
fot. Materiały Własne
To były intensywne dwa dni przepełnione muzyką. Koncerty, panele, warsztaty – to właśnie definiuje Sea You Music Showcase. Wydarzenie jest nie tylko otwarciem sezonu showcase, ale też jednym z najciekawszych wydarzeń muzycznych w Polsce. O magii tego wydarzenia, przekonałem się uczestnicząc w poprzednich edycjach. Decyzja o powrocie do Gdańska była natychmiastowa!
Przedstawiciele branży muzycznej spotkali się w kwietniowy weekend już po raz piąty podczas tego wydarzenia. Była to doskonała okazja dla trójmiejskich artystów, aby zaprezentować się na scenie, a dla fanów muzyki — by poznać ludzi z branży i poszerzyć swoją wiedzę. Każdy miłośnik dobrego brzmienia mógł znaleźć tu coś dla siebie – jak zwykle repertuar był zróżnicowany.
Dzień I, 10 kwietnia
Sea You 3city Music Showcase wystartował od paneli i spotkań branżowych w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej, które otworzyły całe wydarzenie. Dyskusje krążyły wokół fenomenu Męskiego Grania, rosnącej obecności polskich artystów na azjatyckich rynkach — w Japonii, Korei i Chinach — oraz roli merchu w budowaniu wizerunku. Wniosek był jeden: dobrze zaprojektowane gadżety to dziś coś więcej niż dodatek — to ważny element strategii artysty.

Następnie w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim ruszyła część muzyczna. Jak co roku o tej porze, mój krokomierz miał dużo pracy. Tradycją jest też to, że koncerty odbywają się na Scenie Magazyn oraz Głównej. Zacząłem od koncertu na tej mniejszej, by zobaczyć Maczety i było to mocne wejście w festiwal. Punkowe granie, jakbym słyszał Dezertera czy czasem The Fall. Chłopaki naprawdę mi zaimponowali i na pewno będę śledził dalsze ich poczynania. Na Sea You nie ma chwili wytchnienia i parę minut po zakończeniu zameldowałem się na scenie głównej, gdzie zagrali Loveworms. Rok temu na tym samym festiwalu widziałem, jak wokalistka Kasia Kowalska, znana jako Kat czaruje publiczność na scenie Magazyn. Podczas tej edycji można było usłyszeć materiał z debiutanckiej płyty o tym samym tytule oraz nowe utwory. Takie strzały jak „Heartbeat” czy „Falling for it” nadal sprawdzają się na żywo znakomicie. Następnie wybrałem się posłuchać zespół Bazgrołki – jeden z najciekawszych młodych zespołów. Shoegaze, Psychodelia i gitary – w pewnych momentach odpływałem przy tych dźwiękach.
O 20 na scenę wyszedł oczekiwany przeze mnie Tymon Tymański Yasstet, czyli projekt poświęcony autorskim reinterpretacjom muzyki Theleoniousa Monka, album C’Monk z 2025 roku jest osobistym hołdem Tymańskiego dla tego artysty. Tymon zagrał na kontrabasie, widać było uśmiech na jego twarzy i że ten projekt sprawia mu dużo radości. Ma w końcu ze sobą wspaniały zespół. Godzinę później, na dużej scenie usłyszeliśmy kultowy zespół Blenders, koncert zapowiadał Piotr Stelmach z Radia 357. Był to chyba gig z najbardziej żywiołową reakcją publiczności – Kto nie zna takich hitów jak “Ciągnik”, “Punkt G” czy “Czuję, że ja muszę”. Bardzo fajny, skoczny występ na poprawę humoru. Największym pozytywnym zaskoczeniem pierwszego dnia był rapowy popis projektu Budka Surfera by Unda. Tak powinny wyglądać koncerty, a trójmiejscy raperzy, pokazali, że potrafią rozkręcić każdą imprezę. Na koniec dnia wysłuchałem Spoiwa – i ten koncert mnie zachwycił. Wspaniała gra świateł, post-rockowy mrok oraz przesterowane gitary. Odpłynąłem w podróż z tym zespołem. Rewelacja!
Dzień II, 11 kwietnia
Dzień drugi rozpocząłem od paneli. Pierwszy z nich opowiadał o gdyńskiej scenie hip-hopowej, gdzie Miły ATZ, 2k88 oraz Dr. Slalom zostali poproszeni przez prowadzącego spotkanie Jędrzeja Olczyka o wspomnienia sprzed lat. Następnie przedstawiciele festiwali: Pohoda (Słowacja), MENT (Słowenia) opowiadali jak ważna jest odpowiedzialność społeczna na festiwalach.

Na scenie Magazyn muzyczną część zaczęła Kasoil swoim show r&b. Ja bawiłem się bardzo dobrze, a kawałki wpadały w ucho. Na wyróżnienie, jeżeli chodzi o małą scenę zasługują dwa występy. Pierwszym z nich był koncert Filip Żółtowski Quartet, czyli połączenie elektroniki, jazzu oraz hip-hopu. Przez pół godziny usłyszałem piękne kompozycje, z płyt Filipa, do których na pewno będę wracał. Jak przekonaliśmy się dnia poprzedniego, Showcase Sea You to nie tylko młodzież, bardzo spodobał mi się koncert zespołu Popsysze. Co tu dużo mówić – gitarowe granie, dla miłośników troszkę mocniejszych, nieraz eksperymentalnych dźwięków.
Scenę Główną otworzyli tym razem “Polscy Beach Boys” czyli The Surfers. Surf Rock? No, ciekawe to było doświadczenie. Były motywy z filmów oraz studyjne utwory chłopaków. Leon Krześniak jest świeżo po wydaniu swojej płyty “Słoneczna strona ulicy”, czyli typowego albumu pod nóżkę, na długie letnie wycieczki. Były gitarki, nostalgia oraz odśpiewane 100 Lat dla Leona.

W styczniu miałem przyjemność uczestinczyć w pięknym koncercie RAYE, która zachwycała nie tylko śpiewem, ale też kreacjami. Patrząc na występ Natalii Muiangi, od razu przypomniał mi się ten występ. Ależ ta dziewczyna ma głos i piękne utwory. Sądząc po reakcji publicznośći, był to jeden z najlepszych występów tegorocznej edycjim Jazz, latino, soul. Wspaniała mieszanka gatunków, to jest w tym festiwalu piękne! Sił starczyło mi jeszcze, aby wysłuchać jednego z największych polskich pisarzy tekstów, Grzesława Nawrockiego, znanego z występów w zespole Kobiety. Płyta “Moja mama ma depresję i siedem innych piosenek o miłości” wbija w fotel, na żywo również mi podeszło.
I tak piąta edycja Sea You dobiegła końca. Przez trzy dni wysłuchałem kilkanaście koncertów, które pokazały, że scena trójmiejska wciąż ma się dobrze. Oprócz tego niezliczone rozmowy o muzyce, spotkania z artystami, delegatami czy chłonięcie wiedzy na panelach. To był wspaniały weekend. Formuła Showcase jest potrzebna w naszym kraju, możemy się cieszyć, że mamy ich kilka. Sea You za rok Gdańsk!
