NewsroomWywiady

Daniel Godson w rozmowie z WLKM.pl: “A co, jeśli zakopałem talent?”

fot. Tomasz Jabłoński [Materiały prasowe]

Czy można mieć na koncie coraz więcej sukcesów, a jednocześnie wciąż zadawać sobie pytanie: „A co, jeśli zakopałem talent?” Daniel Godson udowadnia, że w muzyce jest miejsce nie tylko na ambicje, ale też na wątpliwości, naturalność i poszukiwanie własnej drogi. W rozmowie opowiada o debiutanckim albumie „Pytania”, trwającej trasie koncertowej, festiwalu ZORZA i nie tylko. Rozmawiamy również o fizycznych wydaniach płyt, które pozwalają wspierać artystów, oraz o tym, dlaczego czasem warto nie znać wszystkich odpowiedzi.

Na początku chciałabym się skupić na Twojej debiutanckiej płycie. Z perspektywy czasu, jakie to uczucie, gdy wreszcie trzymasz w rękach swój pierwszy album? 

Bardzo tego potrzebowałem. Mam wrażenie, że wydanie tego pierwszego albumu było dla mnie takim momentem, w którym mogłem postawić kropkę nad tym, co działo się wcześniej. Muzykę zacząłem tworzyć już jakiś czas temu. Najpierw były covery na TikToku, potem zacząłem tworzyć własne rzeczy – jeszcze wtedy bez Def Jamu. To wszystko trwało i wydaje mi się, że sam proces tworzenia i wypuszczania muzyki zajął około trzech lat. Czułem więc, że to już ten moment. Skończyłem wtedy liceum i byłem już dużo, dużo dalej. Potrzebowałem postawić tę kropkę, pójść dalej i zacząć dorosłe muzyczne życie.

Album nosi tytuł “Pytania”. Tworząc ten materiał, na pewno krążyło Ci po głowie wiele wspomnianych pytań. Czy po premierze masz poczucie, że na któreś z nich rzeczywiście znalazłeś odpowiedź czy wciąż pojawiają się nowe?

Tak, pojawia się bardzo dużo nowych pytań. Miałem już taki moment, kiedy po wydaniu albumu zacząłem tworzyć kolejne rzeczy i znowu w tych piosenkach pojawiało się ich sporo. Pomyślałem sobie: „No, może nie trzeba było wydawać tego albumu albo wypuszczę Pytania nr 2” (śmiech). Ale tak, tych pytań jest więcej – i wydaje mi się, że to dobrze. Ten album był dla mnie ważny, bo mogłem te pytania wyrzucić z siebie. Na część z nich nie znalazłem odpowiedzi, ale wydaje mi się, że na niektóre nawet nie potrzebowałem ich znajdować. Ten album był sposobem na wypuszczenie tego z siebie i pozwolenie sobie na to, żeby pójść dalej.

Gdybyś mógł zadać jedno pytanie osobie, która właśnie czyta ten wywiad, co by to było?

To byłoby pytanie, które cały czas sobie zadaję, czyli: „A co, jeśli zakopałem talent?”. To w sumie pierwsze pytanie z mojego albumu i zadałbym je każdemu czytelnikowi, bo ono pozwala trochę się zastanowić nad tym, czy robię to, co kocham i czy korzystam z talentu, który czuję, że dostałem. Czy go wykorzystuję, czy się nim dzielę i czy spełniam swoje marzenia – czasem szybciej, czasem wolniej.

Jestem ciekawa, czy teraz, kiedy masz na koncie już całkiem sporo osiągnięć, nadal się nad tym zastanawiasz. 

Pisząc ten numer, zacząłem podchodzić do tego poważnie i myśleć o tym, że chciałbym ten talent wykorzystywać. To jest tak naprawdę najwcześniej napisany numer na całym albumie, bo napisaliśmy go trzy lata temu. To była też moja pierwsza współpraca z Brianem Moo Latte. Wcześniej sam go wyprodukowałem, ale nie wiedziałem, jak go dokończyć, więc podesłałem mu go i razem nad nim popracowaliśmy. Ten numer bardzo długo leżał w szufladzie i teraz już widzę dlaczego. Po prostu był potrzebny jako intro do całego albumu, który opowiada tę historię. Wtedy zadawałem sobie to pytanie i teraz też, bo uważam, że pozwala nam się trochę zreflektować i sprawdzić, czy jesteśmy w dobrym miejscu, czy robimy to, co trzeba. Sam zadaję je sobie regularnie, mam wrażenie, że tak raz w tygodniu.

W tej piosence śpiewasz też o tym, że “miało być pięknie jak na Insta” i to bardzo fajnie koresponduje z akcją “Młodzi z Mocą”, w której bierzesz udział. Celem jest “odfiltrowanie rzeczywistości”. Myślisz, że to był zbieg okoliczności?

Kiedy pojawiła się akcja „Odfiltruj Rzeczywistość”, czułem, że jestem w dobrym miejscu i nie muszę się zmieniać ani niczego podkoloryzowywać, żeby dopasować się do tej kampanii. Po prostu będę robił to, co robiłem dotychczas. Numer, który wtedy powstał, czyli „Esmeralda”, napisałem i wyprodukowałem sam. To też pierwszy numer, który zrobiłem po wydaniu albumu, i czułem, że nadal robię to, co wcześniej. Dla mnie to było fajne, że nie musiałem się naginać, niczego kreować. Nad tematem social mediów zastanawiam się cały czas. Z jednej strony są fajnym narzędziem, a z drugiej nakładają nie tylko na artystów, ale na każdego człowieka presję związaną z wyidealizowanym obrazem, który tam widzimy.

Myślę, że kolejnym istotnym punktem Twojej muzycznej drogi była ZORZA. Odczułeś zmianę po tym, jak zostałeś okrzyknięty fenomenem? 

Mam wrażenie, że największa zmiana zaszła we mnie. Poczułem większą presję związaną z tym, co robię i dokąd zmierzam. Chciałbym, żeby to, co tworzę, było na odpowiednim poziomie. Mam poczucie, że wiąże się z tym odpowiedzialność i zaufanie, które zostały mi okazane po raz kolejny. Jeśli chodzi o to, co zmieniło się dookoła mnie, to na pewno dało mi to większy rozgłos. Nie chciałem też płynąć na fali jednego festiwalu, dlatego uznałem, że zrobię krok w tył i zaczniemy budować wszystko powoli. Zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi. Nie chciałem wejść za wysoko i za szybko, bo bez fundamentu łatwo stamtąd spaść.

Masz doświadczenie w koncertach klubowych i festiwalowych, a ZORZA otworzyła przed Tobą możliwość wystąpienia na stadionie narodowym. Jakie to uczucie, gdy stajesz przed tak tłumną publicznością?

Nawet ostatnio wstawiłem taką rolkę, że duże kluby i duże koncerty są super. Jest w nich energia, zarówno festiwalowa, jak i stadionowa, której nie da się podrobić. Tych ludzi jest tak dużo, że aż jesteś w szoku. Czasami widzisz tylko światła, bo jest już ciemno, a ludzie podczas jednej z piosenek wyciągają latarki. I wtedy dociera do Ciebie, ile osób zebrało się, żeby wspólnie przeżywać te emocje. Ale jednak w klubie czuję tę bliskość. Dla mnie na dużych koncertach istnieje pewna granica między artystą a słuchaczem, którą wyznaczają chociażby wielkość sceny i odległość publiczności od artysty. Na klubowych scenach widzisz tych ludzi, widzisz ich emocje i jesteś w stanie naprawdę przeżywać każdą jedną rzecz. Łatwiej też nawiązać z publicznością kontakt, porozmawiać czy wejść w jakieś interakcje. Tego też nie da się później podrobić na stadionach czy festiwalach, więc każda z tych formuł ma swoje plusy. Ja zdecydowanie jestem fanem tych spokojniejszych i mniejszych wydarzeń. 

Gdybyś miał jednym zdaniem opisać swoją twórczość osobom, które jeszcze Ciebie nie słyszały, to jak byś się zareklamował? 

Chyba powiedziałbym, że w mojej muzyce jest dużo czynnika naturalnego. Staram się, żeby moje teksty były ludzkie, żeby nie były wykreowane i pseudoartystyczne. Chciałbym, żeby opowiadały o tym, co faktycznie ja jako Daniel Godson przeżywałem zarówno w nastoletnich latach, jak i teraz, w moich latach dwudziestych. Chciałbym, żeby to było zwyczajne i naturalne, żeby każdy mógł się z tym utożsamić, posłuchać i pomyśleć: „Okej, to jest gość taki jak my”. No bo taki jestem.

Jestem ciekawa, jak wygląda Twój proces tworzenia. Co najbardziej Cię inspiruje? 

Najczęściej są to po prostu moje emocje. Najlepiej pisze mi się wtedy, kiedy coś przeżywam – czy to radość, smutek, czy nawet takie neutralne emocje, kiedy odczuwam obojętność. Mam wrażenie, że to właśnie najbardziej mnie inspiruje. Lubię usiąść i zastanowić się, na jakim etapie życia jestem. Czasami nawet nad tym, na jakim etapie jestem danego dnia i co chciałbym w tym uchwycić. Zastanawiam się, co jest w tym fajnego, co mnie przeraża, nad czym chciałbym popracować. Próbując złapać te realia, które mnie otaczają, tworzę i zaczynam pisać. Często też same instrumenty i muzyka wyciągają ze mnie emocje. Zaczynam grać i nagle pojawiają się słowa, które od razu zapisuję. Koniec końców często już ich nie zmieniam – zostaje taki tekst, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy.

Jak wyobrażasz sobie swoją karierę za powiedzmy 5 lat? Masz jakieś marzenia, które chciałbyś spełnić albo wizję tego, co mogłoby Cię wtedy czekać?

Mam jedno marzenie, które towarzyszy mi muzycznie od samego początku. Chciałbym dojść do takiego momentu, w którym tworzenie nie będzie zamknięte w ramach presji – czy to  zarabiania, wydawania albumów czy tego, że coś musi się wydarzyć. Chciałbym dojść do momentu, w którym to tworzenie będzie wolne od jakichkolwiek zmartwień, móc po prostu siadać i tworzyć. Jeśli album będzie powstawał przez pięć lat, ale okaże się, że po tym czasie efekt końcowy jest dokładnie taki, jaki powinien być, to chciałbym móc sobie na to pozwolić. A jeśli album powstanie w rok czy nawet pół roku, to też chciałbym móc go wtedy wydać. Chodzi mi o to, żeby pozwolić sobie na ludzką naturalność, bez presji, że coś musi powstać szybko, musi być nośne i dobrze się sprzedać. Chciałbym tworzyć bez żadnej presji i robić to tak długo, jak będę żył i przeżywał różne rzeczy.

To piękne, trzymam kciuki! Trochę zmierzając też do końca, chciałabym się skupić na idei przyświecającej naszej redakcji. Jesteśmy trochę oldschoolowi i w czasach, w których rządzą serwisy streamingowe, wciąż zachęcamy do kupowania fizycznych nośników muzyki. Wierzymy, że to dobra forma wspierania artystów. A Ty, jako artysta, co uważasz na ten temat?

Pamiętam, że jeszcze zanim zacząłem tworzyć muzykę, kupiłem sobie pierwsze trzy CD-ki. Pierwszym z nich był „Kryzys wieku wczesnego” Kacperczyków, więc dosyć późno zacząłem je zbierać. Dla mnie to była forma wspierania artysty. Miałem tę płytę w rękach i wiedziałem, że kupiłem ją dlatego, że słucham i lubię tych artystów. Nie chciałem być tylko jedną z miliona osób słuchających ich muzyki na streamingach, ale poszedłem o krok dalej. Podobnie traktuję chodzenie na koncerty. Dla mnie to ma podobną wartość, a zwłaszcza jeśli chodzi o winyle, które nie należą do najtańszych. Jeśli mogę sobie pozwolić na to, żeby wesprzeć ulubionego artystę, to uważam, że warto to robić. To jest ważne, bo buduje w artyście poczucie, że ludzie naprawdę chcą go wspierać. Teraz sam widzę, że pojawiają się informacje o tym, ile winyli czy CD się sprzedało, a także ile płyt sprzedaje się na trasie. To daje mi ogromnego kopa, bo widzę, że słuchacze nie tylko puszczają sobie jedną czy dwie piosenki na Spotify – bo akurat im się spodobały – ale dają się przekonać do całej mojej twórczości. Muszę też szczerze przyznać, że ostatnio zacząłem częściej słuchać winyli i porównywać ich brzmienie ze streamingami. I faktycznie brzmią dużo lepiej! Na winylach nie ma takiej “chamskiej” kompresji, która pojawia się w streamingu. Wszystko jest żywe, oddychające i ma trochę większą głębię, ale to już bardziej techniczna kwestia.