NewsroomRelacje

Zara Larsson, Pitbull i Lily Allen wystąpili u naszych zachodnich sąsiadów. Byłam na Lollapaloozie 2026 [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Tuż obok nas, bo w Berlinie, odbywa się festiwal, który śmiało można nazwać konkurentem dla największych polskich wydarzeń muzycznych. Jego ogromnym plusem jest to, że trwa zaledwie dwa dni, a dla wielu Polaków podróż do stolicy Niemiec może okazać się wygodniejszym rozwiązaniem ze względu na niewielką odległość.

Moim głównym powodem wizyty na Lollapaloozie była oczywiście Zara Larsson, ale zupełnie nie spodziewałam się tego, z czym ostatecznie pożegnałam ten festiwal. To będzie kilka słów o tym, dlaczego czasem warto pozwolić sobie na odrobinę nostalgii.

Nostalgiczna podróż przez lata 2000-2010

Najważniejsze jest czasem to, by jakiś jeden aspekt przyciągnął nas do konkretnego miejsca i tym samym dał nam możliwość doświadczenia czegoś, na co sami nigdy byśmy się nie zdecydowali.

Zara Larsson to artystka, którą wielu z nas kojarzy przede wszystkim z utworu „Lush Life” oraz innych popularnych kolaboracji, dzięki którym zdobyła rozpoznawalność. To nie jest nowa artystka — to wokalistka z przeszłości, która obecnie przeżywa swoje drugie pięć minut.

Jednak najważniejsze jest to, by taki moment wykorzystać w pełni. A w moim odczuciu Zara zamiast wyciskać jedną cytrynę do ostatniej kropli, ściska całą garść naraz. Tym samym sprawia, że publiczność całkowicie zatraca się w jej występie.

Jej występ nie był 10/10 — on po prostu wyszedł poza tę skalę. Dziewczyna, która przecież nie jest częścią girlsbandu, przy pomocy swoich tancerek stworzyła klimat rodem z lat 2000., który porównałabym chociażby do The Pussycat Dolls.

Zara tworzy jedność z każdym, kto jest częścią jej koncertowego zespołu, i pokazuje, że na jej sukces pracuje cała ekipa. Niebanalna scenografia jest doskonałym dopełnieniem historii „Girl’s Trip”. Różowe auto niczym wyjęte z garażu Paris Hilton, hawajskie palmy i zachód słońca — to niemal przeniesienie tej wizji 1:1, jeśli ktoś nadal nie zauważył, jaką estetyką inspirowane było „Midnight Sun”.

Zara Larsson po prostu ma to wszystko — energię profesjonalnej tancerki, wokal, który nigdy nie zawodzi, oraz coś, co sprawia, że trudno jej nie kibicować. Widać, że ten sukces nie jest dziełem przypadku — to efekt ciężkiej pracy, która w końcu przyniosła oczekiwane rezultaty.

W mojej głowie wciąż wybrzmiewa „Midnight Sun” w obu wersjach — ten utwór otwierał i zamykał koncert — ale także „Wow”, „Ain’t My Fault” czy „EuroSummer”. Są takie koncerty, na które naprawdę warto iść, i Zara zdecydowanie należy do tego grona.

Ten występ minął przecież w pięć minut, a to najlepszy dowód na to, że artystka ani przez chwilę nie pozwoliła publiczności się nudzić.

Pitbull, Lorde, Tom Odell, Lily Allen

Lollapalooza to jednak festiwal, który zawsze może pochwalić się mocnym line-upem, a w tym roku — moim zdaniem — był on absolutnie dopieszczony. Gdy tylko zobaczyłam, że na festiwalu wystąpi Pitbull, zareagowałam optymistycznie, choć oczywiście z pewną dozą sceptycyzmu. Sama z siebie prawdopodobnie nie kupiłabym biletu na jego koncert.

Ten występ kompletnie mnie zaskoczył i bez cienia wstydu przyznaję — znałam każdy utwór i bawiłam się świetnie. To właśnie ten rodzaj emocji, które chce się przeżyć jeszcze raz.

Sam artysta podczas show sprawiał wrażenie naprawdę uroczego człowieka, a żeby jeszcze bardziej mnie do siebie przekonać, dwukrotnie podziękował Zarze Larsson, która — jak się okazało — znajdowała się tuż pod sceną. A właściwie nie tyle stała, co tańczyła i bawiła się przy jego utworach.

To był prawdziwy „Fireball”, na który naprawdę warto się wybrać.

Na festiwalu wystąpiła także Lorde, którą po raz pierwszy na żywo widziałam zaledwie siedem miesięcy temu. Wtedy długo zbierałam szczękę z podłogi, bo nie mogłam uwierzyć, jak genialne show potrafi stworzyć.

Jej festiwalowy występ został mocno okrojony pod względem scenografii, ale na pewno nie odebrano mu storytellingu, który jest stałym elementem obecnej ery Lorde. To niezwykłe móc tak dosadnie przedstawiać słuchaczowi historię stojącą za danym utworem.

Lorde należy do grona moich ulubionych koncertowych artystek, bo jej występy to spektakle, które trzeba przeżyć samodzielnie. Smaczkiem festiwalowej trasy jest obecność na setliście już ikonicznego „Girl, so confusing”, które zdecydowanie zachwyciło publiczność. Mocnym akcentem pozostaje również manifest Lorde — moment, w którym artystka rzuca w tłum płachtę z napisem „I don’t belong to anyone”.

Tom Odell to artysta, którego od lat miałam na swojej koncertowej wishliście — i w końcu! Lollapalooza spełniła to małe marzenie.

Miałam jednak nieco inne wyobrażenie tego koncertu. Być może to kwestia wrażliwości, która tym razem po prostu do mnie nie trafiła. Liczyłam na to, że Tom — podobnie jak Lorde — zabierze słuchaczy głębiej w historie swoich utworów, ale ostatecznie był to przede wszystkim koncert przy pianinie i kilka zejść bliżej publiczności.

Brakowało mi w tym występie odrobiny magii, choć kto wie — być może Tom Odell odczaruje to podczas koncertu w Polsce, na Bittersweeta, na który już się wybieram.

Lily Allen! To był zdecydowanie jeden z tych koncertów, na które zareagowałam ogromnym entuzjazmem. Los jednak ułożył plany inaczej i ostatecznie zobaczyłam zaledwie skrawek jej występu na telebimie podczas oczekiwania na show Zary Larsson.

Bardzo żałuję, że te dwa koncerty odbywały się niemal w tym samym czasie, ale ogromne brawa dla organizatorów za sprowadzenie takiej divy do naszej części Europy.

Odkrycia, czyli nowa krew

Festiwale to także czas na odkrywanie młodych talentów, a przyznam, że właśnie to lubię w nich najbardziej. Wciąż czasem wracam myślami do momentu, gdy Years & Years występowało na poznańskim Spring Breaku, a później osiągnęło globalną sławę.

Tym razem podczas festiwalu wybrałam się na Young Miko, która spodobała mi się na tyle, że przez cały występ zadawałam sobie pytanie: dlaczego nasze drogi przecięły się dopiero teraz? Ale spokojnie — ona już na dobre zostanie na mojej playliście.

Następnie wybrałam się na rockowe The Snuts, które naprawdę dało radę. Ostatnią artystką była Sofia Camara — przeurocza Kanadyjka, która pochwaliła się, że została w Berlinie aż na siedem dni, by odkryć tę część Europy.

Jej głos przypominał mi połączenie Gracie Abrams i Renee Rapp, a myślę, że to naprawdę spory komplement.

Lewis Capaldi – headliner drugiego dnia i zamknięcie festiwalu

Chyba nie myśleliście, że o nim zapomniałam? Koncert Lewisa Capaldiego zamykający Lollapaloozę był czymś absolutnie magicznym.

Ten artysta, pomimo wielu wyzwań, z którymi mierzy się na co dzień, ma w sobie ogromny talent, który potrafi przełożyć na muzykę w wyjątkowy sposób. Gdy wykonywał swoje utwory, miałam wrażenie, że jego słowa trafiają prosto do mojej duszy. To ten typ artysty, który po pierwszym spotkaniu zostawia na człowieku swoje piętno.

Oprócz muzycznego talentu Lewis jest również niezwykle zabawnym człowiekiem. Momentami miałam wrażenie, że na scenę wchodzi komik — a to był po prostu Lewis Capaldi we własnej osobie.

Ciarki przechodzą mnie na samą myśl, że mogłam usłyszeć na żywo ikoniczne „Someone You Loved”, a także inne utwory, które nieustannie zapętlają się na moich playlistach. To był jeden z najlepszych koncertów zamykających festiwal, jakie mogłam sobie wyobrazić.

Lollapalooza to bardzo dobra alternatywa festiwalowa, jeśli marzy Wam się wyjazd na muzyczne wydarzenie poza granicami kraju. Headlinerzy zdecydowanie zasługiwali na brawa i ukłony, ale ogromne uznanie należy się również pozostałym artystom, którzy na tę okazję naprawdę dopracowali swoje występy.

To wydarzenie zdecydowanie warto mieć na radarze. A kto wie — może to właśnie Lollapalooza spełni Wasze koncertowe marzenia.