jeśli nawet nie, postaram się wybrać gdzieś niedaleko za nasze granice i obiecuję napisać piękną relację. Z wielką przyjemnością sprawdzę osobiście, czy panna Halsey jest równie dobra live, bo wszystko na to wskazuje.

Moja ocena: 9/10

Dominika Tarka