NewsroomRelacje

Enej powrócił do korzeni – relacja z “Trasy z Kamieniem Love”

Ostatnio, jak wiele z nas mogło zauważyć, coraz częstszym trendem w twórczości muzycznej zdaje się być powrót do korzeni czy odkopywanie starych kawałków. Dotyczy to nie tylko jubileuszowych singli zespołów czy słynnych “the best of” ale również tras koncertowych. Co prawda, odtwórczość w tym przypadku absolutnie nie ma nic wspólnego z jechaniem na patencie i graniem drugi raz tej trasy – jest to po prostu sentymentalne zagranie, które najwidoczniej działa. Zatem dzisiaj powspominamy trochę – moim skromnym zdaniem – najlepszy okres w historii zespołu Enej.

Na początku jednak uściślijmy, że nie mam nic negatywnego na myśli mówiąc “sentymentalne zagranie”, bo sama się na nie skusiłam. Istnieje też wiele plusów takich akcji typu powrót do pewnej ery, bo daje to szanse nadrobić przegapione lub stracone okazje na doświadczenie czegoś na żywo. Przykładów mogę przytoczyć wiele – z Polski, chociażby narodowe Męskie Granie. Wydarzenie, które w pełnym składzie Orkiestry możemy zobaczyć tylko raz w roku, dzięki temu, że artyści pojawiają się gościnnie na koncertach innych i śpiewają wspólnie te kawałki, mamy szansę usłyszeć coś nawet kilka miesięcy czy lat później “w oryginale w pełnym składzie”. Kolejny przykład – wielka trasa Taylor Swift, która przekrojowo przechodziła przez wszystkie ery twórczości, wracając do korzeni. To świetna okazja dla tych, którzy te 10-15 lat temu byli za młodzi, by te piosenki usłyszeć na żywo – teraz mają szansę nadrobić zaległości.

Podobnie w roku 2025 zrobił zespół Enej, który na 10-lecie singla Kamień z napisem Love postanowił wyruszyć w taką właśnie sentymentalną trasę. Na trasie pojawiło się sześć miast, w których mogliśmy wrócić do 2015 roku, a nawet nieco wcześniej… Wówczas bowiem wyszła czwarta płyta zespołu Paparanoja, na której znalazły się przeboje takie jak Nie chcę spać, Dzisiaj będę ja, Zbudujemy Dom czy właśnie wspomniany Kamień z napisem Love. Myślę, że nie ma w Polsce osoby, która słuchając radia byłaby w stanie przegapić wielkie boom na ten miłosny epizod.

Sam koncert zaczął się nie mniej sentymentalnie, bo dokładnie tak jak 10 lat temu, czyli tym samym intrem i piosenką Nie chcę spać. Setlista lawirowała między nowymi a starymi wydaniami, odkopując nawet takie, o których w życiu nie pomyślałabym, że będzie okazja usłyszeć. Mowa o piosence Kuba Gang, która raczej znanym utworem nie była, podobnie jak Moja Mery Lu, Rahel czy uwaga – Ulice! Ten moment zszokował mnie najbardziej, bowiem to jest absolutny powrót do korzeni, do pierwszej płyty, jeszcze sprzed czasów Must Be The Music, którego pierwszą edycję wygrali. Absolutnie wspaniała podróż muzyczna.

Jako iż trasa była swego rodzaju specjalna, pojawiła się też gość – Wojtek Szumański, z którym najpierw wykonali jego autorską piosenkę Kołowrotek. Następnie, świetnie wybrzmiało wykonanie utworu Skrzydlate Ręce, a Wojtek wrócił jeszcze na bis, by zakończyć setlistę oczywiście niczym innym jak tytułowym Kamieniem. Zaskoczeniom tego wieczoru nie było końca, bo okazało się, że to nie był zwykły kamień. Tak jak w tekście, okazało się, że kamień ze złota był, tak tutaj balladowe brzmienie nagle przeszło praktycznie w… rave. Zaczęło się oczywiście spokojnie, jak w oryginale, lecz pod koniec sekcja dęta i wszystkie instrumenty dostały odklejki i momentalnie przeszliśmy w tryb agresywnego, rockowego kamienia. Szczerze? Nawet ciężko to opisać (nie mogę też znaleźć żadnych nagrań tego fragmentu), ale musicie zaufać na słowo, że było to coś wyjątkowego. Całości efektu dopełniły szalone światła i zimne ognie.

Cieszę się, że zespoły raz na jakiś czas korzystają z karty sentymentu i wracają do takich swoich dawnych lat, bo jest to świetna okazja na powspominanie i po prostu zwykłą, najprostszą zabawę koncertową do znanych hitów. Doświadczenie takiej trasy to zupełnie coś innego niż zwykły koncert, gdzie te przeboje się pojawiają, bo faktycznie jesteśmy w stanie doświadczyć zupełnie innej setlisty, bez parcia na promowanie nowych wydawnictw. Uważam, że taka trasa jubileuszowa, każdemu zespołowi robi dobrze i zupełnie nie zgadzam się z tym, że jest to “skok na kasę”. W końcu kto z nas nie lubi trochę powspominać? To ludzkie, miłe i po prostu zwyczajnie przyjemne. Sentymenty są super!