
Fot. Materiały Własne
Dziewiętnasta odsłona Way Out West już za nami. Przez trzy dni Göteborg ponownie zamienił się w miejsce spotkań miłośników muzyki z różnych zakątków Europy, a festiwalowa energia była wyczuwalna na każdym kroku. Głównym punktem wydarzenia pozostał malowniczy park Slottsskogen, który dzięki swojej zielonej przestrzeni tworzy wyjątkowe tło dla koncertów i całej festiwalowej atmosfery. Wśród uczestników nie zabrakło również naszej redakcji. Tegoroczny skład artystów był na tyle interesujący, że Göteborg znalazł się na naszej festiwalowej mapie — i zdecydowanie było warto!
Way Out West od lat wyróżnia się różnorodnością artystyczną, łącząc popularne nazwiska z mniej oczywistymi wyborami oraz eksperymentalnymi formami. Nie inaczej było tym razem. Organizatorzy ponownie postawili również na idee związane z ekologią i odpowiedzialnym podejściem do organizacji dużego wydarzenia. Tegoroczna edycja cieszyła się ogromnym zainteresowaniem publiczności, a frekwencja osiągnęła rekordowy poziom. Reputacja Way Out West jako jednego z największych i najbardziej szanowanych festiwali muzycznych w Skandynawii przyciągnęła międzynarodowych artystów i profesjonalistów z branży.
Dzień I, 13.08.2026
Przy wejściu na teren festiwalu, podobnie jak przed rokiem przywitał mnie wielki zielony napis “Way Out West”. Po sprawnym odebraniu akredytacji, udałem się pod bramę główną. Po szybkim rekonesansie terenu, udałem się do Media Room, aby odłożyć torbę i ruszyłem w poszukiwaniu muzycznych doznań – lepszego początku trudno sobie wyobrazić! Na scenie Höjden, Thomas O’Donoghue, lepiej znany pod pseudonimem scenicznym Dove Ellis dał folkowo – gitarowy popis. Ten irlandzki songwriter to muzyczna rewelacja ostatnich miesięcy – trasa koncertowa z zespołem Geese, wyprzedane solowe koncerty w Irlandii, Anglii i Stanach, pełne zachwytu recenzje. Materiał w dużej części składał się z debiutanckiego albumu “Blizzard”, wydanego w 2025 roku. Dove Ellis ma za sobą również wspaniały zespół, polscy fani będą mogli sami się o tym przekonać, już we wrześniu w Łodzi – występ na Great September!

Fot. Materiały Własne
W drodze na Lily Allen, zahaczyłem o występ greckiej rewelacji – Σtella. Grupa, która nagrywa w Sub Pop rozbujała scenę namiotową swoimi melodyjnymi dźwiękami. Lily Allen zaprezentowała na festiwalu swoją płytę “West End Girl” i wyszło to naprawdę dobrze, artystka pewnie poruszała się po scenie, czarując publiczność swoim urokiem. Zajrzałem też na końcówkę koncertu Jehnny Beth, która pokazała punkową duszę oraz sceniczną moc – po występie na Openerze wiedziałem, czego się spodziewać i po raz kolejny się nie zawiodłem.
Wraz z kolejnymi godzinami festiwalu tempo zdecydowanie rosło. Moby zagrał jeden z najbardziej energetycznych setów całego weekendu, szybko zamieniając swój występ w prawdziwą taneczną eksplozję. Artysta z przymrużeniem oka nawiązał nawet do słynnego hasła Eminema o tym, że „nikt nie słucha techno”, wplatając je w jeden z mocniejszych momentów swojego koncertu. Nie zabrakło również akcentu zgodnego z jego prozwierzęcą działalnością — Moby zwrócił uwagę na roślinną ofertę festiwalu i pochwalił organizatorów za promowanie bezmięsnego menu. Najbardziej wzruszającym momentem okazało się jednak wykonanie „Natural Blues”, podczas którego do Moby’ego dołączył Jacob Lusk z Gabriels. Co tu dużo mówić – absolutna petarda!
Wyczekiwanym momentem pierwszego dnia festiwalu był headlinerski występ The XX, który stał się sentymentalną podróżą przez trzy albumy zespołu. Charakterystyczne dla grupy melancholijne brzmienie i przestrzenne kompozycje nadal działały z ogromną siłą. The XX stworzyli kameralną, pełną emocji atmosferę, udowadniając, że ich muzyka wciąż potrafi brzmieć niezwykle aktualnie i poruszająco. Nie mogło zabraknąć ‘Crystalised’, ‘On Hold’ czy ‘VCR’. Na koniec pierwszego dnia Stay Out West – czyli część klubowa – gitarowe Freak Slug w Folkteatern oraz taneczna impreza z Ninajirachi.
Dzień II, 14.08.2026
Sobota przywitała mnie pięknym słońcem od rana – co zwiastowało kolejny dzień muzycznych emocji. Te zaczęły się już od godzin porannych, gdzie zaplanowano atrakcje dla festiwalowiczów. Chętni mogli wysłuchać oraz nabyć nowy album Pheobe Bridgers, lub wybrać się do tutejszego Hard Rock Cafe i zobaczyć pop up store The Hives – Ja wybrałem tę drugą opcję. Po godzinie 12:00 pojawił się cały zespół, który chętnie rozmawiał z fanami i podpisywał płyty.

Szybki transfer tramwajem na teren festiwalu, gdzie o 12.45 zaczął się koncert Bonnie “Prince” Billy. Zawsze miło zobaczyć tego pana na żywo, dobry początek dnia w Slottskogen. Następnie impreza z meksykańskim Son Rompe Pera oraz Jalen Ngonda i jego bluesowy popis na głównej scenie, gdzie słońce prażyło bardzo mocno. Na szczęście koncert Geese odbywał się w wypełnionym po brzegu namiocie. Chętnych, żeby zobaczyć autorów jednego z najlepiej ocenianych albumów ubiegłego roku “Getting Killed” było wielu. Po barcelońskich przygodach, to było trzecie spotkanie z tym zespołem – i mogę tylko potwierdzić, że wciąż trzymają poziom. Gitarowe szaleństwo, improwizacje z wczesnego Pink Floyd oraz atmosfera pod sceną – wszystko się tu zgadzało.
Emocje jeszcze nie opadły, a już trzeba było zrobić szybki sprint pod scenę głownę i zaraz jedno z dań głównych festiwalu – The Hives – na swojej szwedzkiej ziemi. Podobno był to najbardziej oblegany koncert tej edycji, nic dziwnego, że każdy chciał zobaczyć swoich rodaków w akcji. Zaczęło się punktualnie o 19.40 – od energetycznego “Enough is Enough” z najnowszej płyty zespołu, następnie “Main Offender”. Usłyszeliśmy aż sześć utworów z nowego albumu, jednak to od hitu “Hate to Say I Told You So” zaczęło się piekło pod sceną. Wokalista The Hives, Pelle Almqvist jak zwykle nie mógł sobie odmówić konfenasjerki – tym razem…po szwedzku. Zespół bawił się doskonale i podziwiał ze sceny bawiącą się publiczność. Podczas “Tick Tick Boom” Pelle zszedł do ludzi pod sceną, rozkręcając imprezę jeszcze bardziej. Na koniec dwa strzały w postaci “Walk Idiot Walk” oraz “The Hives Forever Forever The Hives”. Tak – to był najbardziej energetyczny występ festiwalu!

Główne sceny na Way Out West (Flamingo oraz Azalea) są położone naprzeciwko siebie, chwilę po tym, jak Hives skończyli swoje show, na scenie ustawiał się już Nick Cave & The Bad Seeds. Była to uczta muzyczna, którą postanowiłem się delektować z daleka, rezerwując dobre miejsce na The Cure – czyli ostatni występ piątku. The Cure rozpoczęli swój występ klasycznie – mieszanką piosenek z różnych płyt, przez pierwsze półtorej godziny budując mroczny i melancholijny klimat (“A Forest” pośród drzew i lasu zabrzmiało magicznie). W drugiej części koncertu, gdy Robert Smith sięgnął po najbardziej rozpoznawalne utwory zespołu. „The Lovecats”, „Close to Me”, „Friday I’m in Love” czy „Boys Don’t Cry” błyskawicznie rozruszały publiczność, a sam Smith z posępnego frontmana przeobraził się w pełnego energii gospodarza imprezy, przemierzającego scenę z zaskakującą swobodą. Można zadawać sobie pytanie, jak długo artyści tacy jak Smith będą jeszcze występować z podobną intensywnością. Ten koncert The Cure wybrzmiał fantastycznie i pozostawił po sobie wyjątkowe wrażenie. Tradycyjnie afterek odbył się w ramach Stay Out West – tutaj na dobry sen, wspaniały post-punkowy set dał australijski Radio Free Alice.

Dzień III, 15.08.2026
Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Wciąż oszołomiony piątkowymi szaleństwami, po raz ostatni minąłem bramy Way Out West. Saint Etienne to jeden z najbardziej cenionych i darzonych sympatią brytyjskich zespołów popowych, który od lat zajmuje wyjątkowe miejsce w sercach słuchaczy. Co ciekawe, zespół nigdy nie wystąpił w naszym kraju, więc ostrzyłem sobie zęby na ten koncert, który nie odbył się bez problemów. Na początku koncertu na chwilę padł prąd, zespół wracał na scenę dwa razy – na szczęście udało się dokończyć set. Wspaniale wybrzmiał debiutancki singiel „Only Love Can Break Your Heart”, będący coverem utworu Neila Younga.
Wilco bez wątpienia dostarczyli godzinę pełną znakomitego grania. Ich występ w namiocie Linné był mieszanką rockowej energii i nieoczywistych brzmień, która skutecznie przyciągała uwagę od pierwszych minut. Świetnym przykładem był utwór „Via Chicago”, w którym Glenn Kotche zamienił spokojny utwór w niemal kompletny perkusyjny chaos, czy „Impossible Germany”, gdzie Nels Cline dał wspaniałą gitarową solówkę. W czasie występu Wilco spora część publiczności wybrała koncert Ezra Collective, a sami muzycy musieli zakończyć swój set po zaledwie godzinie. Gdy zespół schodził ze sceny, można było odnieść wrażenie, że dopiero się rozkręcał – zdecydowanie za krótko.
Sombr, w bardzo krótkim czasie przeszedł drogę od obiecującego debiutanta do jednego z ciekawszych nazwisk na scenie alternatywnego popu. Utwory takie jak „12 to 12″, „Back to Friends” i „Undressed” przyniosły mu międzynarodowy rozgłos, a występ na Way Out West szybko pokazał, że ambicje artysty wykraczają daleko poza samo odtwarzanie dobrze znanych z nagrań piosenek. Sombr od początku stawia na coś więcej — jego koncert ma być pełnoprawnym widowiskiem, w którym muzyka, energia i kontakt z publicznością tworzą jedną całość. Zachwycił mnie widok tysięcy osób skaczących w rytm jego piosenek – to chyba najlepszy dowód na to, jak szybko Sombr zdołał zdobyć sympatię festiwalowej publiczności. Artysta nie potrzebował wiele czasu, by całkowicie porwać tłum.

Na zakończenie Gorillaz podkręcili tempo do maksimum. Damon Albarn pojawił się na scenie w stylizowanym wojskowym stroju i przez cały występ pozostawał jego centralną postacią, jednocześnie zapraszając kolejnych gości. Wśród nich znaleźli się między innymi Anoushka Shankar, Yukimi Nagano z Little Dragon oraz Yasiin Bey. Już pierwsze dźwięki „The Mountain” i „The Happy Dictator” jasno pokazały, w jakim kierunku będzie zmierzał wieczór. Duża część setlisty opierała się na materiale z albumu The Mountain, na którym Gorillaz po raz kolejny sięgają po inspiracje z różnych stron świata i łączą je z własnym, charakterystycznym językiem muzycznym. Szczególnie wyraźnie zaznaczały się wpływy bliskowschodnie, nadające nowym kompozycjom bardziej wielowymiarowy charakter. Z czasem koncert coraz mocniej zwracał się jednak w stronę przeszłości. „Tranz”, „Last Living Souls”, „19-2000” oraz „Rhinestone Eyes” uruchomiły wśród publiczności falę nostalgii i przypomniały, za co Gorillaz pokochali słuchacze na przestrzeni kolejnych lat. Setlista konsekwentnie prowadziła publiczność przez różne etapy historii Gorillaz – pojawiły się „Casablanca”, „Delirium”, „Andromeda” oraz „She’s My Collar”, dzięki czemu koncert płynnie łączył nowe pomysły zespołu z utworami dobrze znanym fanom.
Prawdziwa eksplozja emocji nastąpiła jednak przy „Feel Good Inc.”. Tysiące osób skaczących w rytm jednego z największych przebojów Gorillaz stworzyły pod sceną euforyczną atmosferę. W tym przypadku tytuł utworu idealnie oddawał to, co działo się z publicznością — trudno było nie dać się porwać. Damon Albarn bawił się doskonale, dwukrotnie zdecydował się opuścić scenę i zejść bezpośrednio w stronę publiczności zgromadzonej pod nią.

Szwecja żegna mnie z ogromnym bagażem dobrych wspomnień. Göteborg po raz kolejny pokazał, jak wiele może dać festiwal, który stawia nie tylko na mocny program muzyczny (chyba najlepszy lineup w roku 2026), ale również na atmosferę, różnorodność i świadome podejście do organizacji wydarzenia. Tegoroczna edycja była czymś więcej niż serią koncertów. Film, sztuka, spotkania i rozmowy przeplatały się z muzyką, a konsekwentne podejście do wegetariańskiego menu i idei zrównoważonego rozwoju wyróżniało festiwal na tle wielu podobnych wydarzeń. Z Göteborga wyjeżdżam więc z poczuciem, że Way Out West to miejsce, do którego naprawdę chce się wracać. Dziękuję za zaproszenie i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie podczas kolejnej (dwudziestej!) edycji (12 -14 sierpnia 2027)
Tack så mycket, Sverige — do zobaczenia!