Newsroom

MUZYCZNE PODSUMOWANIE 2025 ROKU

Ponownie nadszedł czas wielkich podsumowań, a my skupiamy się oczywiście na tym, co kochamy najbardziej – muzyce. Rok 2025 przyniósł wiele zaskoczeń, którymi niemal całą redakcją chcieliśmy się z Wami podzielić. Traktujcie to podsumowanie jako muzyczną retrospekcję ostatnich miesięcy — i jako gratulacje dla artystów, którzy dostarczyli nam tak intensywnych i emocjonalnych wrażeń.

DEBIUT ROKU

Maks Tachasiuk 

Martyna Adamowska: Maks Tachasiuk to niekwestionowany debiut roku! W czasie ostatnich 12 miesięcy osiągnął ogrom sukcesów: występ w opolskich Debiutach, wyróżnienie w plebiscycie Sanki, dołączenie do Spotify RADAR Polska, występ m.in. na Męskim Graniu, Great September, czy NEXT Feście… a teraz został okrzyknięty Debiutem Roku redakcji WLKM! Warto wspomnieć, że wszystkie te sukcesy wydarzyły się jeszcze zanim ukazała się debiutancka płyta – aż strach pomyśleć, co będzie po premierze! Liczę na to, że ten album ukaże się jak najszybciej i pojawi się w naszym przyszłorocznym podsumowaniu roku. Miałam okazję dwukrotnie usłyszeć Maksa na żywo i jestem przekonana, że zapowiada się wielka kariera. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście (mam nadzieję, że nie ma wielu takich osób) to koniecznie sprawdźcie „Firdygałki” lub „Psy”.

Lambrini Girls  „Who Let The Dogs Out”

Michał Dąbrowski: Debiutancki album Lambrini Girls „Who Let The Dogs Out” to mocny i bezkompromisowy strzał. Zespół od pierwszych sekund stawia na atak: brudne, przesterowane brzmienie, pulsujący bas i perkusja. To punk rock w swojej najbardziej bezpośredniej, surowej formie. Centralnym punktem płyty jest wokal Phoebe — szorstki, kąśliwy, chwilami celowo chaotyczny. Jej interpretacje niosą autentyczny gniew, ale nie brakuje w nich ironii i czarnego humoru. Teksty uderzają w brutalność policji wpisując Lambrini Girls w długą tradycję punkowego sprzeciwu wobec systemu. Podobnie jak twórcy gatunku pod koniec lat 70., zespół traktuje muzykę jako narzędzie buntu i społecznego komentarza. Stylistycznie album balansuje między garage punkiem, post-punkiem, hardcore’em i noise’em, jednak żadna z tych etykiet nie oddaje w pełni jego energii. Najważniejsza pozostaje bezkompromisowość — zarówno brzmieniowa, jak i ideowa. Mieliśmy okazję usłyszeć ten materiał na żywo w ramach OFF Festivalu.

Addison Rae

Sara Migaj: Addison Rae, idąc przetartym szlakiem tik-tokowych virali i trendów, bardzo szybko przestała być wyłącznie internetowym zjawiskiem, stając się pełnoprawnym popkulturowym fenomenem. Jej debiut już dziś można uznać za przełomowy – taki, który zapisuje się w historii współczesnego popu. Wszystko zaczęło się od współpracy z Charli XCX przy albumie BRAT, a dziś mówimy już o jej własnym studyjnym albumie i artystce, która skutecznie odcina się od łatki „tik-tokerki”.

Addison często porównywana jest do Britney Spears – zarówno przez swój rozmarzony wokal, jak i sposób budowania popowej narracji. Już teraz jest nazwiskiem, o które festiwale walczą w swoich lineupach, a słuchacze wpisują ją na muzyczne bucket listy. To dopiero początek jej kariery, ale bez wątpienia jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich lat.

POWRÓT ROKU

Negatyw – Autostygmatyzacja

Michał Dąbrowski: Notka prasowa: To album o tym, co potrafimy zrobić sami sobie – o wewnętrznym gnębieniu, które zaczyna się w myślach, a kończy w sercu. O tym, jak łatwo uwierzyć we własne potępienie, zanim ktokolwiek zdąży nas osądzić. To właśnie autostygmatyzacja – moment, w którym sami nakładamy na siebie piętno, którego nikt inny nie widzi.

Niespodziewanie po 11 latach pojawiła się nowa płyta zespołu Negatyw. Zespół swobodnie porusza się między różnymi odcieniami gitarowego grania, nie gubiąc przy tym wspólnego mianownika — poczucia ciężaru i egzystencjalnej niewygody. Każdy utwór dokłada kolejną warstwę do obrazu świata, w którym trudno o ulgę czy proste odpowiedzi. To płyta wymagająca skupienia, ale odwdzięczająca się treścią, która długo zostaje w głowie. „Autostygmatyzacja” zaskakuje siłą przekazu i dojrzałością spojrzenia. Trafi przede wszystkim do słuchaczy, którzy pamiętają gitarową alternatywę sprzed trzech dekad, ale jej uniwersalny ton sprawia, że album nie zamyka się w jednej generacji. To propozycja dla tych, którzy w muzyce szukają czegoś więcej niż tylko chwytliwych refrenów, a wszystko to naznaczone przetworzonym wokalem Mietalla Walusia.

Ralph Kaminski


Karolina Szumlak: Przez ostatnie dwa lata Ralph Kaminski pojawiał się na scenie jedynie gościnnie, między innymi w projekcie Męskie Granie Orkiestra. Od jego ostatniego solowego koncertu minęło już jednak sporo czasu, dlatego powrót artysty był mocno wyczekiwany. We wrześniu zapowiedział nowy rozdział singlem „Góra”, a później dołączyły „Nie bój się na zapas” i „Ostatni dzień lata”. Choć album nie miał jeszcze oficjalnej premiery, fani mogli usłyszeć cały materiał podczas trzech przedpremierowych koncertów w warszawskim Palladium. Nowe utwory wyraźnie nawiązują do korzeni, brzmieniowo przywodzą na myśl debiut Ralpha. Koncerty pokazały też, że artysta wrócił z dużą energią. Publiczność słuchała uważnie i bardzo ciepło przyjęła nowy materiał, mimo że był on w większości nieznany. Najważniejsze jest jednak to, że Ralph wciąż robi wszystko po swojemu, a jego muzyka nadal trafia w emocje.

Lady Gaga – Mayhem

Jakub Ziółek: Ubiegły rok upłynął pod znakiem ogromnie wyczekiwanego powrotu Lady Gagi. Po premierze ostatniego albumu “Chromatica” w 2020 roku, królowa muzyki popularnej wróciła w wielkim stylu, prezentując w marcu album będący hołdem dla jej muzycznych korzeni. Płyta utrzymana jest w surowym i teatralnym klimacie oraz stanowi mieszankę gatunków i stylów muzycznych, które Gaga eksplorowała w swoich projektach artystycznych na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Jest odpowiedzią na chaos, którego w ostatnich latach doświadczała artystka, zarówno ten twórczy, jak i związany z zawirowaniami w życiu osobistym. Album wylansował uwielbiany przez fanów utwór “Abracadabra”, który jeszcze przed premierą krążka dołączył do katalogu najważniejszych przebojów Gagi. “Mayhem” jest jednym z najbardziej różnorodnych projektów artystki i jednocześnie stanowi kompletną opowieść o miłości, bólu, ale także o szukaniu własnej tożsamości na nowo. Premierze albumu towarzyszyła trasa koncertowa The MAYHEM Ball, która swoją kontynuację będzie miała w 2026 roku.

Zara Larsson

Sara Migaj: Zara Larsson jest doskonałym przykładem na to, jak umiejętnie wykorzystać wszystko, co podsuwa rzeczywistość – nawet wtedy, gdy są to narzędzia pozornie niewygodne. W tym przypadku mowa o viralowym memie i kultowym już „delfinie”, z którego internet początkowo żartował. Artystka nie tylko przejęła ten motyw i wplotła go na stałe w swoje koncerty, ale także wykorzystała go jako jeden z elementów zmiany wizerunku.

W dokumencie dostępnym na Prime Video Zara otwarcie mówi o tym, że choć kojarzona jest z radiowymi hitami, jej albumy nie funkcjonowały dotąd jako spójne całości, a ona sama nie była artystką halowego formatu. Wspomina też o swoich ambicjach – w tym o marzeniu o nominacji do Grammy. Midnight Sun, jej najnowszy album, to powrót zaplanowany w najdrobniejszych detalach: taneczny, energetyczny i silnie oparty na performansie. Viralowy taniec fanki do Lush Life stał się stałym elementem show, a estetyka wczesnych lat 2000. wróciła w nowej, świadomej odsłonie. I co najważniejsze – Zara wraz z tym albumem doczekała się wymarzonej nominacji do Grammy.

To dowód na to, że nawet „zapomniany” artysta może wrócić w wielkim stylu – nie tylko odzyskując uwagę, ale także kreując nowe trendy. Zara znów jest na szczycie, a wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek i że lato 2026 może należeć właśnie do niej.

ALBUM ROKU

„Wszyscy jesteśmy Kacperczyk”

Martyna Adamowska: W kategorii Album Roku „było wiеlu kandydatów, kilka mocnych głów”, ale ten rok zdecydowanie należał do Maćka i Pawła Kacperczyk. To już czwarty album w ich dyskografii, a zarazem najbardziej mainstreamowy. Przypieczętowaniem sukcesu była trasa koncertowa, w ramach której zagrali w największych halach w Polsce. W myśl jednego z utworów mogę przyznać, że„tu się nie kłamie, to się czuje lub wie” – i ja wiem, że to jest najciekawszy album tego roku. Pełen nawiązań do popkultury, nostalgicznych tekstów i przebojowej muzyki, a jednocześnie jest spójny z ich skrupulatnie budowanym wizerunkiem i charakterystycznym brzmieniem. Zachwycają swoją autentycznością i niebanalnym podejściem do muzyki, co udowadniali niejednokrotnie. Podbijali również stacje radiowe m.in. za pośrednictwem duetu z Darią Zawiałow pt.„GDZIE TRAFIA MIŁOŚĆ, GDY UMIERA”. To nie koniec nietuzinkowych duetów – w utworze „WIATR” połączyli siły z Kayah i Hubertem, a w utworze „MOJA WINA” z Kukonem. Wygląda na to, że „Wszyscy jesteśmy Kacperczyk” to mój numer jeden w tym roku! A Wy, też jesteście Kacperczyk? 

“More”

Michał Dąbrowski: Pulp ma w dorobku dwa wybitne albumy, które w dużej mierze ukształtowały brzmienie britpopu: Different Class (1995) i This Is Hardcore (1998). Pierwszy z nich był bardziej przebojowy i bezpośredni, z takimi hitami jak „Common People” czy „Disco 2000”. Drugi miał już znacznie mroczniejszy, konceptualny charakter i symbolicznie domknął złotą erę tego nurtu. Później ukazał się jeszcze We Love Life z 2001 roku, po czym zespół na długie lata zniknął ze sceny. Do pracy nad nowym materiałem lider Jarvis Cocker zebrał oryginalnych członków zespołu: Marka Webbera, Nicka Banksa i Candidę Doyle. Zabrakło basisty Steve’a Mackeya (zmarł wiosną 2023 roku), któremu dedykowany jest album.  „More” to album mocno zakorzeniony w estetyce Pulp, ale nie brzmiący jak bezrefleksyjne odtwarzanie lat 90 Na pierwszy plan wysuwa się tu głos Jarvisa Cockera. Nie sposób pomylić go z kimkolwiek innym. Zespół swobodnie balansuje tu między inteligentnym popem a rockową ekspresją, raz stawiając na energię i ostre gitary, innym razem na bardziej liryczne, wyciszone momenty. Produkcja jest bogata i wielowarstwowa – obok klasycznego instrumentarium pojawiają się syntezatory i smyczki, które nadają całości elegancji i głębi. Dzięki temu materiał jest spójny, a jednocześnie różnorodny, i potwierdza, że Pulp potrafi wrócić w świetnej formie, bez utraty własnej tożsamości.

UNIVERSUM” 

Karolina Szumlak: Na swojej drugiej płycie Mop wyraźnie podnosi poprzeczkę. UNIVERSUM jest bardziej osobiste i trudniejsze niż debiut, a przy tym znacznie dojrzalsze. Jest tu więcej szczerości, więcej trudnych tematów i więcej emocji, które naprawdę da się poczuć. To album melancholijny, momentami ciężki emocjonalnie, a jednocześnie zaskakująco pokrzepiający. Muzycznie jest spójny, bardzo gitarowy i konsekwentny w swojej estetyce. Słychać, że ta płyta powstała z autentycznej potrzeby, na własnych zasadach, co dziś wcale nie jest oczywiste. W muzyce najcenniejsza jest dla mnie prawda i możliwość odnalezienia się w wyśpiewanych historiach. Poczucie, że każdy z nas przeżywa coś podobnego, a niektórzy potrafią to nazwać i zamknąć w formie albumu tak, że słuchacz czuje się zrozumiany. David Kaletka robi to wyjątkowo dobrze i takie właśnie jest UNIVERSUM.

“Idols”

Sara Migaj: Yungblud w minionym roku przeżył przełomowy moment, o którym marzy wielu artystów. Album Idols otworzył mu drzwi do zupełnie nowej grupy odbiorców i stał się symboliczną granicą między „obiecującym talentem” a pełnoprawną gwiazdą. Z muzyka grającego w niewielkich salach koncertowych Yungblud wyrósł na artystę arenowego, a wszystko wskazuje na to, że kolejnym krokiem będą stadiony — nie wspominając o jego roli headlinera na wielu europejskich (i nie tylko) festiwalach.

Po premierze Idols przyszły współprace z jego rzeczywistymi idolami, które tylko umocniły ten moment w karierze: od Ozzy’ego Osbourne’a, przez Aerosmith, aż po świeżo ogłoszonych The Smashing Pumpkins. Krążek przyniósł mu nie tylko globalną rozpoznawalność, ale także kilka nominacji do Grammy. Intuicja nie przestaje mi podpowiadać, że rockowa legenda rodzi się na naszych oczach — i cieszę się, że mogę być świadkiem tej epoki.

UTWÓR ROKU

Teo – „Immortal”

Martyna Adamowska: Twórczość Teo poznałam przy okazji preselekcji do Eurowizji. Nie jestem fanką tego konkursu, ale tym razem, trochę przypadkowo, przyjrzałam się eliminacjom i ta piosenka zachwyciła mnie od samego początku. Teo choć nie został wybrany do głównego konkursu, myślę, że zyskał jeszcze więcej: wielu nowych słuchaczy w Polsce. Teo jest Polakiem mieszkającym w Norwegii – i to właśnie tam jest znany szerszej publiczności jako muzyk i aktor. Piosenka „Immortal” była pierwszą, która zyskała tak szerokie grono polskich odbiorców. Zachwyca pod każdym względem: jest emocjonująca, a napięcie budowane jest stopniowo. To piękna piosenka, która uwydatnia wiele możliwości wokalnych. Liczę na to, że w przyszłym roku będzie okazja usłyszeć to na żywo!

Michał Wiraszko – “Zawsze tam, gdzie ja

Michał Dąbrowski: Utwór „Zawsze tam, gdzie ja” zapowiadał debiutancki album Wiraszki, zatytułowany „Tak młodo się nie spotkamy”, który trafił do słuchaczy jesienią tego roku. Singiel „Zawsze tam, gdzie ja” to najbardziej zaskakujący utwór na płycie – oparty na rytmie, napięciu i tanecznej aurze, przywołującej brzmienia nowej fali. Piosenka powstała we współpracy z Michałem Szturomskim i Pawłem Krawczykiem i stanowi mocny wstęp do całości materiału – emocjonalnej, osobistej i niepozbawionej nostalgii opowieści o dorastaniu, poszukiwaniu, o przeszłości i współczesnym zagubieniu.W warstwie muzycznej nadchodzący album „Tak młodo się nie spotkamy” zakorzeniony jest w tradycji polskiego rocka lat 80. i 90., ale tworzony z perspektywy współczesnego, świadomego twórcy. Brzmieniowo słychać tu echa Republiki, Maanamu, Tiltu czy Klausa Mitffocha.

Kasia Lins i Igor Herbut – “Trucizna(live)

Karolina Szumlak: Najtrudniej było mi wybrać utwór roku, bo w tym roku wyszło naprawdę dużo świetnych piosenek, które zapętlałam w kółko. Jednak duet Kasi Lins i Igora Herbuta od razu przykuł moją uwagę. Kiedy Igor Herbut wrzucił na Stories, że śpiewa „Truciznę” Kasi Lins, od razu pomyślałam, że to będzie coś wyjątkowego i że marzę o tym duecie — i na szczęście nie tylko ja. Choć jest to utwór bardzo intensywny, który wymaga odpowiedniego nastroju, dla mnie w tym roku nie miał sobie równych. Kasia i Igor brzmią razem cudownie, a emocje w tej piosence są wręcz namacalne.

Miü i Zalia – “dopóki się nie znüdzisz”

Sara Migaj: Jak przypadkowo stworzyć viral na TikToku i jednocześnie radiowy hit? Receptę na to znaleźli Miü i Zalia, którzy zawładnęli wakacjami 2025 roku, a następnie zostali ze słuchaczami na dłużej – towarzysząc im przez ponurą jesień i zimę. Obserwując rynek muzyczny, można czasem odnieść wrażenie, że nie ma już przestrzeni na prawdziwe zaskoczenia, tymczasem ten duet jest dowodem na to, że wciąż wiele przed nami.

To utwór, który połączył pokolenia: Miü jako członek kolektywu Dre$$Code oraz Zalia – konsekwentnie pnąca się na szczyt i naturalnie pracująca na status gwiazdy. Do tego dochodzi radio, dzięki któremu piosenkę nuciła twoja mama, ciocia i babcia… a nawet tata, nieśmiało pod prysznicem. Nie było gorętszego utworu na polskim rynku w 2025 roku – dlatego dwie korony wędrują właśnie do nich.

TELEDYSK ROKU

Góra – “Ralph Kaminski

Karolina Szumlak: Dla mnie teledyski Ralpha Kaminskiego są po prostu bezkonkurencyjne, więc w tym roku wybór był trudny. Wydał dwa i oba były świetne. Ostatecznie wygrała „Góra”, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie od pierwszego obejrzenia. Uwielbiam teledyski Ralpha, bo za każdym odtworzeniem można odkryć coś nowego — symbol, odniesienie, inspirację. W „Górze” jest tego wyjątkowo dużo. Każda scena coś znaczy, nic nie jest przypadkowe, a całość ogląda się jak zagadkową historię, do której chce się wracać i odkrywać jej znaczenie. Szczególnie mocno zapada w pamięć ostatnia scena z Anną Dymną, która dodaje teledyskowi dodatkowej głębi i zostawia odbiorcę z emocjami i przemyśleniami.

“cliché” – MGK

Sara Migaj: MGK to ten typ artysty, który praktycznie nie wychodzi ze studia. On po prostu tworzy – i co chwilę wraca z czymś nowym. Najpiękniejsze w jego twórczości jest to, że każdy album jest inny. MGK romansuje z kolejnymi gatunkami muzycznymi, ale także z formą ich prezentowania – zarówno na koncertach, jak i w teledyskach. W przypadku utworu cliché, pierwszego singla promującego album lost americana, artysta postawił na… taniec.

W tym miejscu aż prosi się o kultowy cytat: „ja jestem kobieta pracująca – żadnej pracy się nie boję”. MGK, który absolutnie nie jest kojarzony z tańcem, uczynił go jednym z kluczowych elementów swojej nowej ery – zarówno w klipach, jak i na trasie koncertowej. To jednak nie wszystko: artysta zaangażował swój zespół oraz tancerzy, odtwarzając klimat rodem z boysbandów lat 90. Efekt? Projekt, który balansuje między nostalgią a świeżym twistem.

To, czego MGK dokonał w ostatnim czasie, jest absolutnie iconic. Doceniam go za odwagę w eksperymentowaniu i konsekwentne przełamywanie schematów – nawet wtedy, gdy wychodzi to daleko poza jego dotychczasowe muzyczne DNA.

TRASA ROKU

ZORZA

Martyna Adamowska: „Pojawia się nieoczekiwanie. Trwa tylko chwilę. Zapisuje się w pamięci na zawsze”. Oczywiście to ZORZA. Taki opis był zapowiedzią wakacyjnych festiwali – i sprawdził się w 100%. To wydarzenie, jakiego jeszcze nie było. To nie były tylko (albo aż!) koncerty. ZORZA to połączenie różnych dziedzin sztuki. Stworzono program „Stany Skupienia”, czyli multidyscyplinarną platformę artystyczną, która łączy muzykę, film, literaturę i sztuki wizualne w formie wydarzeń towarzyszących. ZORZA była fenomenalna (to nie podlega żadnej dyskusji!), a przypieczętowaniem tego był program „Fenomen”. Założeniem programu było umożliwienie młodym (i fenomenalnym) twórcom pozyskać nowych odbiorców. Jednak sednem wszystkiego były dwudniowe festiwale w sześciu miastach, a line-up był dobrany tak, jak bym sobie tego sama wymarzyła – był nieco nostalgiczny, a jednocześnie nowatorski. Można było usłyszeć niespotykane na innych wydarzeniach muzyczne połączenia jak np. bracia Kacperczyk razem z Kukonem czy Flirtini z gośćmi. Wisienką na torcie były sceniczne duety organizatora festiwalu – Dawida Podsiadły. Pierwszy dzień festiwalowy zakończył w duecie z Kaśką Sochacką, a drugi z Arturem Rojkiem. Wszystko to wskazuje na to, że to FENOMENALNY festiwal, który „pojawia się nieoczekiwanie i zapisuje się w pamięci na zawsze”. 

Męskie Granie Orkiestra 2025

Karolina Szumlak: Gdy wracałam myślami do tegorocznych koncertów, to właśnie trasa Męskie Granie Orkiestra najszybciej przywoływała dobre emocje. Była radosna, energetyczna i zwyczajnie sprawiała frajdę. Jednym z najmocniejszych elementów trasy był skład Orkiestry, wyraźnie inny niż w poprzednich latach. Był świeży i oparty na zaskakujących połączeniach głosów, które bardzo dobrze działały na scenie. Na plus zasługiwał również dobór utworów. Był różnorodnie, momentami zaskakująco, a jednocześnie spójnie. Najbardziej zapadły mi w pamięć „Beksa”, „Takie tango” i „Na kolana”. Dobrze wypadł także line-up w poszczególnych miastach. Był różnorodny, przemyślany i sprawiał, że każdy dzień trasy miał swój własny charakter. No i powrót Sistars na kilka występów — coś, o czym nawet nie marzyłam, a co dało ogromną radość. To była trasa, z której wychodziło się naładowanym dobrą energią i z uśmiechem!

The MAYHEM Ball

Jakub Ziółek: The MAYHEM Ball to niewątpliwie jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych ubiegłego roku. Koncerty Lady Gagi, będące prawdziwym świętem muzyki popularnej, objęły swoim zasięgiem areny w Stanach Zjednoczonych oraz w największych europejskich miastach, a także stadiony w Singapurze, Japonii i Australii. Gaga zaprezentowała materiał z najnowszego krążka premierowo podczas występu w ramach festiwalu Coachella oraz na Copacabana Beach w Brazylii, gdzie zgromadziła publiczność liczącą ponad 2,5 miliona widzów. The MAYHEM Ball było świetną okazją do zobaczenia po latach artystki, która powróciła na scenę w niesamowitej, szczytowej formie i w jednym z najważniejszych momentów w karierze. Koncert jest zamkniętą w kilku aktach opowieścią, która nie tylko odkrywa przed fanami historię zamknięta w najnowszym albumie, ale także stanowi sentymentalną podróż przez poprzednie wcielenia piosenkarki, serwując fanom prawie 2,5 godziny muzyczno-teatralnej uczty. Wybitne stroje, scenografia i choreografie sprawiają, że każdy występ jest nie tyle koncertem, co szalenie dopracowanym spektaklem, przepełnionym dramatyzmem, mrokiem i operowo-broadwayowskim klimatem. Pewnym jest, że trasa zapisze się w historii jako ważne przedsięwzięcie, będące powrotem Lady Gagi na scenę w wielkim stylu oraz okazją do ponowego zjednoczenia spragnionych spotkań z artystką fanów. Trasa doczeka się swojej kontynuacji w 2026 roku, kiedy to Gaga ponownie odwiedzi największe areny w Stanach Zjednoczonych.

Ultrasound World Tour

Sara Migaj: Idąc na koncert, zawsze zabieramy ze sobą pewien bagaż oczekiwań. Czasem dochodzi do tego także własna bucket lista – artyści, których chcemy zobaczyć „przy okazji”. Tak było w moim przypadku. Nigdy nie słuchałam Lorde namiętnie, ale ceniłam ją jako artystkę i czekałam na moment, w którym w końcu zobaczę ją na żywo. Koncert w Łodzi okazał się idealnym pretekstem.

Słowa jednak nie są w stanie oddać tego, co wydarzyło się tego wieczoru. Lorde okazała się nie tylko artystką, która porusza i świetnie śpiewa, ale także genialną performerką. Zadbała o to, by każdy utwór miał swoją własną historię, tworząc do niego mini-teledysk realizowany na żywo. Był to spektakl, w którym widz mógł się całkowicie zatracić – i ja pozwoliłam sobie na to w pełni.

Lorde w moich oczach zyskała ogromnie. Nie spodziewałam się, że koncert „z listy do odhaczenia” wyląduje na pierwszym miejscu mojego koncertowego topu tego roku. Jeśli to nie jest definicja muzycznego zaskoczenia, to nie wiem, co nią jest.