
Jan Wieteska do tej pory był znany szerszej publiczności jako aktor. Tym razem stawia pierwsze kroki w branży muzycznej i wydał debiutancki album pt. “Przepraszam“. W ramach wywiadu porozmawialiśmy o premierze płyty, łączeniu muzyki z aktorstwem, tytułowym przepraszaniu lub jego brakiem i nie tylko!
Fot. Maciek Czyżewski | Materiały prasowe
Ostatnio rozmawialiśmy po Twoim występie na Great September w dniu premiery pierwszego singla i już wtedy powiedziałam Ci, że trzymam kciuki – nic w tym temacie się nie zmieniło. Atmosfera tamtego występu była wyjątkowa i bardzo kameralna. Dziś rozmawiamy dzień po Twoim premierowym koncercie. Jestem ciekawa, jakie emocje towarzyszyły Ci tego wieczoru.
Było super! Zaśpiewanie wszystkich piosenek z albumu było niesamowitym doświadczeniem. Zagraliśmy też dwa utwory na bis! Wiadomo, że pierwszy koncert to specyficzne doświadczenie. Przyszło dużo ludzi, żeby mnie wesprzeć – moi znajomi, rodzina, ale też sprzedaliśmy sporo biletów. W SPATiFie także było dosyć kameralnie. To bardzo przyjemna przestrzeń, sprzyjająca rozmowom po koncercie, co również miało miejsce. Same pozytywne wrażenia, mimo tego, że przed koncertem było stresująco i okres przygotowań był raczej trudnym doświadczeniem.
To ciekawe, co mówisz o trudnościach. Masz doświadczenie w aktorstwie, grasz w teatrze. Zastanawiam się, czy to daje Ci więcej pewności siebie, czy wręcz przeciwnie.
To było trudne, dlatego że to dla mnie coś zupełnie innego od aktorstwa. Być może mógłbym skorzystać z aktorskiego doświadczenia, śpiewając moje utwory, ale oddzielam te dwie przestrzenie. Jak zaczynaliśmy grać to stres już ze mnie zszedł, ale przygotowanie się do mojego koncertu było dużo bardziej stresujące niż przygotowanie się do spektaklu. Na koncercie to nie jest przygotowanie do roli – a przynajmniej ja nie umiem tak do tego podejść – na scenie chciałem być jak najbardziej sobą i dać ludziom jak najwięcej z siebie. To było bardzo odsłaniające przeżycie, a ja tego odsłonięcia się bałem, ale chyba nie było czego – odbiór był bardzo pozytywny.
Czyli można powiedzieć, że trudniej jest stanąć na scenie z własną historią niż wcielić się w rolę?
Dla mnie tak. Zawsze miałem wrażenie, że postać, w którą się wcielam to jest coś, za czym mogę się schować, trochę jak za maską. Jak gram rolę to bardzo liczę na to, że ktoś zobaczy w tym kogoś innego, niż mnie prawdziwego. Oczywiście z pewnymi moimi cechami, ale jednak kreację aktorską. W muzyce nie chcę być kimś innym, niż jestem w rzeczywistości. Między utworami próbowałem nawiązywać kontakt z ludźmi, żeby czuli, że jestem tu i teraz, razem z nimi. Że też mam swoje przemyślenia odnośnie tego, co słyszą. I mam nadzieję, że dało się to odczuć, jak również to, że nic nie udawałem.
Wróćmy jeszcze do Great September. To była śmieszna historia, ponieważ zanim trafiłam na Twój występ to dosłownie tydzień wcześniej obejrzałam “Kolory zła: Czerwień”. I pamiętam, że byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że właśnie rozpoczynasz karierę muzyczną. Odczuwasz to, że zabierasz swoich ekranowych fanów za sobą do innej dziedziny sztuki?
Trudno stwierdzić. Na pewno wiele osób nie przechodzi ze mną od razu. Jeżeli ktoś mnie kojarzy z filmowych, czy serialowych ról to nie jest powiedziane, że od razu stanie się fanem mojej muzyki. Widziałem, że część osób właśnie z tego względu zainteresowała się moją muzyką, ale wydaje mi się, że to jest mniejszość z tych ludzi, którzy teraz słuchają tego, co robię. W moim przypadku to nie są do końca powiązane dziedziny, ale bardzo bym chciał, żeby w przyszłości tak było. Chciałbym na przykład napisać piosenkę do filmu, w którym zagram. To by było interesujące wyzwanie.
Jestem ciekawa, co byś wybrał, gdybyś stanął przed wyborem, w którym musisz wskazać tylko jedno: główna rola w kinowym filmie z gwiazdorską obsadą czy występ jako headliner festiwalu.
Bardzo trudne pytanie. Nie chciałbym się na nic zamykać. Obie opcje są super fajne, ale teraz chyba mam taki czas, że chciałbym się zagłębić w muzykę. Chciałbym zbierać więcej muzycznych doświadczeń. Tych aktorskich już trochę mam za sobą, dużo mnie nauczyły, sprawiały mi sporo radości i nie zamierzam tego porzucać, ale teraz chciałbym zdobywać wiedzę na innej płaszczyźnie. Lubię to, że mam możliwość sprawdzenia różnych rzeczy. I mam nadzieję, że po okresie bardziej muzycznym nastąpi okres bardziej aktorski – o tym marzę.
Super, że planujesz cały czas przeplatać obie dziedziny. Trzymam kciuki, żeby tak było!
Teraz udało mi się zamknąć projekt, jakim jest wydanie albumu. Chciałbym przez wakacje i we wrześniu pograć ten materiał. Na pewno będę na Great September, ale mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś po drodze. Na ten moment wakacje to aktorsko mniej natężony dla mnie czas, więc mam nadzieję, że jesienią wejdę w kolejne projekty aktorskie. Takie już pojawiają się na horyzoncie w Teatrze Ateneum w Warszawie.
Zatem, na pewno widzimy się na Great September! Wróćmy do najważniejszego – premiery. Album ma przekorny tytuł „Przepraszam”, a jednak niesie za sobą zupełnie inne przesłanie – żeby skończyć z tym przepraszaniem. Czy to jest Twój postulat w życiu, czy bardziej twórcza wizja?
Tak, to jest mój postulat. Utwór „Przepraszam” jest ukazaniem tej przekorności, którą niesie za sobą tytuł, czyli właśnie „przepraszam za wszystko, co mam, że z kolan chcę wstać i wziąć się w garść…” czyli tak naprawdę nie ma, za co przepraszać. W końcu jak można przepraszać za to, że chce się wziąć w garść, być sobą i skończyć z ciągłym zadowalaniem innych kosztem siebie? I to jest coś, z czym ja walczyłem i jeszcze czasem walczę w życiu. W którymś momencie mojego 25-letniego życia, odczułem, że jest mnie coraz mniej – są inni ludzie, których chcę zadowalać, a zapominam o sobie. Chciałem zadbać o siebie, ale też o to, żeby móc iść przez życie z podniesioną głową i cieszyć z tego, co robię. Strasznie trudno mi było przyznać (i dalej trochę jest trudno), że należy mi się to, gdzie teraz jestem i co robię. Wykonałem mnóstwo pracy w tym kierunku, więc powinienem być z tego zadowolony i dumny… a poczucie dumy jest dla mnie bardzo, bardzo trudne do osiągnięcia. Jakbym cały czas wytykał sobie błędy i tylko chciał być lepszym i lepszym. I w sumie po co? To jest fajne, że się udają niektóre rzeczy, a jednak czasem tak trudno je docenić. Więc tak, jest to mój postulat, żeby nie przepraszać za siebie. I nie przepraszać „za to, że się żyje”, bo miałem takie nastawienie bardzo długo. Chcę się tym dzielić, bo wydaje mi się, że nie tylko ja tak mam, a także głęboko wierzę w to, że szczery przekaz da się wyczuć. Dla mnie jest on jedną z większych wartości tworzenia.
Zauważyłam, że tytuły pierwszej i ostatniej piosenki są zapisane caps lockiem i mogą się łączyć w zdanie: “ZA CO PRZEPRASZAM”. Jestem ciekawa, czy to dobry trop?
W zupełności to jest dobry trop! Miło mi, że to zauważyłaś, bo nie każdy zwraca na to uwagę. Ja też za dużo o tym nie mówiłem, ale rzeczywiście taki jest sens. Intro “ZA CO” wprowadza nas do całej płyty, w której są zawarte różne emocje i sytuacje, za które chciałbym kogoś przeprosić. Potem dochodzimy do ostatniego utworu, w którym już mówię: “no nie, dosyć już tego przepraszania!”. Po drodze kumulowało się we mnie – bohaterze tych tekstów – wiele trudnych doświadczeń, w których czułem się zagubiony. Część z tych piosenek jest o tym, jak dochodzę do siebie, odnajduję swój własny głos. Ostatecznie sens tego sformułowania „ZA CO PRZEPRASZAM” można więc zrozumieć tak, że przepraszam siebie za te wszystkie chwile, w których nie byłem sobą.
Masz swój ulubiony utwór na tej płycie?
Mam! Zdecydowanie jest to „PRZEPRASZAM”. Ten numer jest dla mnie bardzo ważny i cieszyłem się, że nie wyszedł jako singiel przed premierą albumu. Wiadomo, że odbiorcy nie znali wszystkich utworów przed wydaniem albumu. Trzy utwory były dla nich niespodzianką: „ZA CO”, „PRZEPRASZAM” i „Okej”. I każdy z nich jest dla mnie naprawdę ważny. W maju wyszedł singiel “Nierówny wyścig” i mimo, że bardzo go lubię to ma dla mnie dużo mniejsze znaczenie emocjonalne. Wspomniane trzy uważam za numery o ważnym przekazie, z mocnym statementem. Traktuję je bardzo osobiście i z tego względu cieszę się, że były niespodzianką. Oczywiście, muzycznie też je lubię, ale bardziej chodzi o ten statement.
Wszystko jest tutaj bardzo spójne. Utwory powstawały na potrzeby tego albumu czy wcześniej tworzyłeś je do przysłowiowej szuflady?
Wszystkie powstawały w podobnym czasie, oprócz numeru “ZA CO”, który powstał ostatni, żeby spiąć całość. Rozpoczyna album, ale miał być podsumowaniem, zawierającym „smaczki“ i elementy pozostałych utworów. Tytułowe “PRZEPRASZAM” powstało dosyć wcześnie – razem z kilkoma innymi numerami. Trochę się śmieję, ale rok temu, kiedy się widzieliśmy na Great September, wyszedł numer “Kupiłem dom”. I ja mniej więcej od tego czasu przeczuwałem, o czym będzie ten album. Jak powstało “PRZEPRASZAM” to wiedziałem, że będzie takim nagłówkiem na liście piosenek i że to będzie najważniejszy dla mnie utwór. To nadało bieg moim pozostałym wyborom. Były bowiem też inne utwory, które się nie znalazły na tej płycie ze względu na to, że nie pasowały do motywu przewodniego.
To znaczy, że już jest materiał na kolejną płytę.
Jest, aczkolwiek jeszcze nie wiem, czy będę do niego wracać. Może skupię się na innym kierunku, zobaczymy.
Płyta ukazała się tylko w wersji cyfrowej. Dlaczego nie zdecydowałeś się na fizyczne nośniki?
To była bardziej decyzja wytwórni. Myślę, że coraz rzadziej się to robi. Wiadomo, że to są bardzo duże koszty, a coraz mniej osób kupuje płyty CD, ale oczywiście to jest moje ogromne marzenie. Wiem, że teraz częściej produkuje się winyle. To jest zupełnie inna jakość dźwięku, ale też mam wrażenie, że ludzie mają sentyment do winyli. To jest już bardziej pamiątka z wydania jakiegoś albumu. Mam nadzieję, że nośniki fizyczne się jeszcze u mnie pojawią, ale nie wiem, czy do tego albumu czy kolejnych.
Zapytałam o to, ponieważ nasza redakcja jest nieco oldschoolowa i staramy się w tych cyfrowych czasach zachęcać do korzystania z fizycznych nośników. Jak patrzysz na to z perspektywy artysty i z jakich nośników korzystasz na co dzień?
Ja bardzo to lubię. Akurat w tej chwili, ponieważ siedzę teraz w domu, mam przed sobą wieżę, o której istnieniu chyba już wiele osób zapomniało. Bardzo lubię wracać do wydawnictw na nośnikach fizycznych, ale to nie są wcale nowe rzeczy – raczej takie, które mam sprzed kilkunastu lat. Obawiam się, że teraz wiele albumów już nie wychodzi w takiej wersji. Moja koleżanka, Julka Rocka, wydała niedawno album w wersji fizycznej, ale też wiem, że było duże zainteresowanie tym wydawnictwem. To był jej drugi album i po tym pierwszym, który wzbudził duże zainteresowanie, razem z wytwórnią zdecydowała się na taki ruch.
Trzymam kciuki, żeby z kolejnym albumem pojawiły się płyty CD, a może nawet winyle. Zmierzając do końca, chciałabym zapytać o pracę nad płytą. Pewnie wcześniej miałeś jakieś wyobrażenia, jak taki proces może wyglądać. Czy jest coś, co Cię zaskoczyło?
Szczerze mówiąc, dużo rzeczy mnie zaskoczyło. Począwszy od współpracy z moimi dwoma producentami: Mateuszem Hulbójem i Jeremiaszem Hendzlem. Obaj są bardzo różni i pracowali zupełnie inaczej. Jeden z nich korzystał częściej z żywych instrumentów i bardziej analogowych rozwiązań. Drugi też korzystał z żywych instrumentów, ale dużo częściej generował i edytował instrumenty elektronicznie. Ciekawie było to obserwować. Mieli też zupełnie inne podejście do mojego wokalu i różne opinie na temat tego, w jakich aranżach i w jakich tonacjach powinien zabrzmieć. Podobnie było z Polą Chobot, z którą pisaliśmy razem teksty do utworów. Napotykaliśmy w procesie twórczym rzeczy, które nam się podobały i rzeczy, które podobały nam się mniej. Wybieraliśmy je tak, żebyśmy obydwoje byli zadowoleni. Przy czym muszę powiedzieć, że Pola każdy mój pomysł bardzo skrupulatnie analizowała i przyglądała się mu z każdej strony. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że jest mnie w tych tekstach bardzo dużo. Każda z osób, z którą pracowałem chciała wnieść do tej pracy, jak najwięcej swoich upodobań, co jest jak najbardziej zrozumiałe, jednak to ja byłem tym spoiwem, które łączyło wszystko, co się działo wokół albumu. Z każdą z tych osób musiałem znaleźć wspólny język, co nie było wcale takie trudne, ale na początku, jak to często w pracy bywa, wszyscy musieliśmy się trochę dotrzeć, a ja musiałem jasno i klarownie powiedzieć, czego od tego procesu twórczego potrzebuję. Myślę jednak, że cel został osiągnięty i naprawdę cieszę się, że tak to wyszło. Jestem zadowolony, że mogę pracować z tak zdolnymi ludźmi i mam nadzieję, że jeszcze niejedno przed nami.
