NewsroomRecenzje

Yungblud i Aerosmith – międzypokoleniowy most nad rockowym dziedzictwem [recenzja]

fot. Materiały Prasowe / Universal Music Polska Ross Halfin

Yungblud przez ostatnie miesiące konsekwentnie budował pozycję artysty, który coraz śmielej ociera się o status przyszłej legendy. Jego dynamiczny wzrost popularności w dużej mierze zapoczątkowało symboliczne „błogosławieństwo” ze strony Ozzy’ego Osbourne’a. Kolejnym krokiem okazała się współpraca z zespołem Aerosmith, który po wspólnej sesji nagraniowej – pierwotnie planowanej jako jednorazowy projekt – zaproponował Yungbludowi wydanie całej EP-ki. Artysta nie wahał się ani chwili. Uznanie jego twórczości najpierw przez ikonę heavy metalu, a następnie przez jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka, przełożyło się na gwałtowny skok popularności i umocnienie pozycji, którą w najbliższym czasie będzie niezwykle trudno podważyć.

EP-ka „One More Time” została skonstruowana w taki sposób, że już sama warstwa muzyczna działa jak wehikuł czasu. Klasyczne, rockowe brzmienie Aerosmith zaskakująco dobrze współgra z chropowatym, buntowniczym wokalem Yungbluda. Wspólnie artyści zbudowali pomost międzypokoleniowy, dzięki któremu młodsi słuchacze mogą doświadczyć solidnego, gitarowego grania rodem z lat 90., tym razem jednak podanego przez filtr wrażliwości swojego idola współczesnej sceny.

Pierwszy singiel „My Only Angel” jasno zarysował kierunek projektu – to mini-album, w którym na pierwszy plan wysuwa się estetyka i dziedzictwo Aerosmith, a nie autorski świat Yungbluda. Utwór szybko trafia jednak w emocje słuchacza, jednocześnie udowadniając wszechstronność i stylistyczną elastyczność młodego wokalisty. Cały projekt staje się symbolicznym dowodem na to, że każda epoka ma przestrzeń, by wyłonić nową legendę, a odpowiedzialność za podtrzymywanie wysokiego poziomu i rockowego ducha sceny muzycznej płynnie przechodzi z rąk doświadczonych, kultowych zespołów do kolejnych pokoleń artystów.

Oczywiście na tym wydawnictwie nie zabrakło charakterystycznej energii Yungbluda ani wartości, które od początku definiują jego twórczość. Paliwem napędzającym artystę od pierwszych etapów kariery byli fani, dlatego również na tej EP-ce znalazło się miejsce na bezpośrednie ukłony w ich stronę. Taką dedykacją jest utwór „Problems”, pełniący jednocześnie rolę drugiego singla promującego projekt. Jak sam Yungblud podkreślał w materiałach promocyjnych, kompozycja ta opowiada o jego relacji ze słuchaczami i stanowi osobisty komentarz do więzi, jaką udało mu się z nimi zbudować.

Przez dalszą część materiału prowadzą nas utwory „Wild Woman”, „A Thousand Days” oraz „Back in The Saddle”. Każdy z nich stanowi spójną opowieść – pełną brudu, chropowatego, momentami niechlujnego wokalu i surowego, gitarowego brzmienia. Chwile, w których głos Yungbluda spotyka się z wokalem lidera Aerosmith, należą do tych momentów, które wywołują autentyczne ciarki – są namacalnym dowodem na to, że to artystyczne spotkanie naprawdę wydarzyło się na równych prawach.

Ta EP-ka jest przede wszystkim dowodem na to, że chłopak, który jeszcze niedawno biegał po scenie w spódnicy czy różowych skarpetkach i bez skrępowania rozdawał buziaki swojemu gitarzyście, jest w istocie niebywale utalentowanym artystą. Paradoksalnie został on szerzej doceniony dopiero w momencie, gdy nieco uspokoił swój wizerunek i zaczął współpracować z uznanymi nazwiskami branży. Z jednej strony to smutne, z drugiej – w pełni zasłużone. Patrząc na jego dorobek artystyczny oraz wartości, którymi kieruje się jako muzyk, trudno nie nagrodzić go gromkimi brawami i nie pogratulować EP-ki, która wyznaczyła nowy kierunek w jego karierze.

Yungblud to artysta, którego podziwiam od 2018 roku, i niezmiennie wierzę, że już wtedy odkryłam twórcę, którego dziś w końcu pokochał cały świat.