
Fot. Wiktoria Maziarczyk
Maks Tachasiuk to debiutant, który w błyskawicznym tempie podbija rynek muzyczny. Przy okazji dzisiejszej premiery singla pt. „Firdygałki” mieliśmy okazję nieco porozmawiać o jego twórczości i nie tylko. Opowiedział o łączeniu studiów prawniczych z karierą artysty, pierwszych doświadczeniach scenicznych i inspiracjach, które prowadzą go do tworzenia muzyki pełnej szczerości i emocji. Zachęcam do przeczytania i posłuchania premierowej piosenki!
Na początku chciałabym powiedzieć, że jesteśmy, a raczej byliśmy prawie sąsiadami. Pochodzę z miejscowości tuż obok Chojnic, z Franku.
Nigdy tam nie byłem, w sensie tak, żeby się tam zatrzymać, ale wielokrotnie przez niego przejeżdżałem! Do pewnego momentu kojarzyłem to miejsce z “Frankenstein’em”, ale już od 2018 roku kojarzy mi się z piosenką “Frank” The Dumplings.
To ciekawe! Ja zawsze mówię “Frank” jak Frank Sinatra (śmiech). Zatrzymując się jeszcze przy Chojnicach, powiedz jak stawiałeś swoje pierwsze muzyczne kroki.
Muzyka była obecna w moim życiu od dziecka. Mam dużo starsze rodzeństwo – brat starszy o 11 lat, siostra o 10 – więc siłą rzeczy oni czegoś tam sobie słuchali, a ja byłem ciekawy czego. Mój brat Błażej też przez jakiś czas uczęszczał na zajęcia fortepianu w ognisku muzycznym, więc mieliśmy w domu instrument. To nie było pianino ani fortepian, a keyboard Casio, a ja zawsze wykazywałem zaciekawienie nim. Jako pięciolatek, może sześciolatek, lubiłem tę kakofonię, którą mogłem z niego wydobywać. I wtedy rodzice stwierdzili, że może to jest dobry pomysł, żeby mnie też posłać na zajęcia. No i tak to się zaczęło. Później poprosiłem rodziców żeby zapisali mnie jeszcze na gitarę. Stwierdzili, że tak, ale już nie do ogniska muzycznego, lecz do pełnej szkoły muzycznej, z zajęciami teoretycznymi, kształceniem słuchu i tym podobnymi. Gdzieś po drodze złapałem bakcyla do produkcji muzycznej.
Sam tworzysz muzykę i teksty, zajmujesz się też produkcją. Zastanawiam się, która z tych części daje Ci największą satysfakcję. Czy to jest któryś z etapów tworzenia? A może występowanie na żywo?
Akt twórczy jest dla mnie super przyjemny, szczególnie wtedy, gdy nie mam nad sobą żadnego deadline’u. To jest największa chwila wolności, gdy jeszcze nikt o nim nie wie. Wtedy siedzę i sobie dłubię. W kwietniu zaczęliśmy grać koncerty i nie będę ukrywał – miałem przeczucie, że to jest super (śmiech). Spodziewałem się tego, bo sam lubię chodzić na koncerty. Zawsze chciałem grać na żywo i w kwietniu, na Next Feście, spełniło się to, o czym myślałem. Na szczęście jest całkiem sporo ludzi, którzy z tym rezonują, czasami znają teksty, mimo że nie mamy jeszcze aż tak dużo wydanego repertuaru. Na każdym koncercie gramy coś, co jeszcze jest niewydane – na początku było tego więcej. Teraz staramy się zagrać minimum dwie, trzy piosenki spoza Spotify. I to jest super uczucie: patrzeć jak ludzie słyszą piosenkę od 40 sekund, a nagle ich to chwyta i zaczyna z nimi rezonować. Koncerty wydobywają ze mnie tę bardziej ekstrawertyczną stronę, bo tam to jest po prostu uzasadnione (śmiech). Gram koncert, więc skupienie uwagi na mnie nie jest nagle niezręczne. A siedzenie w domu zaspokaja mój wrodzony i częściej obecny introwertyzm. Siedzę sam, jest mi przyjemnie, mam kawkę i coś tam sobie piszę.
Byłam na Twoim koncercie w Starym Maneżu – nie mieliśmy wtedy okazji porozmawiać, ale chciałabym powiedzieć, że to był świetny koncert. Było dużo ludzi i naprawdę dobrze się bawili. A Ty, jak wspominasz ten występ?
Było to duże wyzwanie, głównie ze względu na długość seta. Wcześniej graliśmy na Letnich Brzmieniach. Tam mieliśmy 25 minut, a może nawet krócej i wcisnęliśmy ledwo 5 piosenek. I nagle niecałe 2 tygodnie później trzeba było zagrać godzinnego seta. Teraz im dłuższy set, tym więcej mam frajdy, można zaprezentować nowy materiał – i to jest super. Mam też szacunek do tego miejsca. Byłem tam wielokrotnie: na Kaśce Sochackiej, na Fiszu… i nagle stoję w tym miejscu. Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do tego, że to jest scena, na której ktoś kiedyś stał – to przecież tylko płyta w podłodze i nie ma żadnych magicznych właściwości (śmiech). Ale myślę, że widownia, która tam regularnie przychodzi, ma jakieś konkretne oczekiwania wobec artystów. Kiedy ja tam przychodzę, też się czegoś spodziewam i jestem do czegoś przyzwyczajony. Czułem presję, żeby nie zawieść tych ludzi. Starałem się dać z siebie wszystko, bo chłopakom ufam – Artur i Kajtek grają jak wściekli – ale sam bardzo nie chciałem dać plamy (śmiech). Mam nadzieję, że się udało.
Zdecydowanie! Wystąpiłeś na paru festiwalach w tym sezonie: Letnie Brzmienia, Męskie Granie, Bittersweet, ale też w międzyczasie były Debiuty w Opolu, RADAR Spotify i sporo innych sukcesów. Któreś z tych wydarzeń postrzegasz jako wyjątkowe i przełomowe?
Tak naprawdę dopiero kilka miesięcy temu rozpocząłem swoją przygodę z muzyką bardziej na poważnie i muszę przyznać – , że każde z tych wydarzeń jest wyjątkowe . Wszystkie są jakimś rodzajem nowości: koncert w Starym Maneżu to był nasz pierwszy godzinny set, NEXT FEST to było dosłownie pierwsze wyjście do ludzi z muzyką na żywo – wtedy w niecały miesiąc skleiliśmy zespół i przygotowaliśmy repertuar. Opole to
pierwszy występ telewizyjny – i to w Amfiteatrze! Dobra, może jednak trochę przywiązuję się do miejsc (śmiech), ale to akurat jest legendarne miejsce. Wielokrotnie oglądałem ten festiwal w domu z rodzicami i chyba do samego wyjścia na scenę do mnie nie dotarło, że teraz sam jestem jego częścią. Tam unosił się duch czegoś większego. RADAR to z kolei bardzo duże zaufanie od Spotify i ogromny zaszczyt dla mnie. Przede wszystkim to realne wparcie dla mnie jako debiutującego artysty. Jakbym miał wskazać jedno uczucie związane z tym wszystkim to byłoby to pozytywne przytłoczenie. Nie chcę, żeby to negatywnie zabrzmiało, to jest w stu procentach pozytywne poczucie, tylko tego jest tak dużo, że czasem nawet nie wiem, co powiedzieć. Wiadomo, że zawsze powiem: “dziękuję, miło mi”, ale czasem mam takie wrażenie, jakby te słowa to było za mało. Po każdym z tych wydarzeń czułem ogromną wdzięczność.
Niech to trwa jak najdłużej! Jestem ciekawa, co Cię inspiruje do tworzenia. Po prostu siadasz sobie i nagle przechodzi wena? Czy planujesz, że chcesz coś napisać?
W życiu miałem może jeden taki moment, kiedy faktycznie planowałem sobie, że chcę coś napisać – i udało się to. To była chyba pierwsza zwrotka „Psów”, bo pisałem tak trochę dziwnie: najpierw refren, potem obudowałem cały koncept tej piosenki, a dopiero potem powstała druga zwrotka. Na początku nie wiedziałem, jak to zacząć, ale wiedziałem, jak chcę to później kontynuować. Zacząłem trochę od środka. Przyjąłem domorosłą metodę – zacząłem wypisywać hasła, które kojarzą mi się z piosenką, jak mapę myśli. Nigdy nie robiłem takich rzeczy, nawet w szkole czy na studiach. Wpadłem na sporo słów, których wcześniej nie miałem w głowie, a które dobrze oddawały uczucie, bo zazwyczaj wszystko zaczyna się od uczucia. Ostatnio myślałem o tym, że lubię móc opisać piosenki w mojej głowie. Lubię mieć poczucie, że gdyby ktoś mnie zapytał, potrafiłbym opisać każdą z nich jednym słowem, zdaniem albo konceptem. „Psy” to mini spowiedź i przyznanie się do błędu. „Ślady” są o moim delikatnym lęku społecznym, który czasami się uaktywnia, a „Bez” jest o lęku przed przemijaniem.
Mógłbyś w taki sposób spróbować opisać “Firdygałki”?
W przypadku „Firdygałek” mam bardzo konkretne uczucie – przytłoczenie. Dzielę sobie tę piosenkę na dwie warstwy – kompozycyjną i tekstową. Generalnie utwór skupia się na poczuciu przytłoczenia ogromem świata, a właściwie wszechświata. To takie poczucie bycia niewielkim, nieznaczącym, podatnym na bodźce. Kojarzy mi się to trochę z filmami, gdzie pokazują się fraktale matematyczne – trójkąt, co się składa z trójkątów i cały czas przybliża ekran i znowu pojawia się trójkąt. Piosenka kompozycyjnie jest troszkę surowa, elektroniczna. Perkusja jest samplowana, syntezatory trochę zimne, a gdy wchodzi refren, są gitary i chórki. I to jest taki ciepły element dla mnie, bo wtedy tak trochę się zdradzam, co jest tym elementem, który mnie trzyma na powierzchni – i to jest chyba miłość.
Zastanawiam się, jaka jest geneza tytułu “Firdygałki”.
To nie jest prawdziwe słowo. W sensie, tytuł mojej piosenki to „Firdygałki”, a prawidłowe brzmienie to „Fidrygałki”. Rozmawiałem nawet z moją siostrą, która jest polonistką. Powiedziałem jej: „Chcę to jakoś usprawiedliwić. Czy to według Ciebie dziwne, czy jako artysta mam prawo zamienić te dwie literki?”. I stwierdziła, że spoko. . Teraz to już trochę moje własne słowo ale o zmodyfikowanej pisowni i poszerzonym znaczeniu.To są rzeczy błahe, codzienne, zwykle, ludzkie, ale nadające życiu sens i poczucie spokoju. Niezauważalne i nieoczywiste na co dzień, ale pozwalające odganiać złe emocje
Starałem się oddać to na zasadzie kontrastu – śpiewam o kosmosie, o przytłoczeniu i poczuciu niewielkości, a w refrenie pojawia się miłość, ukazana jako kotwica, która trzyma mnie w tym wszystkim.
Gdybyś miał wybrać jedną swoją piosenkę, która najlepiej Cię definiuje – która by to była?
To ciekawe, bo wszystkie są o częściach mnie, ale żadna nie jest o mnie całościowo. Kiedyś spojrzałem na to od strony procesu twórczego i zauważyłem, że nigdy nie pisałem ich po kolei, z zamysłem, żeby tworzyły jedną nitkę. Dopiero, gdy napisałem kilka, zorientowałem się, że taka nitka jednak istnieje i je wszystkie łączy. Tą nitką jest to, że w każdej piosence zamknięta jest jakaś mała część mnie – wycinek, ale bardzo istotny.
Do tej pory w ludziach chyba najbardziej zostały „Psy”. Mój ulubiony był „Bez” przez długi czas – może też dlatego, że ze wszystkich utworów on faktycznie opisuje coś, co miało miejsce na dłuższym odcinku mojego życia. Ten lęk przed przemijaniem to było coś, co naprawdę spędzało mi sen z powiek przez jakiś rok, może dwa. W pewnym momencie było też przyczyną blokady twórczej. Choć mam nadzieję, że jeszcze nie napisałem takiej piosenki (śmiech).
Wszystko przed Tobą!
Kendrick kiedyś dostał takie pytanie: jaka jest Twoja najlepsza zwrotka? Odpowiedział, że ma nadzieję, że jeszcze jej nie napisał. Nie chcę się porównywać, ale może to jest dobra odpowiedź (śmiech).
Jak wyobrażasz sobie swoją karierę muzyczną za powiedzmy 5 lat? Masz określone cele, do których chcesz dążyć? Albo marzenia?
Mery Spolsky w piosence “Polskie Chłopaki” wymienia polskich chłopaków z przemysłu muzycznego – i jeżeli kiedyś napisze “Polskie Chłopaki 2” to ja chciałbym być uwzględniony. To za pięć lat myślę realistyczny cel (śmiech). Zobaczymy. A tak zupełnie serio to ja tak daleko nie potrafię patrzeć. Wolę dać się zaskoczyć niż oczekiwać określonych rzeczy. Zazwyczaj jak czegoś oczekuję to chyba głównie tworzę miejsce na rozczarowanie. Więc nie mam dalekosiężnych planów. A w przyszłym roku chciałbym być już po płycie i pojechać w trasę koncertową.
Mam nadzieję, że Mery Spolsky będzie kiedyś to czytała i tak się stanie! Muzykę łączysz ze studiowaniem prawa, co jest na pewno czasochłonne. Zastanawiam się, jak dajesz radę to łączyć.
Najprostsza odpowiedź to to, że nie daję (śmiech). Skłamałbym, gdybym powiedział, że jestem wybitnym studentem, bo nie jestem absolutnie. Prawo wydawało się być rozsądnym wyborem i pewnym zawodem, a muzyka na większą skalę pojawiła się troszkę później.
Czy jest coś takiego, co daje Ci muzyka, a czego nie daje Ci studiowanie prawa? Albo odwrotnie?
W liceum byłem pewien, że muszę wylądować na kierunku humanistycznym, głównie przez moje podejście do przedmiotów ścisłych. Nie jestem w nich fatalny – mam umiejętność logicznego myślenia, kiedyś nawet układałem kostkę Rubika na czas. Lubiłem też matematykę do pewnego momentu. Do dziś zdarza mi się zatrzymać przy jakimś zadaniu matematycznym, które przewija się na Facebooku, i rozwiązać je for fun (śmiech).
Zawsze lubiłem pisać. W gimnazjum, gdy mieliśmy rozprawki czy opowiadania do napisania na polskim, zawsze mega się cieszyłem. I stwierdziłem, że wybiorę coś, co potem ma najwyższy poziom możliwości zastosowania w praktyce – i to było prawo.
Śmiesznie było, gdy te dwa światy zaczęły się ze sobą mieszać. Przez bardzo długi czas byłem anonimowy z tym, że jestem muzykiem. Nie jestem też szczególnie charyzmatyczny na co dzień. Nie mam super wielkiego grona na studiach, więc nie miałem za bardzo, z kim się tym dzielić. No i kiedy “Psy” zrobiły pewne boom, czyli po prostu odzew zaczął być minimalnie szerszy to pochwaliłem się tym na swoich prywatnych socialach. Mieliśmy już wtedy profesjonalne profile, ale stwierdziłem, że tę pierwszą oficjalną premierę wrzucę też u siebie, dla znajomych. Ludzie zaczęli się o tym dowiadywać i podchodzili do mnie na uczelni – zarówno z bliższego, jak i z dalszego grona. Gratulowali mi muzyki, a dla mnie było to strasznie niezręczne. Miałem wrażenie, jakby ktoś odkrył mój wielki sekret (śmiech). Na co dzień wszyscy skupiali się na prawie zobowiązań czy kodeksie postępowania karnego, a ja nikomu nie zawracałem głowy. I nagle ktoś wyciągnął temat muzyki. Oczywiście, było to bardzo miłe, ale jednocześnie zupełnie wyjście ze strefy komfortu. Podczas Opola dostałem od nich też ogromne wsparcie. Mamy dużą grupę roku, podzieloną na osiem mniejszych podgrup. W mojej ludzie wysyłali screeny i wiadomości z gratulacjami. Miałem wtedy wyłączony telefon, a gdy go włączyłem, zobaczyłem mnóstwo wiadomości pełnych ciepłych słów. Pomyślałem: „Jezu, ale mi miło”.
Zapytałam o studiowanie prawa nieprzypadkowo, ponieważ nasz portal nazywa się Wspieramy Legalne Kupowanie Muzyki. I tak naprawdę w dobie serwisów streamingowych nikt już nie słucha nielegalnie, ale my jesteśmy trochę oldschoolowi i zachęcamy do kupowania fizycznych nośników. Naszym zdaniem to nadal dobra droga do wspierania artystów. Jak patrzysz na to z perspektywy i studenta prawa, i artysty?
Jestem wychowany na polskim hip-hopie, to społeczność, która mnie ukształtowała. Nie siedzę w tym aż tak głęboko, ale byłem mocno zasłuchany w niektórych płytach – może nie w setkach, ale kilkudziesięciu – takich artystów jak Taco, Fisz, Quebonafide, Ostry, Łona czy Paktofonika. Uwielbiałem mieć te płyty w wydaniu fizycznym. Większość wydań Taco posiadam w całości. Podobnie jest z Quebonafide – mam chyba trzy jego płyty. Miałem też wieżę, którą dostałem na komunię. Stała długo nieużywana, a później nagle okazało się, że mogę z niej korzystać – to był świetny sposób, żeby odsłuchać wszystkie fizyczne płyty i znaleźć dla nich miejsce. Kupowałem również płyty Adiego Nowaka i Ostrego, zawsze świetnie wydane, z bookletami i tekstami. Uwielbiałem je czytać. Reedycja „Trójkąta Warszawskiego”, w której były krótkie historyjki o piosenkach, też była super sprawą. Zawsze jako słuchacz ceniłem to, że dostaję coś więcej. Do dziś bardzo lubię być posiadaczem fizycznych wydań. Teraz patrzę w stronę półeczki z winylami – jakiś czas temu kupiłem gramofon i przerzuciłem się na winyle bezpowrotnie. Akurat w tym okresie zepsuła się moja wieża, więc płyty CD się zdezaktualizowały, a winyle zaczęły u mnie rządzić. Mam ich już całkiem sporo. To zupełnie inny sposób słuchania niż Spotify. Można mówić o jakości dźwięku, ale dla mnie najważniejsze jest to, że jak puszczę płytę, to przynajmniej jedną stronę winyla muszę przesłuchać. To zupełnie co innego niż włączenie pojedynczej piosenki w streamingu. Oczywiście też tak robię, mam mnóstwo polubionych utworów i singli, ale winyl jest czymś innym. Zawsze robię sobie taki test – jeśli zastanawiam się nad kupnem winyla, pytam sam siebie, czy ta płyta jest dla mnie na tyle ważna, że chcę jej słuchać w całości. To taki mój „no skips test” (śmiech). Wszystkie płyty, które mam na półce, go zdały – Kendrick, Beatlesi, Silk Sonic, Lorde, Arctic Monkeys, David Bowie. To same albumy, które są świetne od początku do końca. Już w liceum miałem takie podejście. Byłem w radiowęźle szkolnym i pamiętam zabawną historię. Radiowęzeł mieścił się w sali od polskiego. Wchodziłem tam czasem w trakcie lekcji, żeby puścić muzykę. Raz trafiłem na moment, gdy nauczyciel prowadził debatę z uczniami o tym, jak najlepiej słuchać płyt. Tłumaczył dokładnie to, o czym teraz mówię – że winyl niejako zmusza do słuchania albumu w całości. Argumenty były różne, z jednej i z drugiej strony, ale ja zawsze byłem po stronie tych, którzy wolą płytę jako całość. Dla mnie to szczególnie ważne przy albumach koncepcyjnych, gdzie stoi za nimi jakaś myśl przewodnia. Moja debiutancka płyta jeszcze się nie ukazała, ale w mojej głowie ta myśl jest wyraźna. Nie wiem jeszcze, na ile ważne będzie słuchanie jej od początku do końca, bo to się okaże przy gotowej trackliście. Ale na pewno byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś chciał podejść do niej w taki sposób.
Planujesz wydać taką płytę na winylu?
Super by było. To jest po prostu fajna rzecz – chwycić w dłoń duże wydanie, taki relikt przeszłości. Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt, który często przewija się w rozmowach, kiedy wychodzi nowy singiel – temat okładek. Maluje je wspaniała, niezastąpiona Angelika Muzolf. Przyjęliśmy koncepcję, że to są obrazy malowane ręcznie, później skanowane, z lekkim poprawieniem w Photoshopie, i w takiej formie idą dalej. I właśnie z miłości do jej sztuki i do tych okładek bardzo chciałbym kiedyś mieć je w dużym formacie, prezentować ludziom właśnie w ten sposób – na dużym winylu. To byłoby naprawdę super!
Trzymam kciuki, żeby to się udało. Dziękuję Ci za rozmowę!
