NewsroomRecenzje

Amerykański romans popu z rockiem – recenzja albumu Imagine Dragons “Mercury Act I”

Piąty w karierze album Imagine Dragons to eksperymenty, uczucia, emocje i nowe historie amerykańskiej grupy pop-rockowej. Zasłynęli niemałym hitem Radioactive i od razu wymościli sobie miejsce w sercach wielu słuchaczy. Przez ponad 13 lat obecności na rynku i na scenie doczekali się sporego dorobku, obfitującego w wiele hitów, mniej lub bardziej popowych. Tytuł nowego albumu został zainspirowany słowem „mercurial” w znaczeniu czegoś zmiennego, żywego, nieprzewidywalnego. Jak zatem przestawiają się nowości i czy doczekamy się Mercury Act II?

Pierwszym singlem promującym nowy materiał był utwór Follow You – miłosna piosenka pełna psychodelicznych gitar oraz zawiłych aranżacji. Pamiętam, jak dowiedziałam się o historii tej piosenki, kiedyś pewnego wieczoru przeglądając Instagrama, natknęłam się na filmik w którym Dan idzie polną drogą i jest dosyć smutny – na dole pojawiają się napisy o tym, jak był w drodze do podpisania papierów rozwodowych, gdy nagle otrzymał sms od swojej żony. Wiadomość okazała się przełomem, oni udali się na obiad i uczucia odżyły. Para postanowiła odsunąć decyzję o rozstaniu i dzięki temu małżeństwo przetrwało kryzys. Artysta mówi:

Chciałem, by utwór ten reprezentował realistyczny wymiar miłości. Taki, że miłość nie jest idealna, ale przetrwa.

Follow You stało się najszybciej pnącym się utworem Imagine Dragons w zestawieniu Billboard, przebijając 7-tygodniową drogę na szczyt Natural w 2018 i 8-tygodniową drogę Believer w 2017. Uważam, że to jeden z najlepszych utworów w dorobku zespołu i bardzo długo gościł na moich playlistach. Wybranie go na singiel promujące było dosyć ryzykownym posunięciem, ponieważ obiło mi się o uszy, że fani oczekiwali nieco ostrzejszych brzmień i powrotu do korzeni, do pierwszych płyt. Ale o tym później.

Drugi singiel promujący, Wrecked – również jest bogaty w emocje. Mocna piosenka opowiada o stracie, żalu i pójściu naprzód. Mamy wiele piosenek o śmierci bliskich osób – w zasadzie, mamy wachlarz utworów, od tych najbardziej wzruszających, akustycznych, rozrywających serce przez ukryte w popowej warstwie zaszyfrowane uczucia, aż po takie jak Wrecked – rockowe, mocne, monetami wręcz agresywne rozprawianie się z uczuciami. Headliner grupy zaczął pisać utwór niedługo po tym, gdy jego szwagierka, Alisha Durtschi Reynolds, zmarła na raka. Artysta tak wspomina tamto doświadczenie:

Była jasnym promieniem. Zawsze dzieliła się radością i mocą z każdym, kogo spotkała. Jej nagłe odejście wstrząsnęło mną w sposób, który do tej pory ciężko mi wyrazić. Byłem przy niej i bracie w momencie, gdy odeszła. To był pierwszy raz w moim życiu, gdy doświadczyłem śmierci w taki sposób. Dobitnie mi to uświadomiło kruchość życia i ostateczność wszystkiego. Patrzyłem, jak mój brat przeżywał coś, przez co nikt nie powinien przechodzić. Ale widziałem też, jak wiara daje mu nadzieję na wspólną przyszłość z Alishą. Mogę jedynie mieć nadzieję, że moja wiara też będzie tak mocna. „Wrecked” było moim sposobem na poradzenie sobie z tym wszystkim, bo muzyka zawsze stanowiła dla mnie odskocznię. Nie będąc już człowiekiem gorliwej wiary, mam nadzieję, że Alisha usłyszy tę odezwę z miejsca, gdzie jest już wyleczona i nie czuje już bólu. Ten utwór to moje życzenie wieczności z tymi osobami, które kocham.

Pozostałe utwory na albumie to mieszanka popowo-rockowa. Momentami jest delikatnie tak jak w otwierającym My Life, a momentami ostro jak w Dull Knives. Myślę, że w ten sposób chcieli spełnić rosnące oczekiwania fanów, i głosy zawodu po Evolve i Origins. Czy jednak powrót do korzeni się udał? Przecież wspomniałam, że album jest popowo-rockowy, a oczekiwania były właśnie co do mocniejszego grania. Zawsze staram się być daleka od oceniania i stawiania wyroków, o tym jak szkoda że “kiedyś to było a teraz to nie ma”. Przecież właśnie o to w tym wszystkim chodzi, żeby zachować różnorodność i rozwijać się, a nie przez lata stać w miejscu i bezpiecznie chować się w cieniu tego co się sprawdziło.

Mimo wszystko, są na płycie utwory których niestety nie mogę słuchać i zawsze je pomijam. Przepraszam – ale dla mnie zdecydowanie przesadzone jest Dull Knives, a już na pewno Giants. Rozumiem oczywiście chęć zaprezentowania możliwości wokalnych Dana i bardzo szanuję jego głos i umiejętności wokalne, ale tam już przesadzili. Te dwie piosenki to chyba najsłabsze punkty albumu – poza tym, jest to naprawdę dobry materiał i piosenki takie jak Lonely, Mondays, Easy Come Easy Go i wspomniane single to moje faworyty.

Moja ocena – 8/10