NewsroomRecenzje

Noah Kahan wraca z „The Great Divide”. Intymny album o emocjach, w których łatwo się odnaleźć

noah kahan

Fot. Materiały Prasowe

Po ogromnym sukcesie „Stick Season” Noah Kahan znalazł się w miejscu, w którym bardzo łatwo byłoby pójść w stronę jeszcze większej przebojowości. Zamiast tego amerykański songwriter zrobił coś zupełnie odwrotnego. „The Great Divide” nie próbuje być głośniejsze, większe ani bardziej spektakularne od poprzednika. To album znacznie bardziej wyciszony, momentami wręcz intymny, a to właśnie dzięki temu działa na słuchacza tak mocno.

Między Vermont a Nashville

Nowy materiał powstawał między Vermont, Nashville i Long Pond Studio Aarona Dessnera, co wyraźnie słychać w samym brzmieniu płyty. Folkowe gitary, delikatne aranżacje i przestrzenna produkcja budują atmosferę, która momentami przypomina bardziej zapis emocji niż klasyczny popowy album. Kahan nie spieszy się z melodiami, pozwala utworom oddychać i wybrzmiewać naturalnie, a to w odsłuchu daje ogromny spokój.

Największą siłą „The Great Divide” pozostaje jednak tekst. Noah po raz kolejny opowiada o samotności, relacjach, poczuciu zagubienia i próbie odnalezienia siebie w rzeczywistości, która zmienia się szybciej, niż człowiek jest gotowy zaakceptować.

To płyta o powrotach, ale też o świadomości, że nie da się wrócić do miejsc i emocji dokładnie takimi, jakimi się je zostawiło. Noah Kahan bardzo mocno opiera całość na detalach – krótkich obrazach, prostych zdaniach i emocjach, które nigdy nie są przesadnie dramatyczne. Dzięki temu album brzmi niezwykle autentycznie.

Najmocniejsze momenty albumu

Tytułowy „The Great Divide” działa jak centrum całego materiału. To właśnie tam najlepiej słychać charakterystyczny dla Kahna balans między delikatnością a emocjonalnym ciężarem. Melodia rozwija się spokojnie, bez wielkiego finału, ale zostawia po sobie dokładnie to uczucie, którego oczekuje się od jego muzyki – cichego przygnębienia połączonego z trudnym do wyjaśnienia spokojem.

Wśród najmocniej wyróżniających się momentów albumu znajduje się również „Porch Light”, który pokazuje Noaha w bardzo kameralnym wydaniu. Utwór oparty jest na prostych obrazach codzienności i relacjach rodzinnych, a jego spokojna melodia idealnie wpisuje się w klimat całej płyty. Z kolei „Doors” przynosi bardziej surowe, folkowe brzmienie. To jeden z tych numerów, w których najmocniej wybrzmiewa poczucie izolacji i zagubienia przewijające się przez cały album.

Duże wrażenie robi także „Call Your Mom Again” – utwór niezwykle prosty w formie, ale bardzo ciężki emocjonalnie. Noah po raz kolejny udowadnia tam, że najlepiej działa wtedy, kiedy nie próbuje niczego przerysować. To właśnie w takich momentach „The Great Divide” staje się najbardziej autentyczne. Nie przez wielkie refreny czy rozbudowane aranżacje, a przez zwykłe emocje, które brzmią tak, jakby zostały zapisane dokładnie w chwili, w której powstawały.

Album, który potrzebuje czasu

Nowy album pokazuje też dojrzalszą wersję artysty. Kahan nie próbuje już pisać utworów, które mają natychmiast „zadziałać”. Zamiast tego tworzy przestrzeń do przeżywania emocji i zostawia słuchacza z refleksją. W wielu momentach słychać też, że jest to materiał tworzony bardziej z potrzeby opowiedzenia własnej historii niż z chęci stworzenia kolejnego streamingowego hitu.

„The Great Divide” nie jest albumem na jeden odsłuch. To materiał, który potrzebuje czasu i kilku spotkań, aby wybrzmieć w pełni. Najmocniej działa wieczorami albo w momentach, kiedy człowiek zostaje sam ze swoimi myślami. I może właśnie dlatego Noah Kahan nadal trafia tak celnie, bo nie próbuje udawać, że wszystko da się naprawić jednym refrenem. To album, do którego chce się wracać nie dla konkretnych hitów, a dla emocji, które zostają jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego utworu.