NewsroomRecenzje

Reneé Rapp i jej zadziorne “Bite Me”[recenzja]

fot. Materiały Prasowe

Reneé Rapp udowodniła, że ma nie tylko potężny głos, ale i sporo odwagi już na swoim debiutanckim krążku Snow Angel. To właśnie tam szczerze opowiadała o szeroko pojętych uczuciach i nie bała się mówić o swojej orientacji, czego najlepszym przykładem jest singiel Pretty Girls. Jak się jednak okazuje, tamten album był dopiero rozgrzewką — Bite Me to kwintesencja pewności siebie i ciętego języka. To jazda bez trzymanki, bez grama cenzury. Słuchając tego wydawnictwa, czuję się jak Robert Kubica pędzący w zawrotnym tempie do mety — krótko, intensywnie, z maksymalnym ładunkiem emocji. To album, na którym rządzi dobra zabawa, ale pod powierzchnią pulsuje ważny, osobisty przekaz.

Po raz pierwszy doświadczam sytuacji, w której nowy album artysty całkowicie przejął jego TOP 10 na Spotify. To najlepszy dowód na to, że świeże brzmienie Reneé Rapp skradło serca słuchaczy, a jej wcześniejsze utwory — ku korzyści artystki — chwilowo poszły w odstawkę. Trudno się dziwić, bo Bite Me to prawdziwy majstersztyk w queerowym świecie popu.

Zapowiedzią krążka był singiel Leave Me Alone, którym Reneé narobiła niemałego zamieszania w branży. Kontrowersyjny wers „Podpisałam setki NDA, ale wciąż mam coś do powiedzenia” błyskawicznie podłapała społeczność TikToka, a utwór stał się viralem. Podobny scenariusz powtórzył się w przypadku singla MAD, w którym również znalazła się „wisienka na torcie” — celny, zapadający w pamięć moment, idealny do dalszego cytowania i podawania dalej przez fanów.

Działania PR-owe w promocji tego wydawnictwa można uznać za wzorcowe. Bite Me to projekt niezwykle spójny — od komunikacji w mediach społecznościowych, przez dobór singli, aż po warstwę muzyczną. Album nie tylko intryguje kontrowersją, ale przede wszystkim zachwyca swoim dopracowaniem, energią i wyczuciem chwili.

Zatrzymajmy się na chwilę przy utworze Why Is She Still Here?, który udowadnia, że Bite Me nie opiera się wyłącznie na kontrowersji, lecz także na czystym pokazie talentu Reneé. To jeden z tych momentów, kiedy słowo „WOW” samo ciśnie się na usta, a klimat płyty na chwilę staje się poważniejszy. Rapp w tym numerze udowadnia, że potrafi śpiewać z taką mocą, że trudno oderwać się od głośników — jej wokal wchodzi na poziom, który niewielu współczesnych artystów jest w stanie osiągnąć.

Utwór miał swoją nieoficjalną premierę podczas przedpremierowych spotkań z fanami i błyskawicznie zachwycił internetową publiczność. Ci, którzy potrafili spojrzeć na niego w oderwaniu od wizerunkowych dyskusji, dostrzegli w Reneé potencjał na ikonę — porównując ją nawet do samej Whitney Houston. To spora poprzeczka, ale po wysłuchaniu tego nagrania trudno nie przyznać, że Rapp jest na dobrej drodze, by takie aspiracje spełnić.

Na Bite Me nie ma złych zaułków, z których chciałoby się uciec. Album jest dynamiczny, stale przeplatany utworami z przymrużeniem oka, nastrojowymi balladami oraz momentami o wyraźnie rockowym zacięciu. Sometimes daje chwilę wytchnienia i pozwala odetchnąć po intensywnych fragmentach, by zaraz potem Kiss It Kiss It ponownie wciągnęło słuchacza w zabawę brzmieniem, tekstem i — nazwijmy to — przyjemną „głupkowatością”.

Good Girl to z kolei numer, który mógłby z powodzeniem znaleźć się na debiutanckim Snow Angel — wpisuje się w ramy klasycznego pop-songu z potencjałem na letni banger. Reneé bawi się konwencjami, ale jednocześnie trzyma w ryzach spójność płyty, dzięki czemu każdy z tych utworów wydaje się mieć swoje jasno określone miejsce w narracji albumu.

Absolutnie uwielbiam koncepcję tego albumu i fakt, że jest tak nieoczywisty. Mam więcej niż jednego faworyta — mówiąc wprost, chłonę całość z czystym uwielbieniem. Cieszy mnie, że nawet zakończenie jest muzycznym rollercoasterem. You’d Like That Wouldn’t You to rockowy wulkan energii, kulminacja emocji, które przewijały się przez poprzednie utwory, i idealne domknięcie tej intensywnej podróży.

Mówi się, że po świetnym debiucie trudno nagrać równie dobrą drugą płytę. Reneé udowodniła jednak, że nie stawia sobie granic i mierzy naprawdę wysoko. Teraz pozostaje mi tylko czekać, aż artystka odwiedzi nasz kraj z tym materiałem na żywo. Oby więcej tak odważnych i zaskakujących wydawnictw jak Bite Me!