
fot. Materiały Własne
To był wyjątkowy wieczór w warszawskim Klubie Stodoła. Program koncertu dEUS objął dwa pierwsze albumy zespołu, dzięki czemu można było usłyszeć rzadziej wykonywane utwory z płyt Worst Case Scenario oraz In a Bar Under The Sea. Czyżby dEUS, sięgając po nieskrępowaną kreatywność swoich młodzieńczych lat, próbował w ten sposób nakreślić kierunek na przyszłość?
Sześć lat po trasie poświęconej ich znakomitemu The Ideal Crash, tym razem w centrum uwagi znalazły się dwa pierwsze albumy zespołu. Koncert oparty na tym materiale zapowiadał się więc jako podróż pełna szaleństwa – i być może przypomnienie, jak porywający potrafił być dEUS u swoich początków.
Punktualnie o 20:00 dEUS wyszedł na scenę. Nieobecny był Mauro Pawlowski – gitarzysta, który po powrocie na poprzednią trasę znów zniknął ze składu. Zastąpił go znakomity Simen Folstad Nilsen. Sekcję rytmiczną uzuełniają Alan Gevaert na basie i Stéphane Misseghers na perkusji, a Klaas Janzoons na skrzypcach miał tu szczególne pole do popisu – instrument ten odgrywał przecież kluczową rolę na dwóch pierwszych płytach zespołu. Na czele stoi oczywiście Tom Barman, który był w świetnej formie.
Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki Jigsaw You, błysk geniuszu dEUS był obecny od pierwszych sekund. Via i Morticiachair, choć były grane wcześniej częściej, to bezmiennie ulubione kawałki publiczności i esencja stylu zespołu: szorstkie gitary i intensywność bez chwili wytchnienia. Trudno się powstrzymać, by nie krzyknąć razem: „Drop the phone, take the plane and come back home again” – cóż za utwór! Dalej W.C.S. (First Draft) – z szalejącymi skrzypcami i wyraźnie pulsującym basem Alana Gevaerta – a potem mniej oczywiste fragmenty debiutu, które brzmią jak świeżo odkryte: szczególnie Let’s Get Lost i akustyczne Secret Hell.
Takie koncerty, oparte niemal w całości na jednym albumie, zwykle mają swoje słabsze momenty – zwłaszcza gdy materiał nie jest równy. Tu jednak bogactwo Worst Case Scenario pozwalało tego uniknąć, tym bardziej że dość nużące Divebomb Djingle zostało na szczęście pominięte. Sześciominutowe Hotellounge to kolejny punkt kulminacyjny – zrobił na mnie ogromne wrażenie. I tak skończyła się część poświęcona pierwszej płycie.
Zespół płynnie przeszedł do materiału z In a Bar, Under the Sea, choć tym razem nie usłyszeliśmy go w całości – wybrane utwory to przede wszystkim koncertowe klasyki dEUS. Ta płyta pozostaje jednak doskonałą syntezą ich melodyjnej wrażliwości, wzbogaconej o awangardowe pomysły, które wcale nie odbierają jej przystępności.
Tak jest choćby w Theme From Turnpike – utworze wykorzystującym samplowanie Charlesa Mingusa. Na żywo ponownie ociera się o różne gatunki: rozpada się w afrykańskie rytmy, by po chwili wrócić do motywu prowadzonego przez bas i gitarę. Imponujące. „Turnpike” to kwintesencja geniuszu zespołu rozpoznawalnego od pierwszych taktów, budującego swoje utwory na nieprawdopodobnych, a jednak w pełni własnych strukturach. A Shocking Lack Thereof, niewykonywany na żywo od 1999 roku, wrócił na tę trasę jako jeden z najbardziej charakterystycznych przykładów fascynacji zespołu twórczością Toma Waitsa. Z powodzeniem mógłby się znaleźć na Rain Dogs czy Bone Machine.

Na końcówkę nie mogło się obyć się bez Little Arithmetics, oraz tajemniczej wersji Fell Off the Floor, Man – od rapowanego początku po gitarowe eksplozje niczym z karabinu. Na sam koniec seta podstawowego powrót do Worst Case Scenario, by zakończyć koncert nieśmiertelnym Suds & Soda, pierwszym wielkim przebojem grupy. Stodoła eksplodowała już przy pierwszych dźwiękach skrzypiec Klaasa Janzoonsa. Bis był znakomitym podsumowaniem całego wieczoru: ukłon w stronę fanów w postaci Disappointed in the Sun oraz Roses, pojawiającego się niemal zawsze i zamykającego koncert hipnotyczną pętlą skrzypiec i przesterowanymi gitarami.
To był więc koncert inny niż zwykle – brak niektórych stałych punktów repertuaru zrekompensowały utwory rzadziej wykonywane, a równie mocne. dEUS udowodnił, że nawet formułę, która łatwo popada w nostalgię, można przekuć w coś żywego i oryginalnego. A na deser – zapowiedź nowego albumu oraz kolejnych koncertów w naszym kraju, o których ze sceny wspomniał Tom Barman. Wygląda na to, że to jeszcze nie koniec historii dEUS.