NewsroomRelacje

Tanecznie i Rockowo: Relacja z koncertu Primal Scream

Fot. Materiały Własne

Szkocka grupa Primal Scream wystąpiła 13 czerwca w warszawskim klubie Stodoła. Zespół powrócił do naszego kraju po sześciu latach przerwy, gdy w warszawskim Palladium grupa zaprezentowała materiał „Maximum Rock `n’ Roll„, czyli Greatest Hits. Tym razem Bobby Gillespie wraz z zespołem promowali wydany w ubiegłym roku, ósmy już album „Come Ahead

Grupa Primal Scream od ponad 30 lat sukcesywnie porusza się po różnych gatunkach muzycznych takich jak rock, psychodelia, pop, rave, czy industrial. Koncert był częścią trasy promującej nowy album grupy kierowanej przez Bobby’ego Gillepsiego zatytułowanej “Come Ahead”. Oprócz materiału z tej płyty zgromadzeni fani w Warszawie mieli okazję wysłuchać największych szlagierów tego legendarnego zespołu. Jednak zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, w roli supportu wystąpił zespół VLURE. Był to drugi koncert Szkotów w Polsce, mieli okazję zaprezentować się już polskiej publiczności w ramach OFF Festival w 2023 roku. Jak można scharakteryzować ten 30-minutowy show? Dance punk w elektronicznym klimacie. Wokalista Hamish Hutcheson, ubrany w biały podkoszulek robił wszystko, by rozgrzać widownię, pod koniec koncertu nawet zszedł do publiki. Muzycznie czuć było echa Faithless czy Kasabian.

VLURE, Fot. Materiały Własne

Wokalista Primal Scream Bobby Gillespie, wręcz urodził się frontmanem, jak zwykle wchodząc na scenę przy rytmach “Don’t Fight It, Feel It”, natychmiast wprowadził Stodołę w imprezowy nastrój. Ubrany w klasyczny garnitur, przypominał trochę Micka Jaggera czy Iggy’ego Popa. Nastęnie wraz z licznym zesołem usłyszeliśmy “Love Insurrection”, czyli drugi utwór z nowego krążka, co ciekawe, przypominające “Miss You” The Rolling Stones. Stały punkt koncertów to rockowy strzał w postaci “Jailbird”, tutaj umiejętności pokazał gitarzysta Andrew Innes. Z nowej płyty bardzo dobrze wypadły kapitalne “Ready To Come Home”, taneczne “Innocent Money”, czy “Heal Yourself” W sumie zespół postanowił zagrać osiem nowych kompozycji. Jednak w secie podstawowym najżywsze reakcje wywołały stare, sprawdzone przeboje. Imprezowe “Medication”, z płyty Vanishing Point czy nieco kołyszące “I’m Losing More Than I’ll Ever Have”. Końcówka pierwszej części koncertu to już same szlagiery. Wspaniałe “Loaded” i obłędne “Movin’ on Up” z legendarnego albumu Screamadelica. Oprócz tego wciąż wgniatające na żywo psychodeliczne “Swastika Eyes” oraz kończące set podstawowy rock and rollowe “Country Girl”. Bobby Gillespie był bardzo kontaktowy, żartował z fanami i był dużo bardziej kontaktowy niż sześć lat temu.

Fot. Materiały Własne

Na bis zagrany został “Melancholy Man” oraz kolejny sztandarowy utwór ze Screamadelici, “Come Together”. Na wielki finał grupa przygotowała klasyczny, stonesowy strzał w postaci “Rocks”. To były bardzo dobre dwie godziny. Alex White, grający na saksofonie. Do tego dwie chórzystki: Martha Evans i Rosalyn Adonteng. Wraz ze stałymi członkami zespołu, na scenie było aż 8 osób. Na takie koncerty aż się chce chodzić. Mimo zaskakująco niskiej frekwencji muzycy dali z siebie wszystko, co najlepsze.

Fot. Materiały Własne