NewsroomRelacje

Autor eurowizyjnego hitu – Tommy Cash – wystąpił w Poznaniu [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Tommy Cash działa w branży muzycznej od 2013 roku i przez tę dekadę zdołał zbudować sobie silną pozycję — rozpoznawalność, unikalny styl i wierną społeczność fanów. Jego twórczość wymyka się prostym kategoriom: to mieszanka rapu, satyry i celowo łamanej angielszczyzny, która tworzy charakterystyczny, niepodrabialny klimat. Choć na koncie ma współprace z naprawdę dużymi nazwiskami, takimi jak Salvatore Ganacci, Little Big, Charli XCX czy nasi Quebonafide i Mata, dopiero występ na Eurowizji pozwolił mu przebić się do mainstreamu.

Podczas koncertu przekonałam się jednak, że to właśnie scena jest jego prawdziwym żywiołem — tam w pełni czuć, jak smakuje jego „Espresso Macchiato” i jak charyzmatycznym performerem potrafi być Tommy Cash.

Każdy z nas ma w życiu takiego artystę, którego chętnie by zobaczył na żywo — niekoniecznie z listy marzeń, ale z ciekawości, „bo fajnie byłoby to przeżyć”. Dla mnie taką postacią był właśnie Tommy Cash. Zaintrygował mnie i rozbawił swoim „Espresso Macchiato”, dlatego chciałam zobaczyć, co jeszcze ma do zaoferowania.

Szybko okazało się, że ten przebój – podobnie jak najnowsze „OK” – to jedne z najłagodniejszych punktów jego repertuaru. Na żywo Tommy Cash wchodzi w dużo ostrzejsze rejony, pełne industrialnego brzmienia i techno-energii, którą potęguje jego DJ. To właśnie on przez cały wieczór napędzał show, budując intensywny, niemal hipnotyczny klimat koncertu.

Tommy Cash nie należy do artystów, którzy stopniowo budują napięcie. On woli uderzyć od razu – z pełną mocą. Już na otwarcie sięgnął po „Espresso Macchiato”, jakby chciał, by ci, którzy przyszli tylko dla tego hitu, nie musieli czekać w nieskończoność. I jednocześnie – by mieli szansę zorientować się, że zaraz czeka ich o wiele więcej niż popowy refren z Eurowizji.

Z moich obserwacji wynikało jednak, że nikt nie zamierzał wychodzić. Nawet mimo tego, że na sali pojawiły się dzieci, które raczej nie spodziewały się aż tak intensywnego i niegrzecznego show. Bo to nie był „miły pan z Eurowizji”, ale pełnokrwisty performer, który nie boi się tematów kontrowersyjnych – takich, przy których niejeden rodzic wolałby zasłonić swoim pociechom uszy.

Dopełnieniem całości były wizualizacje wyświetlane na ogromnym ekranie – bez cenzury, bez półśrodków. Tommy dbał o to, by każdy dokładnie zrozumiał przekaz i znaczenie jego utworów.

Podczas koncertu Tommiego dało się wyczuć wyraźnego ducha Eurowizji — głównie za sprawą utworów stworzonych we współpracy z uczestnikami konkursu. Publiczność usłyszała m.in. „United by Music” nagrane z Joostem oraz „It’s Crazy, It’s Party” z Kääriją. W setliście nie zabrakło też dwóch motoryzacyjnych hitów: „Benz Dealer” – doskonale znanego polskim słuchaczom angielsko-polskojęzycznego numeru z Quebonafide – oraz „Ferrari”, czyli energicznej kolaboracji z Salvatorem Ganaccim. Tommy Cash zapowiedział ją w typowym dla siebie stylu: z humorem i mocnym przyspieszeniem.

Jednym z najmocniejszych elementów całego show był nieustanny kontakt artysty z publicznością, który tworzył wyjątkową, niemal klubową energię. Towarzyszył mu także eurowizyjny ochroniarz – nasz rodak Kajtek – który zaskakiwał sceniczną charyzmą i tanecznymi wstawkami inspirowanymi voguingiem, popularnym w społeczności LGBTQ+. W pewnym momencie sam Tommy Cash wykonał kultowy death drop, czym wywołał euforię na sali. A gdy emocje sięgały zenitu, panowie skutecznie je studzili – polewając publiczność wodą i tworząc prawdziwie festiwalową atmosferę.

Tommy Cash doskonale wie, jak kupić publiczność. W swoim pełnym humoru show postanowił zaskoczyć wszystkich, wplatając w set… utwór disco polo – „Oczy zielone” Zenka Martyniuka. Nietrudno się domyślić, że to był moment, w którym każdy rodak na sali stał się jego fanem już na sto procent.

Później przyszła pora na jeszcze mocniejsze numery – „Pussy Money Weed” czy „Little Molly” – które rozkręciły atmosferę do granic możliwości. Punktem kulminacyjnym okazało się jednak ponowne wykonanie „Espresso Macchiato”. Tym razem Tommy zaprosił fanów na scenę, stawiając tylko jeden warunek: trzeba przebrać się za niego. W ten sposób scena zamieniła się w surrealistyczną paradę jego sobowtórów, a serca publiczności skradła szczególnie pewna dziewczynka, która przyniosła swój kubeczek, by „pan od Espresso” mógł go podpisać.

Koncert zakończył się symbolicznym powrotem do Eurowizji – na ekranach pojawiły się nagrania z przygotowań do konkursu, a w tle wybrzmiała „I Will Always Love You” Whitney Houston, co wywołało na sali niekontrolowany chichot i rozbawienie.

Tommy Cash to artysta, przed którym z pełnym uznaniem chylę czoła. Przekonać do siebie publiczność, która kojarzy cię głównie z jednym viralowym utworem, to nie lada wyzwanie – a jemu udało się to z ogromnym luzem i autentycznością. Jego absurdalny humor, brak barier i dystans do siebie to coś, czego na współczesnej scenie muzycznej zdecydowanie brakuje. Zaproszenie do współpracy Kajtka tylko wzmocniło komediowy, performatywny wymiar koncertu – i był to strzał w dziesiątkę.

Tym występem Tommy Cash zyskał kolejnego fana w mojej osobie. I jeśli jeszcze nie mieliście okazji go zobaczyć, dopiszcie go do swojej koncertowej listy – bo jego fenomenu naprawdę nie da się zrozumieć, dopóki nie doświadczy się go na żywo.