NewsroomWywiady

Mikołaj Macioszczyk w rozmowie z WLKM.pl: „Teraz wiem, czego chcę”

Mikołaj Macioszczyk to uczestnik The Voice of Poland. W ubiegłorocznej edycji dotarł do etapu nokautów, a tym razem znalazł się w półfinale, stając się jednym z ośmiu najlepszych uczestników jedenastej edycji. Na swoim koncie ma także kilka autorskich utworów, którym warto się przyjrzeć jak np. „Fala”, którą zaprezentował w półfinałowym odcinku. Choć program dobiegł końca, my wróżymy Mikołajowi wielką karierę! Tymczasem porozmawialiśmy o tym, jak wspomina udział w obu edycjach programu, a także o planach na dalszą karierę.

W piosence pt. „Taki sam” śpiewasz: „co się tyczy marzeń, goń je choćby pod wiatr”. Mam wrażenie, że Ty też tak zrobiłeś, ponownie zgłaszając się do The Voice of Poland. Co Cię zmotywowało, żeby znów wziąć udział w programie?

Tata mnie zmusił. Nie, no żartuję. Zasugerował, że w sumie czemu miałbym nie spróbować. Wydaje mi się, że miałem szansę zajść daleko w zeszłej edycji. Okazało się, że w tym roku siostrzenica chce iść do programu, więc nagrałem jej cover. Rozmawiając z nią, pomyślałem, że może też nagram siebie. Tata potem mi powiedział, żebym gonił marzenia, właśnie choćby pod wiatr – tak jak jest w piosence. No i żebym po prostu wysłał zgłoszenie, bo żałować mogę jedynie tego, że nie spróbowałem.

Odchodząc z poprzedniej edycji, porównałeś uczestników do drużyn piłkarskich. Wtedy byłeś reprezentacją Polski, a w grupie byłeś z Niemcami, Brazylią i Włochami. Nie znam się na sporcie, ale teraz Polską na pewno nie byłeś, a raczej w czołówce najlepszych drużyn. A Ty, jak to odbierasz tym razem? Zauważasz swój rozwój wywołany prawdopodobnie m.in. dużą ilością koncertów?

Nie wiem… przed programem też starałem się grać dużo koncertów. Program dał mi możliwości i tych koncertów się namnożyło. Myślę, że na pewno nabrałem obycia ze sceną, a w tym roku dużo cisnę wokalnie. Poznałem Krzysztofa Wojciechowskiego z Voice Progress, który jest trenerem wokalnym na zapleczu The Voice of Poland. I on pokazał mi trochę inne spojrzenie na śpiewanie, przez co teraz inaczej do tego podchodzę. Już jest to bardziej przemyślane. Staram się układać w głowie, co zamierzam zrobić, chociaż nadal jest w tym dużo improwizacji – tego się chyba nie wyzbędę, bo po prostu lubię to. I też widzę, że to się podoba, więc po co to zmieniać.

Masz porównanie tych dwóch edycji programu, a ta na pewno była dość specyficzna. Jakie dostrzegasz różnice pomiędzy nimi?

Jest kolosalna różnica! Przede wszystkim teraz podczas większości odcinków nie było publiczności, która daje mnóstwo pozytywnej energii. To daje kopniaka, kiedy słyszysz żywe oklaski i nie musisz grać dla pięciu osób (w tym wypadku Jurorów). Im mniejsza grupa ludzi, tym bardziej się stresuję, dlatego cieszę się, że teraz już mogę grać dla większej publiczności. Choć teraz to może nie (śmiech), ale w zeszłym roku mogłem.

Mówisz, że przy mniejszej publiczności bardziej się stresujesz, a ostatnio grałeś koncert online. Zatem, jak to jest grać autorski koncert do kamery, nie widząc tych wszystkich osób, które słuchają na żywo?

Widziałem, bo postawiliśmy sobie kartony z ludzkimi podobiznami, więc generalnie nie czułem się taki samotny. Oczywiście żartowałem (śmiech). Ale było kilka osób zaangażowanych w przygotowanie koncertu, które świetnie się bawiły, więc mimo wszystko imitowało to publiczność. Czułem też obecność ludzi poprzez pytania – było ich chyba 1350, dlatego ten wywiad był taki długi. Uważam, że to jest fair, aby poświęcić czas osobom, którzy poświęcają swoją energię na przekazanie mi miłych wiadomości. Zależy mi, żeby ludzie, którzy poświęcają mi swój czas, też mieli coś z tego, dlatego odpowiedziałem na możliwie najwięcej pytań. Dodatkowo mój kolega co chwilę wypisywał kartki z informacją, ile osób jest obecnych i zawsze wiedziałem, że nie jestem sam. 🙂

Wróćmy jeszcze do programu. Odpadłeś w półfinale i moim zdaniem to już jest bardzo ważny etap, bo w końcu można zaprezentować swój autorski materiał. „Fala” jest w pełni Twoja – sam napisałeś tekst i muzykę. Jak to jest wyjść do tak dużej publiczności z swoją twórczością?

Jeśli mam Ci powiedzieć tak szczerze to miałem kluchę w gardle, kiedy zaczynałem śpiewać. To utwór dla mnie bardzo ważny i nie ukrywam, że wspomnienia powróciły. Trochę też zrozumiałem, że w tym momencie tajemnica utworu została upubliczniona. To nie było stresujące, to bardziej było uczucie w stylu „wow jestem tu!”, a moją piosenkę obejrzy wielu ludzi w telewizji. I ja to zrobiłem sam – oczywiście przy pomocy wielu wspaniałych ludzi, ale długo o to walczyłem. Ciężko to opisać, bo to jest jedna wielka emocja.

Napisałeś „Falę” wcześniej. Masz jeszcze dużo takich piosenek, czekających w szufladzie na swój moment?

Trochę ich jest, ale jeden telefon zgubiłem, potem go znalazłem – a było tam kilkaset piosnek. Teraz zgubiłem drugi telefon, na którym też trochę ich było. I on już się nie znalazł. W każdym razie, chciałbym je wyciągnąć, ale teksty u mnie powstają dosyć spontanicznie. To jest impuls i jak taki nie powstanie w 15-20 minut to ląduje w tej przysłowiowej szufladzie. I wówczas, jak to zazwyczaj bywa w takich szufladach, nałoży się kilka kartek i po czasie zapominam i tracę ten flow danego momentu. Wydaje mi się, że później ciężko odtworzyć te same emocje i uczucia, które towarzyszyły przy pisaniu. Mam czasami coś takiego, że przed zaśnięciem przeglądam te swoje notatki, wchodzę i coś redaguję. Z tym, że zazwyczaj to jest ten moment, gdzie teoretycznie mógłbym pisać, ale jestem na tyle zmęczony, że praktycznie wchodzę w fazę snu. Mam najlepsze pomysły na piosenki i mówię sobie: „nie no, jutro jak się obudzę to to spiszę”. I jak się budzę to nie pamiętam.

Skoro mówimy o pisaniu piosenek to powiedz, jakie masz plany na dalszą karierę. Myślałeś o debiutanckiej płycie?

O płycie myślałem dwa lata temu, czyli jak robiłem trasę po nadmorskich miejscowościach i objechałem całe Polskie wybrzeże. Myślałem sobie, że zbiorę pieniążki i nagram płytę. Okazało się, że to nie jest takie proste. Teoretycznie mógłbym wydać płytę, bo mam tyle materiału, ale czy jakościowo byłoby to dobre? Cierpię na muzyczny perfekcjonizm, bywam  też niezdecydowany. Zawsze mam tak, że nie jestem pewien, czy np. efekt końcowy utworu, który chcę wypuścić będzie dobry. I nagle odsuwa się to w czasie, koncepcja piosenki totalnie się zmienia, a potem już nie jestem zadowolony.

Mówisz, że jesteś perfekcjonistą, a ja w Twoich występach najbardziej doceniałam autentyczność. Miałam wrażenie, że to nie jest odtwarzanie oryginału, lecz próba nadania utworom swojej wizji artystycznej. Na koncertach też grasz covery i swoje piosenki. Dlatego zastanawia mnie, co jest dla Ciebie trudniejsze – wyjść do publiki ze swoim materiałem, czy odnaleźć siebie w cudzym repertuarze?

Kiedyś dużo łatwiej grało mi się covery i bałem się przedstawiać swoje autorskie numery. Kolokwialnie mówiąc, bałem się, że coś spieprzę. A teraz chcę robić tylko swoją autorską muzę, ale nie bronię się przed coverami. Broniłem się trochę przed Krawczykiem (śmiech). Nie no żartuję, generalnie chyba wyszło dobrze, skoro nawet grali to w RMF FM.

I tutaj właśnie uprzedziłeś moje pytanie. W każdym razie „Chciałem być” to był dość zaskakujący występ. Początkowo, kiedy się dowiedziałam, że będziesz to śpiewać to pomyślałam sobie, że to niekoniecznie dobry pomysł, ale bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Twoja interpretacja! Jestem ciekawa, jak to wyszło, że wybór padł na tę piosenkę. To był Twój wybór, Michała Szpaka czy kogoś z produkcji?

Mogę Ci powiedzieć, że nie tylko Ty tak myślałaś (śmiech). Możemy wybrać sobie na live’y kilka piosenek. Doceniam twórczość Krzysztofa Krawczyka, szczególnie z jego dawnych płyt. Kiedy mi powiedzieli, że go wybrali to było lekkie zaskoczenie pomieszane z nutką niepewności. Obawiałem się, że ten odcinek będzie już moim ostatnim, bo umówmy się, w historii tego programu jeszcze nikt nie śpiewał Krawczyka, szczególnie w odcinkach na żywo. A kiedy zaśpiewałem to zdziwiłem się reakcją trenerów i ludzi w Internecie. Potem zajrzałem na relację na social mediach, a tam ludzie wrzucają filmiki, jak jadą samochodem i radio RMF FM puszcza tę piosenkę (śmiech). Na początku pomyślałem, że może to nie do końca dobre, ale to jest jedyny występ, który mogę słuchać ponownie. Po prostu nie lubię siebie słuchać – jak ktoś mi puszcza np. na imprezie mój numer to wyrywam telefon i wyłączam.

Wydaje mi się, że wielu artystów tak ma. Z drugiej strony myślę, że ten utwór był na tyle charakterystyczny i dobrze odebrany, że pewnie zostanie z Tobą na dłużej. Pewnie jeszcze nie raz zagrasz go na koncertach.

Podejrzewam, że będzie jak z „Miłość miłość”. W ogóle jestem ciekawy, co na to wszystko Pan Krzysztof. Nie dostałem od niego żadnego odzewu, ale zastanawiamy się ze znajomymi, co by na to powiedział.

Może powinieneś się do niego odezwać.

Jest taki plan, ale to jeszcze chwila. Jeszcze się zbieram w sobie.

Czy jest jakiś gatunek muzyki, którego zaśpiewania byś się nie podjął?

Nie. Może tylko metal, ale nawet to mógłbym zagrać. Mam swój cover disco polo, który robię zupełnie inaczej – jest w stylu reagge. Ciężko mi powiedzieć, że czegoś nie zagram. Gdyby ktoś przyłożył mi pistolet i powiedział zagraj to, no to zagram, ale zrobię to po swojemu. I też nie umiem zaśpiewać piosenki dwa razy tak samo.

Często wspominasz, że przełomowym dla Ciebie doświadczeniem był wyjazd do Portugalii na stopa. Co właściwie dało Ci to doświadczenie?

Gdybyś zapytała, czego nie dało mi to doświadczenie to bym krócej odpowiedział (śmiech). Nie wiem, czy jakakolwiek praca na jakimkolwiek stanowisku da tyle, co wyjazd na stopa po Europie, kiedy wyjeżdżasz bez pieniędzy, a codzienne granie na ulicy to jedyny zarobek – jeśli nie zarobisz to nie zjesz i się nigdzie nie przetransportujesz. Na pewno dzięki temu jestem w tym miejscu, w którym jestem. I jestem dumny, że dałem radę. Mam nadzieję, że kilka osób też jest ze mnie dumnych, że udowodniłem, że mogę coś osiągnąć. Mimo że jeszcze nie jest to sukces w pełni, bo jeszcze nie sprzedałem stadionu (śmiech). Mówię otwarcie, że chyba poszedłem śladami Podsiadło, wracając do programu. Mimo że go nie wygrałem to mam nadzieję, że chociaż mniejszy stadion kiedyś będę mógł wyprzedać. Jestem zadowolony, że podjąłem taką decyzję, choć nie byłem przekonany. W trakcie podróży były momenty zwątpienia. Była też obawa przed wyjazdem, bo tak naprawdę nigdy nawet nie byłem sam za granicą, a nagle się porywam na samotną podróż autostopem bez pieniędzy. Myślę, że to ukształtowało mój charakter i zahartowało mnie jako człowieka. Teraz wiem, czego chcę i nie dam sobie zbytnio w kaszę dmuchać, jestem pewniejszy i nie boję się.

Przed chwilą wspomniałeś o Dawidzie Podsiało i faktycznie są pewne podobieństwa, a nawet śpiewałeś jego piosenkę w programie. Zastanawia mnie też, kto właściwie jest Twoim największym autorytetem muzycznym.

Jest ich wielu. Jestem typem, który zawsze się do kogoś porównuje. Mówią, że to nie jest najlepszy pomysł, ale tak mam. Porównywałem się też w programie – zarówno w tej, jak i poprzedniej edycji. Ale takim największym autorytetem to zdecydowanie Krzysztof Zalewski. On sobie bardzo ciężko na wszystko zapracował i bezkompromisowo dążył do wydania własnego materiału w sposób, w jaki on chce. I jeszcze też James Arthur.

Zmierzając do końca, z uwagi na tematykę naszej redakcji, chciałabym zapytać Cię o legalne kupowanie muzyki. Czy Twoim zdaniem nadal istnieje tak duży problem, że ludzie korzystają z tego w sposób nielegalny?

Ed Sheeran kiedyś powiedział, że cieszy się, jak ludzie ściągają jego muzę, a nawet to popiera, bo przynajmniej wie, że ta muza jest słuchana. Powiedział też, że to mu nie przeszkadza, bo jak będą chcieli posłuchać go na żywo to i tak kupią bilety na koncert. Chyba jeszcze poruszał temat „Thinking Out Loud”, które często jest grane na weselach. Chodzi o to, że nawet jeśli włączy to ktoś, kto ściągnął ten utwór to inni goście na weselu usłyszą i jeśli im się spodoba to potem poszukają na Spotify i nabiją mu dziesięć razy więcej wyświetleń. Wtedy w ogólnym rozrachunku jest na plus. Z drugiej strony rozumiem, że to jest chleb powszedni artystów, ale jestem zdania, że jeżeli ludzie będą chcieli to i tak moja muza się znajdzie na portalach pirackich. Podejrzewam, że jeśli się komuś na tyle podobało to pewnie już ściągnął sobie np. „Falę” z YouTube’a, żeby słuchać na telefonie czy w samochodzie. Mam też wrażenie, że wszystko idzie w stronę cyfryzacji i niedługo nie będzie już płyt. Może jeszcze w obrocie będą winyle dla koneserów, a płyty CD staną się zabytkiem. Albo na odwrót.

No właśnie, statystki pokazują, że coraz mniej ludzi kupuje płyty CD. A Ty, z jakich nośników korzystasz najczęściej? Najczęściej słucham ze Spotify. Ostatnio nie mam wykupionej usługi Premium, ale zamierzam to zrobić. Słucham też płyt CD, od trzech lat kupuję je i słucham w kółko w aucie. No i też dużo korzystam z YouTube.

Autor zdjęcia: Florian Lubiński