Ariana Grande – Petal [recenzja]

fot. Materiały Prasowe
Ariana Grande wróciła z nowym albumem „Petal”, który jest nieco inną odsłoną artystki, niż słuchacze mogli się tego spodziewać. Całe brzmienie dobrze pasuje do tytułowego „Petal” – utwory są delikatne i momentami eteryczne, pokazując zupełnie inną stronę Grande. Tym razem artystka nie stawia przede wszystkim na mocny wokal, ale na emocje, które stają się jednym z najważniejszych elementów całej płyty.
Jej charakterystyczny głos wciąż jest obecny, ale został wykorzystany znacznie bardziej oszczędnie. Zamiast dominować nad utworami, pozwala im wybrzmieć i budować odpowiedni nastrój. Dzięki temu „Petal” brzmi bardziej intymnie i spokojnie, a Ariana wydaje się mniej zainteresowana udowadnianiem swoich możliwości, a bardziej opowiedzeniem o tym, co czuje.
Przy promocji tego albumu Ariana zrobiła wszystko na opak. Najpierw ogłosiła trasę koncertową, a dopiero w trakcie jej trwania zapowiedziała, że niebawem ukaże się nowy krążek. Szczęściarzami są zdecydowanie osoby, które kupiły bilety na drugi etap trasy – będą mogły doświadczyć „Petal” również na żywo.
Zarówno album, jak i sama trasa koncertowa to momenty, którym warto poświęcić swój czas i energię. Zwłaszcza że już niebawem artystka rozpoczyna hiatus, a tego, kiedy i czy w ogóle zdecyduje się na kolejny muzyczny powrót, po prostu nie wiadomo.
Album ten jest niebywale krótki – trwa zaledwie 36 minut i składa się z 12 utworów. Mówi się, że znajdujące się na nim piosenki są muzycznym zapisem ostatnich miesięcy w życiu Ariany, które, nie ukrywajmy, były mocno wystawione na oko publiczne i otulone sporą kontrowersją. Trudno więc nie zastanawiać się, ile z tych emocji artystka postanowiła przenieść na nowy album.
Kotłując w sobie tyle skrajnych emocji, Ariana mogła tak naprawdę wykrzyczeć cały ten album. Zamiast tego wybrała wrażliwość i empatię. W każdym z utworów odsłania swoją bardziej bezbronną stronę, a drogowskazem są chociażby wymowne tytuły piosenek – „hate that i made you love me”, „warning signs” czy „freak”. Już same tytuły sugerują, że za delikatnym brzmieniem „Petal” kryją się znacznie bardziej skomplikowane emocje.
Osobiście jestem ogromną fanką trzech utworów. „like i do” świetnie pokazuje klasyczny, zadziorny styl Grande i na moment odrywa nas od pełnych emocji kawałków. Lubię też zostać dłużej przy „stay”, które jest już bardziej o emocjach, ale wciąż stanowi pewien pomost pomiędzy nowym brzmieniem a tym, co fani Ariany dobrze znają i na co czekają. Ostatnim faworytem jest dla mnie tytułowe „petal” – delikatne, spokojne i trafiające w sedno całej płyty.
W dorobku Ariany zdecydowanie brakowało albumu o brzmieniu „Petal”. Ta płyta nie ma udowadniać, jak genialną wokalistką jest Grande. Tylko czy ona naprawdę musi jeszcze komukolwiek coś udowadniać? To wydawnictwo ma przede wszystkim otulić słuchacza i pozwolić mu poznać artystkę z nieco bliższej, bardziej wrażliwej strony.
Życie w świetle reflektorów i ciągłej krytyki nie jest niczym prostym. Zakładam, że dla Ariany ten album był swego rodzaju terapią i uważam, że swoje emocje przekazała w naprawdę piękny sposób. To płyta, której warto posłuchać bez wyrobionego wcześniej zdania na temat tego, co aktualnie dzieje się u Ariany. Po prostu – posłuchajcie „Petal”.