
fot. Materiały Redakcyjne
Na jego wejście trzeba było chwilę poczekać. Gdy zegar zbliżał się do drugiej w nocy, a warszawskie Oczki były już wypełnione po brzegi, było jasne, że to tylko kwestia momentu. Rozgrzany do granic możliwości tłum – po długim, intensywnym supporcie – czekał na jedno nazwisko. I kiedy Ely Oaks pojawił się za konsolą, energia w klubie momentalnie znalazła ujście.
Od pierwszych minut setu było wiadomo, że nie będzie to spokojny set. Austriacki DJ wszedł mocno, grając od razu swoje popisowe kawałki. „Breaking Dishes” okazało się jednym z tych momentów, kiedy tłum wyraźnie przyspieszył, Pojawiły się też dobrze znane „Borderline” czy „Heads Will Roll”, które naturalnie wpisały się w klubowy charakter wieczoru. Set był naprawdę doskonały dla fanów muzyki elektronicznej.
Artysta miał naprawdę dobry kontakt z publicznością. Choć w całości setu pozostał na scenie to zdecydowanie miał kontakt z publiką, łącznie z nagrywaniem ze swojej perspektywy z telefonów osób pod DJ-ką.
Ciekawym ruchem było wplecenie polskich akcentów. „Fantazja” od Miu i Pezeta czy „BFF” Young Leosi i Bambi zadziałały jak świadomy ukłon w stronę lokalnej publiki – i spotkały się z natychmiastową reakcją.
Finał przyniósł coś więcej niż tylko domknięcie setu. Ely Oaks zakończył występ remiksem „Impossible” Jamesa Arthura – numerem, który dopiero dziś doczekał się swojej oficjalnej premiery. Artysta wyszedł wtedy przed DJ-kę i wyraźnie świetnie się bawił.
Pod względem produkcyjnym wszystko pozostało raczej standardowe dla klubu. Światło, przestrzeń i dźwięk – bez nadmiaru efektów, bez zbędnych dodatków. Całość opierała się na muzyce i relacji z parkietem. A ta działała bez zarzutu.
To był jeden z tych wieczorów, kiedy DJ i publiczność grają do tej samej bramki. I trudno było wskazać, kto bawił się lepiej.