NewsroomRelacje

MGK i jego “Lost Americana Tour” dotarła do Krakowa [relacja]

Machine Gun Kelly to artysta, którego podobno można albo kochać, albo nienawidzić. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy – mocno doceniam jego dokonania artystyczne. To, że swobodnie dryfuje pomiędzy rapem, rockiem, punkiem, popem, a momentami nawet country, jest dla mnie wyłącznie wartością dodaną.

Z jednej strony trudno nie zauważyć, że chęć ciągłego eksperymentowania z muzyką – podobnie jak głośny diss Eminema – wciąż mocno ciąży mu na barkach i wraca jak bumerang w narracji wokół jego kariery.

Przystanek w Krakowie w ramach Lost Americana Tour był moim drugim spotkaniem z jego muzyką na żywo. Za pierwszym razem absolutnie mnie zachwycił. Czy tym razem udało mu się podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej?

Cały set liczył łącznie aż 29 utworów – chociaż gdyby ktoś twierdził, że było ich więcej, trudno byłoby mu nie przyznać racji. MGK, chcąc zmieścić w setliście jak najwięcej muzyki, przygotował kilka medley’i, które czasowo liczy się jako jeden utwór.

Show zaskakiwało od pierwszych sekund – mainstreamowo zaaranżowana scenografia, czyli wielka Statua Wolności, z której ust pojawił się artysta, następnie dłoń trzymająca odpalony papieros, nie mówiąc już o fajerwerkach wystrzeliwanych z gitary czy wysuwanych podestach. To było widowisko na miarę Beyonce – tylko w wykonaniu artysty z zupełnie innej bajki. Artysty, który przebił się do mainstreamu, ale odnoszę wrażenie, że mainstream wciąż nie do końca go akceptuje.

No dobra – ale co dalej? Po kilku utworach z nowej płyty, które posłużyły za rozgrzewkę, MGK przeszedł do nostalgicznego ukłonu i wykonał Wild Boy oraz el Diablo – utwory z jego rapowej ery. To był moment, w którym tłum oszalał, pokazując, że wielu fanów jest z nim od samego początku.

Na zgromadzonych czekała jeszcze jedna niespodzianka – na scenę wszedł nasz OKI! Raper z rodzimej sceny pojawił się na Lost Americana Tour w trzech celach: by zapowiedzieć swój własny album, by zdradzić nadchodzący feat z MGK (tak, dobrze czytacie) oraz by wspólnie wykonać utwór “Fuck You Goodbye”, który pierwotnie MGK nagrał z Kid Laroi. OKI wykorzystał swoje 5 minut, by oddać hołd swojemu idolowi – MGK – przyznał szczerze, że go uwielbia i że artysta zasługuje na głośny aplauz.

Ogromne brawa należą się dyrektorowi trasy, który, przygotowując setlistę, zadbał o to, by podtrzymać emocje fanów na najwyższym poziomie. Gdy słuchacze ochłonęli po zaskakującym gościu, Colson powrócił do utworu “I Think I’m Okay” – singla, który dla wielu był pierwszym zetknięciem z jego twórczością, a jednocześnie otworzył mu drzwi do świata punk-rocka.

Przez całe show MGK skutecznie utrzymywał kontakt wzrokowy z publicznością, czytał ich banery, nie krył uśmiechu, a czasem nawet chwytał fanów za rękę. To jednak podczas “Bloody Valentine” postanowił zaprosić kilka dziewczyn na scenę. Tancerki owinęły go kablem, a fanki mogły z nim robić, co chciały, podczas gdy on śpiewał i grał na gitarze. Niezły deal, prawda?

Następnie artysta przeniósł się na mniejszą scenę na końcu areny, by dostrzec tych, którzy nie dotarli do pierwszych rzędów. To właśnie tam otworzył się przed publicznością i szczerze przyznał, że Polska była jedynym krajem, który nie wyprzedał się podczas tej trasy, ale energia i miłość, które otrzymuje za każdym razem, mocno to wynagradza i on sam czuje się jakby arena była wypełniona w pełni.

Wracając na główną scenę, Machine Gun Kelly uniósł się na podeście razem ze swoim supportem – Julia Wolf – z którą wykonał cover utworu Iris.

Podczas całego show nie brakowało wzruszających momentów, co do wizerunku bad boya, na jakiego z pozoru kreuje się Kells, może wydawać się nieoczywiste. Wystarczy jednak zajrzeć głębiej w jego twórczość, by znaleźć wiele utworów otwarcie mówiących o problemach z kategorii rodzina / partnerka / uzależnienia.

Fani doskonale wyłapywali te momenty i odpowiadali pełnym wsparciem oraz zrozumieniem – chociażby oświetlając całą arenę latarkami w telefonach.

Całe show zakończyło się dosłownie tanecznym krokiem, domykając najnowszą erę albumu Lost Americana i przenosząc układy choreograficzne znane z teledysków wprost na koncertową scenę.

Czy Kells dał radę? Widząc go wcześniej podczas Rock for People, zobaczyłam artystę, z którym jest mi po prostu blisko. Sama nie lubię mówić, że słucham wyłącznie rocka – utożsamiam się z niemal każdym gatunkiem muzycznym, dlatego naturalnie ciągnie mnie do twórcy, który również nie daje się zaszufladkować. Już w 2023 roku nabawiłam się sporego koncertowego głodu i wyczekiwałam momentu, w którym ponownie będę mogła usłyszeć go na żywo.

Pomimo tego, że Polska nie do końca rozumie jego fenomen i drogę do mainstreamu, Machine Gun Kelly przyjechał do nas i dał show na absolutnie najwyższym poziomie. Pokazał nie tylko brak barier i chęć poznania naszej popkultury bliżej (cześć OKI!), ale też oddał fanom cząstkę siebie, zdejmując z ramion etykietę niedostępnej gwiazdy. A jednocześnie – paradoksalnie – udowodnił, jak ogromnym artystą jest i jak konsekwentnie potrafi przełożyć swój styl choćby na warstwę wizualną i imponującą scenografię.

MGK to artysta, który najpewniej już zawsze będzie dźwigał na swoich barkach cień konfliktu z Eminem, choć sam podkreśla, że ten temat dawno powinien trafić do kosza. To twórca, który poszedł własną drogą, a jego obecna aparycja i artystyczna tożsamość nie mają już wiele wspólnego z tym, kim był kiedyś. Jeśli nadarzy się kolejna okazja – bez wahania ponownie dołączę do świata MGK, tym razem znów z perspektywy koncertu na żywo.