
fot. Materiały Redakcyjne
Po eurowizyjnym triumfie Nemo – zdobyciu pierwszego miejsca w Konkursie Piosenki Eurowizji – oczekiwania wobec debiutanckiego albumu i pierwszych koncertów artysty były ogromne. Na spełnienie tych obietnic trzeba było jednak chwilę poczekać: pierwotnie ogłoszona trasa została przełożona, a debiut ukazał się dopiero tuż przed jej startem.
To czekanie miało jednak sens. Nemo dostarczyło materiał, który w pełni oddaje ich niezwykłą wrażliwość i sceniczny magnetyzm, a doświadczenie ich muzyki na żywo okazało się kompletnym, głęboko poruszającym przeżyciem.
Openerem przed główną gwiazdą wieczoru była Luna – prywatnie bliska przyjaciółka Nemo, znana z występu w ich teledysku oraz z tego, że oboje łączy eurowizyjna historia. To zestawienie okazało się strzałem w dziesiątkę. Energia obojga artystów naturalnie się uzupełnia, a publiczność szybko to wyczuła, nagradzając Lunę głośnymi, szczerymi owacjami.
To był dla niej prawdziwy comfort zone – taki, na jaki zasługuje, choć w Polsce nie zawsze go doświadcza, zwłaszcza w kontekście mniej satysfakcjonującego wyniku w Eurowizji, który niesprawiedliwie odcisnął piętno na jej karierze. A szkoda, bo tego wieczoru Luna pokazała pełnię swojej scenicznej magii. Z lekkością prowadziła nas między różnymi brzmieniami, jakby machając muzyczną różdżką. Kolejnymi przystankami tej podróży były chwytliwe „Hush Hush”, eurowizyjne „Tower” oraz „Sekret” – utwór, który sama typowała na Eurowizję, choć ostatecznie nie został wybrany.
Nazywają ją „polską Lady Gagą” i trudno się temu dziwić. Gdyby nie nieustanne podcinanie skrzydeł na rodzimym rynku, mogłaby zajść naprawdę daleko. Może to już czas, by spróbować sił w innych europejskich krajach?
Nadszedł wreszcie moment, na który wszyscy czekali. Nemo wyszło na scenę z konceptualnie zaplanowanym show podzielonym na kilka segmentów, przeplatanych głosem lektora wprowadzającego publiczność w kolejne odsłony koncertu. Zaczęło się przewrotnie – od żartobliwego, podszytego sarkazmem ogłoszenia, że… Nemo dziś nie wystąpi. Na szczęście chwilę później stało się jasne, że to tylko humorystyczny wstęp do spektaklu, który okazał się absolutnym sztosem.
Start z „Ride My Baby” od razu rozpalił publikę. Gdy artysta pojawił się na scenie, przywitał go potężny pisk i fala entuzjazmu, a od pierwszych sekund trudno było oderwać od niego wzrok. Nemo emanowało czystą, zaraźliwą energią i wyraźną potrzebą bycia jak najbliżej swojej publiczności. Już od pierwszych nut zawiązała się wyczuwalna, organiczna interakcja artysta–widownia, a atmosfera w hali sprawiła, że wszyscy poczuli się częścią tego samego, wspólnego doświadczenia.
Nie zabrakło też queerowych akcentów – szczególnie w chwili, gdy Nemo zapowiadało „God’s a Raver” i z uśmiechem dodało, że „podobno w Poznaniu są świetne gay bary”. Trudno się z tym nie zgodzić, a publiczność zareagowała na ten komentarz wyjątkowo ciepło.
Jako osoba niebinarna i część społeczności LGBTQ+, Nemo świadomie tworzy przestrzeń, w której każdy może czuć się bezpiecznie i autentycznie. I było to widać jak na dłoni: w tłumie mieniły się kolorowe pióra, panowie w sukienkach, cekiny odbijające światło jak małe lustra. Ten widok był czymś więcej niż elementem koncertowej estetyki — był symbolem wolności, ekspresji i wzajemnej akceptacji. Po prostu pięknym, pulsującym różnorodnością obrazem wspólnoty.
Nemo nieustannie szukało kontaktu z fanami – i to nie w sposób przypadkowy, lecz poprzez starannie zaplanowane momenty, które z koncertu na koncert stają się już tradycją. Jednym z takich stałych punktów programu jest „Frog Swamp”, podczas którego artysta wypatruje w tłumie osoby w najbardziej kreatywnym, „bagiennym” stroju inspirowanym tym utworem.
Wybrany fan otrzymuje z rąk Nemo specjalny certyfikat uznania – drobny gest, który dla najwierniejszych słuchaczy staje się bezcenną pamiątką i dowodem wyjątkowej więzi między nimi a artystą. To właśnie takie momenty budują atmosferę bliskości, w której każdy może poczuć się zauważony i ważny.
Następnie przyszła pora na „Hocus Pocus”, mój absolutny faworyt w dorobku Nemo. I właśnie przy tym kawałku czekała na nas przemiła niespodzianka — na scenę wleciała wróżka, a tą wróżką była oczywiście Luna. W tej bajkowej odsłonie próbowała podobno rzucić na publiczność zaklęcie hocus pocus, ale coś mi podpowiada, że finalnie wyszło jej zupełnie inne czary: rzuciła urok przyjaźni prosto na… Nemo!
Najlepsze — jak to zwykle bywa — czekało na sam koniec. „Blackhole” sprawiło, że na moment kompletnie oniemiałam. To właśnie wtedy w mojej głowie zapętliła się jedna myśl: to jest zasłużony zwycięzca Konkursu Piosenki Eurowizji. Głos Nemo przeszywa ciało, rezonuje w każdym włóknie i jest narzędziem, którym artysta operuje z precyzją, jaką trudno ubrać w słowa.
Magicznym zwieńczeniem koncertu było długo wyczekiwane „The Code”. To utwór, który zamknął show w sposób poruszający, uruchamiając we mnie lawinę wspomnień i dokładnie te same emocje, które towarzyszyły mi podczas wieczoru ich eurowizyjnego zwycięstwa w 2024 roku.
Całość zakończyła się ogromnymi, w pełni zasłużonymi brawami. A dla mnie? Był to czysty zaszczyt — móc usłyszeć i przeżyć fenomen Nemo na żywo. Życzę sobie, by Eurowizja jak najczęściej odkrywała przed nami tak niezwykłych artystów… i by częściej podejmowała mądrzejsze decyzje co do tego, które kraje mogą tę magię pokazać światu.