
fot. Jakub Ziółek
W ostatnią środę Sarsa zaprosiła słuchaczy na wieczór filmowy. Koncert w ramach trasy „Miało być jak w filmie” był podsumowaniem 10-letniej drogi muzycznej artystki, ale także spotkaniem z najnowszym albumem po raz pierwszy w wersji na żywo. Na scenie do wokalistki dołączyli: Adam Świerczyński na basie, Paweł Smakulski na gitarze, Aga Bigaj na klawiszach i Wiktoria Bialic na bębnach.
Koncert rozpoczął się od dźwięków jednego z singli „Puch”, jednak szybko okazało się, że wieczór będzie sentymentalną podróżą przez wszystkie albumy Sarsy, a nie jedynie występem promującym najnowsze wydawnictwo. Wybrzmiało dobrze znane „Tęskno Mi” oraz „Zakryj” pochodzące z trzeciej płyty artystki „Zakryj”, wyśpiewane wspólnie z fanami artystki jednak szybko nastąpił powrót do nowego albumu. Do wspólnego wykonania piosenki „Jupiter” Sarsa zaprosiła Marka Dyjaka, który dopełnił utwór swoim ciężkim głosem.
Z najnowszej płyty wybrzmiało również singlowe „Echo”, „Kiedy jej powiesz” i „Awantury”, które artystka zadedykowała swojemu partnerowi, również obecnemu na scenie, a także „Pozytywka”, zaśpiewana z Michałem Wiraszko, współtwórcą tekstu utworu, który uświetnił występ historią o genezie powstania piosenki. Przed wykonaniem piosenki „Wesoły diabeł” Sarsa wyznała, że jej marzeniem od zawsze było zaśpiewanie „pośród fanów” i że nigdy nie widziała swojego koncertu z perspektywy publiczności. Poprosiła publikę o rozstąpienie się i włączenie latarek, tak by mogła zaśpiewać otoczona z każdej strony przez słuchaczy, co stworzyło niesamowicie intymną atmosferę i doprowadziło piosenkarkę do łez.
Na setliście koncertu pojawiły się tylko dwie pozycje z mojej ulubionej płyty Sarsy „*jestem marta” – „balet” w oryginalnej wersji z udziałem Zdechłego Osy oraz mój faworyt z albumu „jaśmin” w parze z jeszcze bardziej podkręconym w wersji na żywo, świetnym outrem. Podobnie jak w przypadku mojego poprzedniego koncertu Sarsy, był to mój ulubiony moment wieczoru. Zdziwiła mnie zatem tak mała reprezentacja tej ery twórczości artystki podczas warszawskiego występu – wydaje się, że był to najbardziej przełomowy i najszczerszy etap w jej karierze, uwielbiany zresztą przez fanów. Zabrakło mi takich utworów jak chociażby „zuch dziewczyna” czy „jprdl” nagrane z Piotrem Roguckim, które w mojej opinii bardzo dobrze wpasowałyby się w klimat koncertu.
Chyba najważniejszym momentem wieczoru było wręczenie przez jej przyjaciela kwiatów i plakatu pamiątkowego, co pociągnęło za sobą falę wspomnień i widocznie wzruszyło artystkę. Na zakończenie występu ku mojemu zaskoczeniu Sarsa postanowiła wykonać cover „I love it” autorstwa Charli XCX. Nie mogło zabraknąć także „Bronię się”, stanowiącego jedyny akcent z albumu „Pióropusze” i zaśpiewanego wspólnie z fanami. Zdziwiło mnie natomiast zakończenie wieczoru zaśpiewaniem „Naucz mnie”, przeboju sprzed lat, który otworzył Sarsie drzwi do kariery i był pierwszym diamentowym singlem w Polsce.