
Jesień już na dobre się rozgościła, ale wspomnieniami jeszcze wracamy do lata. Tym razem do jednego z koncertowych wieczorów w Gdańsku, gdzie odbyła się kolejna odsłona Letnich Brzmień. Kilka tygodni później emocje zdążyły nieco opaść, ale muzyczne wspomnienia zostały – czas więc sprawdzić, co właściwie wydarzyło się tego wieczoru.
Na początek odrobina prywaty, ponieważ chciałabym się nieco usprawiedliwić z kilkutygodniowego opóźnienia z publikacją relacji. Do ostanej chwili nie wiedziałam, czy uda mi się pojawić na festiwalu, ponieważ całe lato upłynęło mi pod znakiem wspierania chorującego, osiemnastoletniego, pieska. Dziś już jestem z nim tylko myślami i powoli wracam do formy, a jak wiadomo muzyka ma też pewne właściwości terapeutyczne.
Dość już prywaty, czas wrócić do konkretów. Letnie Brzmienia to festiwal, a właściwie cała lista koncertów odbywających się w sercach kilku największych miast. Pamiętam ten festiwal sprzed kilku lat i teraz zupełnie zmienił formułę. Kiedyś był to cykl pojedynczych występów przez całe lato w poszczególnych miastach, dziś to dwudniowe wydarzenie, podczas którego na scenie występuje wielu twórców – zarówno tych na początku muzycznej drogi, jak i tych najbardziej znanych.
Nie będę ukrywać, że nie byłam na wszystkich występach (co jest związane z wyżej wspomnianą sytuacją życiową) i w tym roku postawiłam na headlinerów. Pierwszego dnia najbardziej zachwycili mnie Vito Bambino i Mrozu. Obaj są zupełnie inni i każdy z nich oczarował w zupełnie inny sposób. Vito Bambino ma niesamowitą energię (jak zawsze!) i świetny kontakt z publicznością. Już od pierwszych chwil występu zdradził, że czuje się nieco zawstydzony, bo chwilę przed wejściem kolega z zespołu oblał go kawą. Jedno jest pewne “czuł się Americano” i właśnie tym zachwycił gdańską publiczność. Jego występy są klimatyczne, a jednocześnie bardzo energetyczne.
Mrozu z kolei wniósł zupełnie inną energię, niesamowicie taneczną. Każdy, kto choć raz był na jego koncercie żywo to doskonale wie, że to istny wulkan energii. Podczas koncertów Letnich Brzmień występował z big bandem – i to dodawało jeszcze większego uroku. Klasa sama w sobie! I myślę, że to “odpowiedni moment”, aby przypomnieć, że już niebawem, bo 17 października, Mrozu znów wystąpi w Gdańsku – na Ergo Arenie. Już nie mogę się doczekać!
Te dwa koncerty były zdecydowanie najmocniejszymi puntami pierwszego dnia festiwalowego. W kolejnym dniu podobnie było z występami braci Kacperczyk i Kaśki Sochackiej. W mojej opinii to oni skradli sobotnie show. Bracia Kacperczyk, podobnie jak Mrozu, wnieśli na scenę ogromną dawkę energii. Muszę przyznać, że w tym roku słyszałam ich na żywo naprawdę wiele razy – i nic dziwnego, bo w końcu występują na większości festiwali! I za każdym razem koncerty bardzo mi się podobały.
Kaśka Sochacka to marka sama w sobie. Jej twórczość jest zupełnie inna niż wszystkich wcześniej wymienionych. Niesamowicie chwyta za serce, opowiadając piękne historie swoją muzyką. Ma w sobie ogromny spokój – i właśnie tym przyciąga uwagę tłumów. Choć muszę przyznać, że tego rodzaju klimatyczne koncerty wolę w wydaniu klubowym niż festiwalowym, ponieważ zamknięta przestrzeń sprzyja większemu skupieniu publiczności.
Moim zdaniem były to cztery najciekawsze występy tego festiwalu. Wydaje mi się, że tę opinię może podzielać znaczna część publiczności. Można było zauważyć, że festiwalowicze w dużej mierze nastawili się na występy headlinerów.
Charakterystycznym elementem Letnich Brzmień jest projekt powołany specjalnie na tę okazję – Babie Lato. I tutaj muszę przyznać, że mam nieco mieszane odczucia. Koncert był ciekawy. Dziewczyny (Natalia Grosiak, Bela Komoszyńska i Kathia) zaśpiewały doskonale i niewątpliwie było czuć, że bawią się świetnie, a publiczność razem z nimi. Była również bardzo klimatyczna scenografia i pod kątem artystycznym wszystko było w porządku.
Natomiast czuję pewien drobny zgrzyt na nieco innym polu. Mam wrażenie, że to jest pewnego rodzaju muzyczna odpowiedź na Męskie Granie. Można już to dostrzec na samym poziomie nazewnictwa tych projektów, ale podobieństw jest znacznie więcej: tworzenie zespołu specjalnie na ten festiwal, granie coverów polskich przebojów, nagrywanie piosenki przewodniej na każdą edycję (lub jak w tym roku kilku piosenek). Jeśli dobrze to odczytuję (choć oczywiście mogę się mylić) to jest to próba podążania utartym i świetnie przyjętym schematem. Natomiast, gdybym bezpośrednio miała porównać Babie Lato z Męskim Graniem to skala tego wydarzenia jest nieporównywalnie mniejsza.
Niemniej jednak był to ciekawy festiwal i miło spędzony czas! Z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję!