Newsroom

Ani cover, ani hołd, a własna historia. Kasia Lins „Obywatelka K. L.”

Sięganie po twórczość Grzegorza Ciechowskiego wiąże się z ryzykiem, bo to repertuar, wobec którego słuchacz ma swoje własne skojarzenia i emocje. Jedni widzą w nim legendę, inni przede wszystkim wspomnienia, a są też tacy, którzy znają go tylko z kilku najbardziej znanych utworów. Każda nowa interpretacja może spotkać się z odmiennymi reakcjami. Mimo to Kasia Lins zdecydowała się wejść w ten świat bez prób przewidywania reakcji odbiorców. Zamiast trzymać się bezpiecznych rozwiązań, pozwoliła sobie na pełnoprawną, osobistą interpretację. Obywatelka K. L. nie próbuje przypodobać się wszystkim. Jest to projekt, który jasno stawia na autorską wizję i dzięki temu od początku się wyróżnia.

Latem zobaczyłam Kasię na Męskim Graniu, kiedy projekt Obywatelka K. L. dopiero się rodził. I od razu było widać, że to nie będzie zwykłą „płyta z coverami”. Lins ma w sobie wyjątkową intensywność – taką, która powoduje, że gdy śpiewa, zapomina się o wszystkim dookoła. Jej występ był dla mnie jak przyciągnięcie magnesem. Po prostu nie dało się od niej oderwać.

Postać Grzegorza Ciechowskiego znałam wcześniej. Jak większość, kojarzyłam najważniejsze utwory, wiedziałam, jak wielką zajmuje pozycję w polskiej kulturze. Ale dopiero mieszkanie w Toruniu, jego mieście, pozwoliło mi mocniej odczuć, jak ważna jest jego legenda. Mijałam mural Ciechowskiego kilka razy w tygodniu, a jego nazwisko pojawiało się w rozmowach czy na wykładach, gdzie zdarzało nam się też słuchać jego piosenek. Prawda jest jednak taka, że nigdy w pełni nie „nadrobię” całej twórczości artysty — urodziłam się w roku, w którym odszedł. Album Kasi Lins stał się dla mnie kolejnym impulsem, by do niej wracać, choćby fragmentami.

Skupiając się jednak na samym wykonaniu Kasi Lins, trudno nie ulec wrażeniu, że jest to płyta, w której artystka odnalazła idealną przestrzeń dla swojej ekspresji. Nie skłamię, mówiąc, że jestem w tym albumie absolutnie zakochana. I mam poczucie, że gdybym nie znała żadnego z tych tekstów albo nie zasłyszała męskich końcówek czy charakterystycznych fraz Ciechowskiego, mogłabym z pełnym przekonaniem uznać te utwory za oryginalne kompozycje artystki. Tak naturalnie układają się w jej głos, jej wrażliwość, jej dramatyzm. I to jest chyba największy komplement, jaki można dać takiej płycie: że zapomina się o tym, że to czyjeś utwory.

Jest to album, w którym dwa muzyczne światy spotykają się na równych prawach. Ciechowski daje słowa i motywy, Lins daje emocje, ton, barwę i całą swoją ekspresję. Mam oczywiście swoje ulubione momenty na tej płycie jak Sexy doll czy Przyznaję się do winy, ale i tak najczęściej słucham jej od początku do końca. Ta historia najlepiej działa właśnie wtedy, kiedy pozwoli się jej płynąć. Wszystko jest tu ułożone tak spójnie, że trudno mi traktować te utwory osobno. Dla mnie ta płyta po prostu istnieje jako całość i tak ją przeżywam.