NewsroomWywiady

ALLDESIRE w rozmowie z WLKM.pl: „Bezpieczny powinien być seks, a nie tworzenie sztuki”

Fot. @helaunderscore

ALLDESIRE to debiutujący rockowy zespół, który jednak nie pozwala się zaszufladkować. Sharon Rodis na wokalu, Mick Mojo na gitarze, Robert Frederick na basie i Bennie Jett na perkusji to powiew świeżości na polskiej scenie muzycznej. Chłopaki tworzą utwory wykraczające poza schemat dzisiejszego mainstreamu poruszając w nich tematy, o których nie każdy ma odwagę mówić. Dziś premierę mają ich 2 debiutanckie single i właśnie z tej okazji spotkaliśmy się, aby porozmawiać!

Oliwia Nowak: Jesteście nowymi twarzami na polskiej scenie muzycznej. Dziś premiera waszych dwóch pierwszych singli co jest bardzo ciekawym zabiegiem, ale o tym później. Chciałabym zacząć od tego, żebyście opowiedzieli o historii powstania zespołu. Powiedzcie naszym czytelnikom skąd w ogóle się wzięliście?

Robert: Pierwsze kroki w kierunku założenia zespołu stawialiśmy jeszcze w Lublinie. Ja i Bennie znaliśmy się już wcześniej i w pewnym momencie, w naszych głowach zrodził się pomysł założenia zespołu. Było to zaraz po tym jak mój poprzedni zespół się rozpadł. Pomyślałem, że spróbuję jeszcze raz i jak się okazało był to strzał w dziesiątkę.  Później Bennie przeprowadził się do Warszawy na studia i tam poznał Micka. Tym sposobem ALLDESIRE zyskało kolejnego członka.

Mick: Tak, ale najciekawsza historia wiąże się z poznaniem Sharona. To było podczas naszej sesji na studiach. Po egzaminie razem z Benniem, ubrani w garnitury złapaliśmy się z Robertem, żeby świętować zdany egzamin. Jako, że nie mieliśmy pieniędzy musieliśmy postawić na coś budżetowego. Padło na bar mleczny przy metrze politechnika, niedaleko Zbawixa.  W tym barze pracował pewien koleś.  Długie, kręcone włosy, blondasek, czarna kreska na oku. Wyglądał fajnie, ale to nie wystarczy. Oczywiście zwrócił naszą uwagę, ale złożyliśmy zamówienie, chyba na pyzy i pomidorową, usiedliśmy do stolika i czekaliśmy. Nagle usłyszeliśmy takie absolutne darcie mordy dochodzące z kuchni. Podszedłem zobaczyć co się dzieje. Okazało się że to nasz blondasek z kasy wykrzyczał zamówienie. Wtedy już wiedziałem, że coś jest na rzeczy. Po czasie Sharon podszedł do naszego stolika  z zamówieniem i zapytał czy w czymś jeszcze może pomóc. Na co ja odpowiedziałam „Może możesz pomóc. A w tonacji byś tak krzyknął?” Sharon odparł, że może tak, więc spotkaliśmy się na próbie i się okazało, że faktycznie jest w stanie. Co ciekawe Sharon w tym czasie też szukał zespołu, więc idealnie zgraliśmy się czasowo.

Sharon: Tak ja dosłownie kilka dni wcześniej skończyłem zajęcia u Eli Zapendowskiej i właśnie w tym czasie chłopacy przyszli do baru. Po czasie wiem, że to było przeznaczenie.

Fot. @helaunderscore

Oliwia: Faktycznie, brzmi jak coś co było Wam pisane. Tak naprawdę nic nigdy nie jest kwestią przypadku, a już tym bardziej tak specyficzne przecięcie się dróg. Powiem szczerze, że odkąd Was zobaczyłam zastanawia mnie jedna kwestia. Dlaczego akurat rock? Nie kusiło Was, żeby pójść w coś bardziej mainstremowego? Myślicie, że gatunek, który gracie ma jeszcze szanse na odrodzenie? 

Sharon: Rock to jedyny gatunek, który może być piekielnie dobry nawet gdy nie umiesz grać ani śpiewać (śmiech). A tak już zupełnie serio to uważam, że rock nigdy nie zginął i nigdy nie zginie. To co na dany moment jest popularnie zmienia się co jakiś czas i to jest normalne, bo ludzie potrzebują zmian i czegoś nowego. Natomiast rock jest jedynym gatunkiem, który potrafi tak wszelako łamać bariery. Poza tym historia pokazuje bardzo dobitnie, że rock zawsze wraca wtedy, kiedy ludzie są spragnieni wolności i mają dość jakiegokolwiek narzucania ram czy to życiowych czy muzycznych. I myślę, że ten czas właśnie nadchodzi. Już teraz da się zauważyć, że te gitarowe brzmienia wracają do mainstreamu i pojawia się coraz więcej mocnych aranżacji. Mam wrażenie, że i odbiorcy, i artyści są już spragnieni cięższych brzmień. 

Oliwia: To prawda. Nie da się ukryć, że w wielu aktualnych premierach nieśmiało pojawia się coraz więcej gitar i żywych instrumentów. To przynosi nadzieję na zmiany. Wy przyszliście do mnie w konkretnym celu. Wydajecie swoje 2 debiutanckie single. Ja miałam już okazję ich posłuchać i mam nadzieję, że nasi czytelnicy, też się z nimi zapoznają. Zastanawiam się co Was inspiruje do pisania tekstów?  „INSOMNIA” i „ELEKTRYCZNE REQUIEM” niosą za sobą ważne przesłania, nie przypominają takich prostych, bezpiecznych utworów, które są obecnie popularne.

Mick: Jako autor jednego i współautor drugiego tekstu mogę powiedzieć, że „INSOMNIA” to jest ciekawa sprawa. Historia jej powstania wyglądała tak, że przyszedł do mnie Sharon z zarysem tekstu w momencie, w którym ja miałem bardzo podobne przemyślenia. Z perspektywy czasu uważam, że niesamowicie się to zgrało. Geneza powstania tego tekstu wiąże się z tym, że mieszkam w bardzo brzydkim bloku, na czternastym piętrze, w centrum Warszawy. Jedyne co widzę w nocy to bijące mi w okna światła neonów wielkich firm i korporacji, przez co bardzo trudno jest mi zasnąć. I właśnie o to chodzi w tym tekście. Chcieliśmy przekazać, że wielkie miasto, w którym żyjemy jest super, daje ogromne możliwości, można w nim prowadzić ciekawe nocne życie, ale czasem człowiek chciałby tak po prostu pójść spać i odciąć się od tego wszystkiego. A często jest nie możliwe, więc tak jak w utworze można to spuentować tym, że „Piękne nocne życie to cena Twego snu”. „ELEKTRYCZNE REQUIEM” to zupełnie inna historia. Jest to tekst o śmierci, ale nie niesie za sobą negatywnego wydźwięku, a raczej pozytywny przekaz. Chodzi o to, żeby nie bać się śmierci, bo przychodzi ona do nas zawsze wtedy, kiedy ma na to ochotę i spotyka nas wtedy, kiedy ma nas spotkać. Nikt nie umrze ani wcześniej, ani później niż jest mu to przeznaczone. Przy pisaniu tej piosenki inspirowaliśmy się biblijną przypowieścią „Legenda z Samary”, która właśnie o tym mówi.

Sharon: Ja bardzo nie lubię narzucać interpretacji tekstów, ale uważam, że w przypadku „ELEKTRYCZNEGO REQUIEM” bardzo ważne jest to, że ten tekst wybrzmiewa zdecydowanie inaczej, gdy śpiewam go teraz mając 23 lata, a inaczej będzie wybrzmiewał jak będziemy mieć 60 lat.  To czyni go w pewnym sensie ponadczasowym, ale czy „REQUIEM” stanie się ponadczasowym utworem to się jeszcze okaże. Grzegorz Markowski kiedyś śpiewał, że „Wszystko ma swój czas” i podobnie jest z tym tekstem, niesie on za sobą podobny przekaz.

Fot. @helaunderscore

Oliwia: Interpretacja utworów jest bardzo ważna, ale to zostawmy Waszym słuchaczom. Ja chciałam zapytać o to skąd pomysł na poruszenie tak niekonwencjonalnych tematów w waszych debiutanckich singlach?

Sharon: Faktem jest to, że teraz wszyscy śpiewają o miłości i to nie jest nic złego.  Uważam, ze miłość to jedno z najpiękniejszych doznań jakie człowiek może w życiu odczuć.  Ale w momencie, kiedy mamy po 20 kilka lat i aktualnie tak jak napisałem kiedyś w piosence, porozumiewamy się ze światem „językiem nie wysłuchanych”, czyli buntem to szkoda by było tego wieku nie wykorzystać, żeby powiedzieć o czymś nietypowym. Na piosenki o miłości przyjdzie jeszcze czas, bo uważam, że mając tyle lat ile mamy nie przeżyliśmy w miłości wystarczająco dużo, żeby móc o niej pisać cudowne teksty jak na przykład robiła to Kora. A na razie „Jesteśmy tu by krzyczeć” .

Oliwia: Pięknie powiedziane. To prawda, na miłość jeszcze przyjdzie czas, a teraz bądźcie głosem nas wszystkich i krzyczcie. Jak wynika z Waszych wypowiedzi oba Wasze single poruszają zupełnie różne tematy, kompozycyjnie też mocno się różnią. Dlatego chciałam zapytać, czy lubicie eksperymentować z muzyką? Uważacie, że takie eksperymenty są bezpieczne?

Bennie: Tak, zdecydowanie lubimy eksperymentować z muzyką. Nasze debiutanckie single powstały na bardzo różnych etapach naszego rozwoju. „INSOMNIA” została napisana na początku tego roku, a „ELEKTRYCZNE REQUIEM” prawie pół roku później. Dlatego to naturalne, że te piosenki będą brzmieć inaczej. Nasze najnowsze kompozycje też się różnią od poprzednich. Jesteśmy w ciągłym procesie tworzenia. Uważam to za nasz rozwój.  Co więcej zmieniają się nasze inspiracje, a nawet nie tyle co zmieniają, a rozwijają. Słuchamy coraz więcej i coraz bardziej różnorodnej muzyki, cały czas odkrywamy nowych artystów, a to przekłada się na naszą muzykę. Jeśli chodzi o eksperymentowanie to tym bardziej to lubimy, bo nie chcemy się zamykać w sztywnych ramach. Traktujemy muzykę jako zabawę, możemy sobie pozwolić na to, żeby wrzucić w piosenkę partie klawiszy albo zrobić jeden utwór bardziej punkowo, a drugi bardziej popowo.

Sharon: Ja sądzę, że w eksperymentowaniu nie ma się czego bać, bo bezpieczny to powinien być seks, a nie tworzenie jakiegokolwiek rodzaju sztuki.

Fot. Amelia Dołęgowska

Oliwia: To prawda. Uważam, że na polskiej scenie brakuje artystów, którzy mają odwagę wyjść poza ramy. Wy poza nie wychodzicie i to nie tylko muzycznie. Postanowiliście też postawić na niekonwencjonalny debiut, czyli na wydanie dwóch singli jednocześnie. Skąd pomysł na taką strategię?

Robert: Czasy labeli dobiegają końca i przez to, że mamy możliwość wydawania singli na własną rękę to chcieliśmy wyjść poza schemat i spróbować czegoś innego.  Strategia jest taka, że chcemy, aby na początku jak najwięcej się działo na Spotify. Swoje pierwsze single jak i całą nadchodząca EPkę tworzymy głównie z myślą o osobach, które przychodzą na nasze koncerty i wiemy, że czekają na nasz materiał. Chcemy im dać od razu podwójną dawkę naszej muzyki, a przez to też trochę poruszyć algorytmy. Zobaczymy, jak się to sprawdzi. 

Oliwia: To bardzo ciekawe. Trzymam kciuki, żeby Wasza strategia przyniosła zamierzone skutki. A co w takim razie wyróżnia Was na tle innych zespołów. Zarówno lokalnej sceny jak i obecnych debiutantów? Myślicie, że jest coś takiego co można powiedzieć, że macie tylko Wy?

Bennie: Tak jak wcześniej wspominałem nie boimy się eksperymentować i traktujemy muzykę trochę jak nasz plac zabaw. Łączymy różne style i inspiracje, więc to na pewno nas wyróżnia. Nie lubimy też być klasyfikowani do jednego gatunku muzyki. Mówimy ogólnie, że gramy rock  i hard rock, ale na dobrą sprawę nie da się nas zaszufladkować.

Robert: Na pewno w polskiej branży muzycznej mało jest wizerunku. Szczególnie w rock and roll’ u, bo tam zupełnie nie ma nowych twarzy i myślę, że warto teraz odświeżyć ten gatunek zagrać nowymi, młodymi ludźmi dla młodych ludzi, którzy aktualnie cały czas są zmuszeni sięgać do klasyków jak Nirvana czy Guns’n’Roses, a my możemy dać im powiew świeżości.

Sharon: Nas wyróżnia też to, że teraz wszyscy grają bardzo bezpiecznie. Mnie bardzo wk*rwia słowo bezpieczeństwo, bo tak jak wcześniej wspomniałem bezpieczny powinien być seks, a nie tworzenie sztuki. A my tę sztukę tworzymy. Od zawsze bardzo ceniłem Queen za to, że nigdy się nie zamykali i nie bali. W Polsce podobnym przykładem jest Mannam. To też był bardzo odważny zespół, który wyróżniał się na tle innych.  Chodzi mi o sam fakt, że dziś wszystko jest bezpieczne, skrojone pod radio, a my wymykamy się z tego schematu. To właśnie nas wyróżnia.

Bennie: Jesteśmy autentyczni. Uważam, że widać to też na naszych koncertach.  Każde nasze show jest jak przedstawienie, pojawiają się rekwizyty i choreografie. To dla nas bardzo ważne, a mam wrażenie, że debiutanci zupełnie nie przywiązują do tego uwagi. Zapraszamy Was na nasze koncerty. Będziecie mieli okazje przekonać się na własnej skórze, że jest to coś zupełnie innego od tego do czego jesteście przyzwyczajeni.

Fot. @helaunderscore

Oliwia: Zgadzam się. Miałam okazję zobaczyć kilka Waszych koncertów i muszę przyznać, że zawsze jest to show dopracowane w każdym calu.  W takim razie może chcecie opowiedzieć coś więcej o Waszych koncertach? Jak odnajdujecie się na scenie? Czy jest to Wasz żywioł?

Sharon: Kochamy scenę i w ogóle nas ona nie stresuje. Kiedy graliśmy swój debiutancki koncert w marcu to wiem, że nasi bliscy stresowali się bardziej niż my. Jakbym wyszedł sam na scenę i miał śpiewać to jestem pewien, że bym się stresował natomiast jak wychodzę z chłopakami to nakręcamy się nawzajem, motywujemy i trema znika całkowicie.  Scena też nas nakręca. Światła, publiczność to jest zupełnie magiczne. Widzę też u nas ogromny rozwój. Kiedy oglądam filmiki z naszego pierwszego koncertu i porównuje je do tych z ostatniego to widzę przepaść, jeśli chodzi o ruch sceniczny czy obycie ze sceną.

Robert: Uważam też, że o jakości naszych koncertów świadczy też stała grupa naszych odbiorców, która od pierwszego koncertu wraca na każdy kolejny. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni.

Oliwia: Stała grupa odbiorców to jeden z najważniejszych aspektów w tej branży. Super, że już udało Wam się ją zdobyć! Mnie intryguje też Wasz wizerunek. Nie da się ukryć, że bardzo Was wyróżnia. Powiedzieć o nim coś więcej. Aktualnie na polskiej scenie muzycznej można odnieść wrażenie, że artyści nie do końca skupiają się na wizerunku, duża część osób stara się być raczej zachowawcza w tej kwestii. U Was jest inaczej. 

Bennie: Kwestia wizerunku jest u nas bardzo naturalna. Nie umawiamy się, że tak się będziemy ubierać. My na co dzień ubieramy się i zachowujemy w taki sposób. Nie kreujemy tego sztucznie. To nasza natura. Ale to prawda, że wizerunek nas wyróżnia. Aktualnie artystom nie zależy na tym, żeby przyciągnąć uwagę charakterystycznym wizerunkiem. Wyjątkiem są współcześni raperzy. Ubierają się kolorowo, mają tatuaże, są wyraziści i jak widać ludzi bardzo to przyciąga, dlatego ich muzyka przeżywa teraz tak świetny okres.

Sharon: Według mnie z czystego szacunku do widza i sceny powinno się dbać się o wizerunek. Scena nie lubi szarości i bylejakości. Przychodzisz na koncert, żeby posłuchać wokalistów, ale także ich obejrzeć. Scena jest miejscem tak niesztampowym, że ludzie wymagają inności. Ja na każdym koncercie robię przebiórkę nawet teraz, gdy debiutujemy, bo uważam, że to jest po prostu obowiązek. Chcę szokować, zaskakiwać i dawać ludziom emocje i to właśnie umożliwia mi nasz wizerunek.

Oliwia: Zgadzam się z Tobą w 100%. Sama wychowałam się na muzyce i koncertach Dody. Jednej z niewielu polskich artystek, która bardzo stawia na wizerunek i na koncertach potrafi zrobić ogromne show. To przyciąga ludzi i sprawia, że nie tylko słuchasz koncertu, ale także oglądasz spektakl lub wręcz musical. Wcześniej dużo mówiliśmy o inspiracjach. Zdradzicie naszym czytelnikom kim się inspirujecie? 

Sharon: Dla mnie bardzo liczy się osobowość artystów i ich charyzma, dlatego w Polsce zawsze inspirowały mnie osoby, które w pewnym sensie rewolucjonizowały muzykę. Moja przygoda ze śpiewaniem rozpoczęła się od Kory. Bardzo cenię też Agnieszkę Chylińską, wspomnianą przez Ciebie Dode, Patrycję Markowską, Kasię Nosowską i Kasię Kowalską. Z zagranicznych artystów kocham Eltona Johna, Ozzyego Osborna, Frediego Merkurego I Stevena Tylera. 

Robert: Moje inspiracje to na pewno Duff McKagan z Guns’n’Roses i Mike Kerr z Royal Blood, bo oni od nowa zdefiniowali grę na basie. Nie byli to basiści którzy tylko stali z tyłu i nadawali rytm tylko próbowali stworzyć coś oryginalnego na tym instrumencie. Z Polski inspiruje mnie Krzysztof Zalewski uważam, że muzycznie jest wybitnym artystą. Ma etykę pracy i  widać u niego rozwój na każdej płycie. To imponujące.

Bennie: Jeśli chodzi o grę na perkusji to u mnie zaczęło się od Tommy’ego Lee. On był pierwszą osobą, która sprawiła, że pomyślałem „Wow można grać na perkusji jednocześnie wyglądając fajnie”. Dużą inspiracją są też obaj perkusiści z Guns’n’Roses z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Steven Adler i Matt Sorum.  Z Polski lubię punkowe zespoły jak Siekiera, ale też legendy jak Lady Punk.

Mick: Mnie inspirują artyści, a nie gitarzyści. Nie postrzegam siebie jako gitarzysty, bo jestem dziwny i nie mam nawet 6 strun w gitarze. Jestem artystą i dlatego też artyści mnie inspirują. Z Polski podziwiam Grzegorza Ciechowskiego, a zza granicy Davida Bowiego, który był wielkim artystą. Był muzykiem, ale też wokalistą, autorem i aktorem. Nie da się go zamknąć w ramy i ja też nie chcę, żeby ludzie zamykali mnie w ramy bycia gitarzystą. W brzmieniu mojej gitary inspiruję się dziwnością. Chcę mieć organy, chce mieć syntezator, chce mieć jakieś bardzo mokre odbijające się przez 3 lata dźwięki, ale chcę mieć też klasyczne brzmienie. Chodzi mi o to, żeby dać doskonałe show, a nie tylko zagrać na gitarze.

Oliwia: Na koniec chciałabym Was jeszcze zapytać, czy zdarza wam się kupować fizyczne płyty czy raczej korzystać się już wyłącznie ze streamingu? Zdradźcie też naszym czytelnikom jakie są Wasze ulubione płyty. 

Sharon: Moim marzeniem jest mieć kolekcję płyt. Chciałbym mieć oddzielny pokój z płytami i winylami, gdzie będę mógł pisać teksty i oddawać się muzyce. Obecnie mam kilkadziesiąt płyt w większości polskich, ale mam nadzieję, że ta kolekcja się powiększy. Ciężko mi wybrać jedną ulubioną. Z Polskich jako pierwsza przychodzi mi do głowy płyta „Nocy Patrol” Maanamu. Z  zagranicznych „Get  Grip”  Aerosmith.

Bennie: Zgadzam się z Sharonem, że ciężko wybrać jedna, ponieważ to się cały czas zmienia, bo ciągle poznajemy nową muzykę.  Jeśli jednak miałbym wybrać to z Polski byłaby to „Nowa Aleksandria” Siekiery. Z zagranicznych  płyta, która miała na mnie i na mój proces twórczy duży wpływ to na pewno „Appetite For Destruction” Guns’n’Roses 

Robert: Ja osobiście mam sporą kolekcję płyt CD. Uważam to za wsparcie dla artystów. Obecnie płyty stały się elementem merchu. Dlatego jak tylko mam pieniądze to staram się je kupować. Jednak trzeba sobie powiedzieć szczerze, że w czasach, kiedy wszystko jest na streamingach mało kto kupuje fizyczne płyty. Jeśli chodzi o ulubiony krążek to duży wpływ miał na mnie „Teatro d’ira” Maneskin. Pokazała mi ona w jaki sposób powinien brzmieć nowoczesny album rockowy.

Mick: Płytą, która przyniosła mi wiele inspiracji jest „Whatever People Sy I Am, That’s What I’m Not” Arctic Monkeys. Przyznam, że ja słucham całych albumów nawet w erze streamingu. Mam dużą kolekcję winyli, bo lubię, kiedy słuchanie muzyki to jest rytuał, który odprawiam. Fizyczne płyty sprawiają, że bardziej je czuje, bo nie są to tylko sztuczne piksele. Nie lubię, kiedy muzyka leci w tle, lubię się na niej skupiać. 

Sharon: Tak, muzyka w streamingach to trochę taki zapychacz. Tak jak niektóre radia wciskają zapychacze zamiast sztuki to ja tak trochę postrzegam streaming. Leci nam coś w tle i w ogóle nie skupiamy się na przekazie. Kiedyś jak chciałeś płytę to stałeś w pieprzonej kolejce, musiałeś ją zdobyć i wtedy słuchanie jej to był rytuał, a teraz przez dużą dostępność obiór muzyki stał się w większości bardzo płytki.

Oliwia: I tym mocnym akcentem zakończmy. Bardzo dziękuję Wam za rozmowę!

ALLDESIRE: Dziękujemy!