
fot. Materiały Prasowe
Z drobnym poślizgiem czasowym, ale zgodnie z obietnicą, Yungblud wydał drugą część albumu Idols. Myślę, że wielu odbiorców – podobnie jak ja – liczyło na pełnoprawne wydawnictwo będące lustrzanym odbiciem pierwszej odsłony, najlepiej wzbogacone o co najmniej dziesięć zupełnie nowych utworów.
Tymczasem artysta zaserwował nam raczej „dopełnienie” całości – coś, co śmiało można nazwać albumem deluxe. Wydawnictwo składa się z siedmiu utworów, z czego pięć to zupełnie nowe kompozycje, a dwa stanowią odświeżone wersje numerów znanych już z pierwszej części Idols.
No dobrze, ale jakie właściwie są te nowe utwory? Na tym właśnie warto się teraz skupić.
Pierwsza część Idols przyniosła Yungblud niemal mainstreamową rozpoznawalność, wyprzedane areny oraz nominację do Grammy. Nic więc dziwnego, że album doczekał się kolejnych utworów – takich, które nie pozwalają zapomnieć o jego sile i o tym, jak mocno Blud potrafi rezonować ze swoją publicznością.
W nowej odsłonie Dom jeszcze odważniej i bardziej bezpośrednio rozprawia się z relacją artysta–fan. Mówi wprost, że plakaty wiszące na ścianach i rozmowy prowadzone z idolami istnieją wyłącznie w głowie odbiorcy. To zaskakująca, ale też uczciwa perspektywa – zwłaszcza że wypowiada ją ktoś uwielbiany przez rzesze fanów na całym świecie. Tym bardziej że Yungblud nigdy nie budował muru pomiędzy sobą a publicznością, a wręcz przeciwnie – wielokrotnie spotykał się z fanami spontanicznie, chociażby w lokalnych pubach na terenie Londynu.
To historia w pewien sposób wzruszająca, ale też bardzo ludzka. Pokazuje, że Yungblud nie chce być „wzorem do naśladowania”, który pewnego dnia może złamać czyjeś serce. Bo koniec końców – jest po prostu człowiekiem.
W nowych utworach ponownie wyraźnie słychać zabawę instrumentami, co stanowi zgrabną kontynuację pierwszej części Idols i pokazuje konsekwencję artysty w podtrzymywaniu idei opierania się wyłącznie na żywych instrumentach – i to w zaskakująco dużej ilości.
Obok momentów bardziej refleksyjnych pojawia się też sporo lekkości i radości. Dobrym przykładem jest Postman – utwór, który na chwilę odciąga słuchacza od ciężaru emocji zaserwowanych w otwierającym numerze i pozwala złapać oddech, nie tracąc przy tym spójności całego wydawnictwa.
Time to moment wyjątkowo intymny – daje iluzję spotkania z artystą niemal „nagim”, pozbawionym warstw i filtrów. Jest tylko on, gitara i wokal. I oczywiście tekst, z którym trudno się nie utożsamić.
To opowieść o przemijającym czasie, o potrzebie uchwycenia każdej chwili i o marzeniu, by móc na moment zatrzymać się w tej jednej, która znaczy dla nas najwięcej.
W kolejnym utworze, Blueberry Hill, można odnieść wrażenie, że Dom prowadzi bezpośrednią rozmowę ze swoim słuchaczem. Zadaje pytania skłaniające do refleksji, ale jednocześnie zapewnia, że będzie obecny do końca życia – nawet jeśli wyłącznie poprzez muzykę.
To kolejny moment, w którym musiałam wziąć głębszy oddech i uświadomić sobie, jak bardzo uziemiony jest ten album. A jednocześnie jak dużo daje nadziei. Pokazuje, że idol może stworzyć płytę „dla Ciebie”, mimo że tak naprawdę się nie znacie. I że nie oznacza to zniknięcia czy dystansu – wręcz przeciwnie. W tej relacji, splecionej niewidzialną nicią, jest po prostu ogromna frajda. On nagrywając tę płytę, Ty jej słuchając – spotykacie się dokładnie w tym samym miejscu.
Zamykające tę część Suburban Requiem daje najbardziej „Yungbludowego” Yungbluda, jakiego znamy i kochamy. Jest tu mocny wokal, precyzyjnie dawkowane emocje i momenty, które dosłownie przechodzą ciarkami po plecach słuchacza. Artysta ponownie mówi wprost: kiedy byłeś dzieckiem, słyszałeś, że jesteś bezużyteczny, ale pamiętaj – ja zawsze będę przy Tobie.
To kolejny moment, w którym – ryzykując monotematyczność – słychać niemal namacalną zmianę w twórczości Yungblud. A jednocześnie, chwytając się słów ukrytych w nowych utworach, łatwo odnaleźć ideologię, którą przemycał od zawsze. Suburban Requiem krzyczy: bądź sobą, zamknij oczy, posłuchaj muzyki. A jeśli zrobi się źle – pamiętaj, że zawsze masz mnie. Nawet jeśli mówimy tu tylko o dźwiękach, które potrafią utulić.
Nie wspomniałam wcześniej o nowej wersji Zombie czy War, ale wynika to z faktu, że nie są to zupełnie nowe utwory dla słuchacza. Zombie to tak genialny kawałek (nominowany do Grammy), że sama nie poszłabym w kierunku, w którym poszedł Blud, zapraszając do nowej wersji dodatkowego gościa – nawet jeśli jest legendą. Osobiście, przez moje przywiązanie do oryginału, zupełnie pomijam nową wersję, uważając, że ten zabieg był niepotrzebny.
Z kolei w War mamy zmieniony tekst, co stanowi delikatną modyfikację i ciekawe odświeżenie, absolutnie nie odbierając nic starej wersji utworu. To miły prezent dla fanów takich jak ja, dla których War było jednym z ulubionych numerów z pierwszej części Idols. Teraz odsłuch jednego utworu można wydłużyć do ośmiu minut, słuchając obu wersji jedna po drugiej.
Ciekawie obserwuje się to, co Yungblud już dokonał i co wciąż przed nim. Z chłopca w szalonym makijażu, w spódniczce i różowych skarpetkach, przemienił się w prawdziwego rockmana, z którym pionę przybijają same legendy muzyki. A przy tym zdobywa uznanie nowych słuchaczy, którzy dopiero odkrywają jego twórczość.
Chciałoby się powiedzieć: he’s not our little secret anymore – i rzeczywiście, trudno nie dostrzec, jak Twój ulubiony artysta rośnie w siłę, przenosi góry, dociera do nowych serc i zaraża swoją muzyką. Pomimo że to już któryś etap jego kariery, odnoszę wrażenie, że to dopiero początek czegoś jeszcze większego.