NewsroomRelacje

Akon/Ne-Yo oraz ich gorąco-nostalgiczna machina czasu – relacja z koncertu w Łodzi

fot. rozentuzjazmowany photography

To zdecydowanie był jeden z tych punktów listy wydarzeń, którą fajnie było odhaczyć na swojej must-have nostalgia vibes. Bo kto z nas, nie kojarzy hitów takich jak Lonely, Smack That, So Silk czy Closer? To są hity naszego dzieciństwa, do których bezwstydnie tańczyliśmy, czasem nie do końca wiedząc o czym są i jak bardzo sprośne są. Uświadomiliśmy sobie to dopiero kilkanaście lat później, na własną rękę czy za pomocą trendu z Tik Toka. Ale czy to ważne? Na skrzydłach nostalgii fajnie czasem wrócić do tych beztroskich czasów młodości, gdzie złożoność tekstu i jego przesłanie się nie liczyło – bo po prostu go nie rozumieliśmy – co więcej, było nam z tym dobrze i liczyła się muzyka. Do tej grupy należą np.: Pitbull, Pussycat Dolls, Flo-Rida, Sean Paul, Shaggy, czy właśnie bohaterzy dzisiejszej relacji. W taką podróż zabrali nas właśnie Akon i Ne-Yo w Łodzi, na wspólnym show, które było… jednym z najdziwniejszych koncertów na jakich byłam.

Zacznijmy od tego, że koncert – a raczej impreza – w Łodzi, przyciągnęła tłumy fanów muzyki pop, którzy liczyli na wieczór pełen największych przebojów obu artystów. I w tym kontekście, na pewno się nie zawiedli. Łódzka Atlas Arena była pełna – zarówno na trybunach jak i na płycie. Na pewno na docenienie zasługuje fakt, że od pierwszych minut otwarcia bramek, ruszyła rozgrzewka imprezy z DJ-em, więc nie było tu miejsca na nudę i niecierpliwe oczekiwanie na koncert. Tak naprawdę, zaczął się on w momencie otwarcia drzwi i skończył grubo po 22. Na stopniowo zapełniającej się arenie, od samego początku dało się odczuć gorący klimat, który dzięki tanecznym hitom z konsolety coraz mocniej udzielał się publiczności tam gromadzącej się. Organizacja koncertu stała na przyzwoitym poziomie, choć nadal uważam, że Atlas Arena jest średnio przyzwoitym miejscem koncertowym. Dzieje się tak, chociażby ze względu na brak względnego miejsca do wyciszenia się i wyraźniejszego odgraniczenia holu od pomieszczenia koncertowego. To sprawia, że w trakcie trwania wydarzenia, przejście korytarzem często wiąże się z brakiem możliwości porozumienia się czy dudnieniem w uszach, bo hałas tak mocno niesie się korytarzami.

Wracając jednak do całego show, dzieliło się ono na części – na zmianę występował Akon i wkraczał kolega Ne-Yo. Cały set był więc mieszanką krótszych setów po 5-7 piosenek danego wykonawcy, małą zmianą scenografii i chwilowym odpoczynkiem na backstage’u. Właściwy koncert po rozgrzewce DJ-skiej rozpoczął się występem Ne-Yo, który odpalił intro piosenką Michaela Jacksona The Way You Make Me Feel. Reakcja publiczności była oszałamiająca i tłum od razu poderwał się do tańca. Później artysta zaprezentował set opiewający w gorące tańce i show z tancerkami oraz swoje hity takie jak Miss Independent czy Because Of You. Pojawiło się tam w zasadzie wszystko – dokładnie tak, jak w tym memie “Ne-Yo ile chcesz efektów specjalnych? Ne-Yo: tak”. Były tancerki, było latanie na linach, były erotyczne tańce i dużo, dużo, dużo… efektów specjalnych.

Po tym mocnym rozpoczęciu, na scenę wkroczył Akon zaprezentował nie mniej energiczny set, w którym nie zabrakło jego najbardziej rozpoznawalnych utworów. Pojawiło się ikoniczne Smack That, które większość z nas za młodu śpiewała bez skrupułów – a dziś dobrze wiemy, że nie koniecznie była to… piosenka dla dzieci. But who cares anyway? Dzisiejsza muzyka naprawdę nie jest lepsza! Publika szczególnie żywo reagowała na te największe hity, śpiewając razem z artystą niemal każde słowo. Byłam pod wrażeniem, jak bardzo szczegółowo niektórzy znali teksty! Miałam jednak wrażenie, że występ miał trochę nierówne tempo i niektóre fragmenty wydawały się nieco niedopasowane. Z drugiej strony… wokalista skutecznie podtrzymywał kontakt z fanami, dzięki czemu jego set nie tracił na atrakcyjności względem Ne-Yo.

Obaj panowie postawili na dopracowaną choreografię i widowiskową oprawę sceniczną. Ich występy można określić jako zaskakujące show, które łączyło muzykę z efektami wizualnymi. Niestety, nie był to koncert z rodzaju ambitnych, bo dało się wyczuć wspieranie się playbackiem czy półplaybackiem. Ale nie oszukujmy się, panowie są już dojrzali i zrozumiałe jest to, że nie końca da się za wszystkim nadążyć. Stąd rozumiem backup w postaci efektów wizualnych i dźwiękowych, żeby zakryć te niedociągnięcia. Mniej wymagający widzowie spokojnie przymkną na to oko i jeśli ten koncert potraktujemy faktycznie jako wycieczkę nostalgiczną, to naprawdę wiele można wybaczyć.

Chociaż jakoś ciężko będzie mi wybaczyć ten trochę odklejony moment z setem coverów. Obserwując reakcje publiczności na trybunach mogę stwierdzić, że były mieszane – część widzów doceniła ten pomysł i bawiła się przednio, inni chyba woleliby usłyszeć więcej autorskiego materiału, bo uznali, że jest to dobrym momentem na przerwę (o tym jeszcze zaraz). Nie zmienia to faktu, że repertuar był… dziwny? W skrócie: polegało to na puszczaniu z playbacku DJ-ki przebojów takich jak Titanium (David Guetta/Sia), Take A Bow (Rihanna), Drunk In Love (Beyonce) czy Just Dance (Lady Gaga). Panowie nawet nie śpiewali, tylko bardziej hype’owali publikę. Nie końca rozumiem dobór utworów i jedyne co mogę powiązać to to, że prawdopodobnie myśl była o zaprezentowaniu utworów, w których produkcji brali oni udział (bo np. Take A Bow koprodukował Ne-Yo). Owszem, set rozgrzał publiczność, bo hit jest hitem i tańczy się dobrze, ale wydaje mi się, że więcej sensu miałoby wrzucenie tutaj po prostu przebojów Akona/Ne-Yo takich jak Sexy Bitch/Play Hard (David Guetta), Give Me Everything/Time of Our Lives (Pitbull). A te pojawiły się jak to zazwyczaj się dzieje, na końcu wydarzenia. Ostatecznie – zakładając, że całe wydarzenie było jedną wielką imprezą – mogę się zgodzić, że dzięki temu koncert uniknął monotonii i przez większość czasu utrzymywał niesłabnące zainteresowanie publiki.

Wracają na chwilę do dziwot tego wieczoru – chyba pierwszy raz spotkałam się z realną PRZERWĄ w trakcie koncertu (albo… za mało chodzę na koncerty tego typu). Autentycznie, panowie po zakończeniu wyżej wspomnianego setu DJ-skiego powiedzieli ze sceny, że zapraszają na 10 minut przerwy, w trakcie której oni się ogarną, ochłoną… a my – widzowie, możemy zaczerpnąć łyka wody lub innego trunku i również odpocząć. I w tym momencie, na telebimach wyświetlił się komunikat o przerwie, a następnie zapalono światła na arenie i tłum falą ruszył do wyjścia z płyty i trybun. Wow, zaiste przedziwny to był widok, musicie mi uwierzyć. Zupełnie tak, jakby koncert się skończył, chociaż w trakcie tego chwilowego wyciszenia, DJ podtrzymywał zainteresowanie pozostałych na hali uczestników. I jak gdyby nigdy nic, po tych kilkudziesięciu minutach z hakiem, koncert ponownie rozpoczął się setem Akona. Brakowało tylko dzwonków, jak w teatrze.

No cóż, tak jak wspomniałam – to był zdecydowanie najdziwniejszy koncert na jakim byłam. I może faktycznie powinnam prędzej zakwalifikować to szufladce imprezy, z artystami na scenie. Wydarzenie miało swoje mocne strony, takie jak zaangażowanie publiczności, efekty wizualne, ale nie obyło się też bez drobnych niedociągnięć technicznych i niezrozumiałych momentów. Mimo wszystko, zarówno Akon, jak i Ne-Yo starali się pokazać profesjonalizm oraz doświadczenie sceniczne. Myślę, że publika wiele im wybaczyła, bo to był tego typu event – przyjść i dobrze się bawić. Ja nie do końca jestem fanką – jak to nazywam – karaoke z gwiazdą, ale rozumiem, że dla niektórych to jest absolutnie wystarczające i to też jest super! Ostatecznie był to udany wieczór, który powinien zadowolić większość fanów obu artystów, choć ze strony obserwatora nostalgicznego takiego jak ja, nie był pozbawiony wad. Zaliczone i odhaczone na liście must-have nostalgia vibes. Następny przystanek – Pussycat Dolls we wrześniu.