NewsroomRelacje

Obywatelka K. L. odwiedziła poznański klub Tama!

Kasia Lins w listopadzie ubiegłego roku wydała album wyjątkowy na tle swojej dotychczasowej twórczości. Tym razem sięgnęła po utwory Grzegorza Ciechowskiego, nadając im nowy, kobiecy kontekst i świeże znaczenia. Obecnie promuje to wydawnictwo trasą koncertową, a w ubiegłą niedzielę zagrała wyprzedany koncert w poznańskiej Tamie.

Koncert od pierwszych chwil wciągał w intymną, emocjonalną atmosferę. Rozpoczął się utworem Tak długo czekam – Ciało, ale jeszcze zanim artystka pojawiła się na scenie, usłyszeliśmy archiwalne wypowiedzi Ciechowskiego. Oświetlony mikrofon i gra świateł budowały napięcie już od samego początku. Poczułam, że wydarza się coś wyjątkowego.

W tym napięciu pierwszych chwil koncertu wybrzmiało Przyznaję się do winy, w którym artystka pokazała pełnię ekspresji i płynnie przechodziła od subtelnych fraz do takich niemal wykrzyczanych. Wszystko było bardzo spójne, także pod względem ruchu scenicznego, który idealnie współgrał z dźwiękiem i światłem. Każdy kolejny utwór pogłębiał emocje. Dla części publiczności było to zapewne sentymentalne zanurzenie się w twórczość Ciechowskiego. Dla innych, w tym dla mnie, przede wszystkim doświadczenie interpretacji Lins i jej zespołu. Zespół sprawiał wrażenie bardzo zgranego, jak jeden organizm, a jednocześnie każdy członek – obywatelka i obywatel sceny – wnosił coś unikalnego od siebie.

Podczas koncertu nie zabrakło żadnego utworu z płyty, a pojawiły się też momenty zaskoczenia. Przy Zasypiasz sama Kasia zeszła ze sceny, przeszła przez tłum aż na drugi koniec sali i… zatańczyła na barze. Jak sama przyznała, była to spontaniczna decyzja. Ten moment pokazał, że mimo dopracowanej formy koncert wciąż ma w sobie przestrzeń na luz i improwizację. Wśród najmocniejszych punktów wieczoru znalazła się też Sexy Doll – w nowej aranżacji jeszcze bardziej intymna, zmysłowa i niepokojąca. Interpretacja Lins wydobyła z utworu nowe znaczenia, nadając mu wyraźnie kobiecą perspektywę. Z kolei Ani ja, ani Ty przyniosło chwilę wyciszenia, choć wciąż pełną napięcia.

Najmocniej zapadła mi w pamięć Moja krew, która wybrzmiała jak pełnoprawny manifest. Powtarzane słowa „Moja krew, Twoja też i Wasza też”, w połączeniu z czerwonym światłem i ekspresją artystki, stworzyły jeden z najbardziej nasyconych momentów wieczoru. Chwile ciszy między utworami były równie magiczne, a następnie energia publiczności eksplodowała przy dynamicznej Śmierci w bikini, która porwała wszystkich do wspólnego śpiewu. Koncert zakończył się aż dwoma bisami, a na sam finał wybrzmiała Trucizna z poprzedniego albumu artystki. Publiczność była wyraźnie spragniona tego utworu i śpiewała go bardzo głośno.

Kasia podczas koncertu nie mówiła zbyt wiele, ale mogliśmy doświadczyć jej nietuzinkowego poczucia humoru, charyzmy, a przede wszystkim wielkiej wdzięczności, do ludzi, którzy przyszli na koncert. Mówiła o tym, że jeszcze nie tak dawno było to dla niej nie do pomyślenia, że będzie grała trasę w tak sporych klubach i że będą one wyprzedane.

Ja jestem po prostu pod ogromnym wrażeniem tego koncertu i wyjątkowo mocno czuję, że żadne słowa nie są w stanie go opisać. Mogę Was tylko zachęcić do pójścia na któryś z (jeszcze) niewyprzedanych koncertów. Ten wieczór dał mi też inne odczucia niż przedpremierowy koncert w Toruniu, który był siedzący. Jednak jestem zdecydowanie większą fanką stojących występów, publiczność jest wtedy zawsze bardziej zaangażowana i energia łatwiej się wymienia. Jednak czy na siedząco, czy na stojąco, już nie mogę się doczekać, kiedy przeżyję to następny raz!