NewsroomRecenzje

Recenzja: Linia Nocna – „Szepty i dropy”

Na twórczość Linii Nocnej trafiłam w zasadzie na samym początku ich działalności i dzięki temu mam okazję na bieżąco obserwować ich rozwój. „Znikam na chwilę” to bardzo dobry album i to właśnie dzięki tej płycie ich zauważyłam. Jednak myślę, że na „Szeptach i dropach” pozwolili sobie na większe eksperymenty muzyczne, jest bardziej różnorodny i momentami zaskakujący. Zachowali swój styl, lekkość i melodyjność, ale wzbogacili to wszystko o doświadczenie muzyczne, które zyskali na przestrzeni czasu.

Jednym z moich ulubionych singli zapowiadających płytę był duet z Kubą Badachem, czyli „Gdziekolwiek”. Od tej piosenki bije ogrom ciepła i dobrej energii, wręcz powodując mimowolny uśmiech na twarzy. Jeśli kogokolwiek złapała późnojesienna chandra to ta piosenka będzie dobrym sposobem na poprawę humoru, a na wypadek gdyby to nie wystarczyło to obejrzenie klipu już na pewno pomoże – od razu uśmiechniecie się na widok tych wszystkich uroczych piesków. I tutaj też warto się zatrzymać, ponieważ premiera tej piosenki była związana z pomocą wybranemu schronisku – zorganizowano zbiórkę, a dodatkowo niektóre psy, które pojawiły się w klipie znalazły nowe domy! Bardzo lubię, kiedy muzyka jest połączona z takimi działaniami. Warto też wspomnieć, że kolejnym działaniem społecznym wykazali się przy okazji premiery „Kranówki”. Zgodnie z fragmentem „odkąd warszawska kranówka jest zdatna do picia, patrzę krzywo, gdy plastik trzymasz”, postanowili zaopatrzyć swoich fanów (i nie tylko) w wielorazowe butelki. W dniu premiery singla można było ich spotkać na warszawskich ulicach, podczas gdy wymieniali napotkanym osobom plastikowe butelki na te bardziej przyjazne środowisku. A to wszystko mogło się wydarzyć przy okazji nawiązania współpracy z marką DAFI. Skupiając się na samej piosence, jest to wyrazista kompozycja z nieco bardziej elektronicznym wydźwiękiem niż pozostałe.

Płytę zapowiadał też singiel „Wpadłeś mi w inne”. I okazuje się podobno mógł trafić w ręce jakiegoś innego artysty, bo nie wszyscy pewnie wiedzą, ale oprócz autorskiej działalności zdarza im się pisać dla innych. Zastanawiali się, czy to być może nie za bardzo popowy utwór w stosunku do wszystkich innych. No i na szczęście nie oddali nikomu tego utworu! Bo mimo swojej inności świetnie się komponuje z całością. To bardzo melodyjna, a nawet powiedziałabym, że niezwykle urocza piosenka, chociaż ma dość przewrotny przekaz. Opowiada o tym, jak dziwna jest ta nasza wirtualna rzeczywistość, i o tym, jak łatwo „wpaść komuś w inne” – czasem przypadkiem, a czasem niekoniecznie. Nie wiadomo, co dzieje się po drugiej stronie ekranu, dlatego te relacje nie zawsze układają się tak, jak byśmy sobie to wyobrażali. Wszystko to jest znakiem czasów, w których żyjemy i zauważyłam, że coraz więcej artystów porusza ten temat w swoich utworach – np. Mikromusic w „Nie odchodź”, Mikołaj Macioszczyk w „Ja żyję tak”, czy też Patrick The Pan w „Pikselove” – chociaż takie przykłady mogłabym mnożyć. Bardzo poruszył mnie też utwór „Wyszłam z ciała zaraz wracam”. Ukazał się na początku pandemii, czyli w momencie, kiedy wszyscy raczej niespodziewanie zostaliśmy zamknięci w domach i ta piosenka doskonale oddawała te emocje. To niezwykle poruszająca ballada, która pozwala na wiele refleksji.

No ale przejdźmy do utworów, które ukazały się wraz z premierą płyty. Aktualnie jednym z moich ulubionych są „Komary”. Chyba pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć, że komary mnie nie denerwują, a wręcz kojarzą się pozytywnie. I to wszystko za sprawą tej piosenki! To opowieść o życiu dwojga osób, które mimo wszelkich codziennych zwykłych przeciwności, chcą żyć w swojej sielance, co na przykład znajduje odzwierciedlenie w słowach: „Choć do szału doprowadzasz mnie, ja ciebie też. Dziwna sprawa, bo akurat właśnie z tobą chcę mieć skromny domek w lesie za kawalerkę w mieście…”.

„Poniedziałek” jest najmniej lubianym dniem tygodnia przez większość zapracowanych ludzi. Kto by się spodziewał, że tak pięknie może brzmieć piosenka o takim tytule? Pewnie niewiele osób! Chciałabym zwrócić uwagę, że bardzo podoba mi się sposób napisania tekstu, z resztą nie tylko w przypadku tego utworu. Posługują się językiem polskim z charakterystyczną lekkością, co pozwoliło im też wypracować swój styl pisania. Dodatkowo ta piosenka niesie za sobą masę pozytywnej energii i na pewno w poniedziałkowy poranek poprawi humor nawet najbardziej nieszczęśliwym osobom, które po weekendzie muszą wrócić do pracy. Z kolei po pracy pozwoli ukoić nerwy, bo przecież „po pracy lament, że tygodnia koniec tak daleko”.

Początkowo można pomyśleć, że „Mdli” jest lekko odbiegające od pozostałych utworów. Myślę, że to ciekawy drobny muzyczny eksperyment. Cały album jest dość melodyjny, wpadający w ucho, a okładka różowa – to wszystko kojarzyć się może z takim słodkim uroczym wydźwiękiem. Dla przełamania tej słodyczy, jest też kilka innych momentów, jak właśnie m.in. „Mdli”, w którym zasiano ziarnko niepewności bijącej z muzyki, a także tekstu, w którym pada m.in. zdanie: „Tak słodko aż mdli, a nie znaczy nic”.

Długo wyczekiwałam tej płyty. Mogłabym nawet powiedzieć, że to jedna z tych premier, na które w tym roku czekałam najbardziej. Okazuje się, że warto było czekać, bo to po prostu bardzo dobry album. W zasadzie jedyny zarzut, jaki mogłabym mieć to jest to, że większość piosenek poznaliśmy już przed premierą płyty. Z jednej strony to dobrze, bo dawkowali nam napięcie, a z drugiej chciałoby się usłyszeć jeszcze więcej nowości przy okazji premiery. Koniec końców, nie mogę wyszukać innego zarzutu, bo to po prostu bardzo dobra płyta. Jeśli jeszcze nie słuchaliście to znajdziecie ją, klikając tutaj! I oczywiście pamiętajcie o korzystaniu z legalnych źródeł! Warto też zaopatrzyć się w fizyczny nośnik, tylko z tym trzeba się pospieszyć, bo nakład jest bardzo limitowany, a płyta zawiera dodatkowe niespodzianki!