NewsroomRelacje

Koncert, czy może spektakl? Lorde wystąpiła w Łodzi [relacja]

fot. Materiały Redakcyjne

Wybierając się na koncert Lorde, miałam w sobie mnóstwo pytań. Czy będzie to show na miarę Billie Eilish — spokojne, ale przełamane energetycznymi momentami? A może po prostu solidnie zrealizowany koncert, który warto przeżyć przynajmniej raz, zwłaszcza jeśli nigdy nie widziało się Lorde na żywo?
To, co mnie spotkało, przekroczyło jednak wszystkie moje wyobrażenia.

Cieszę się, że to właśnie podczas trasy „Ultrasound”, promującej najnowszy album „Virgin”, mogłam usłyszeć ją po raz pierwszy na żywo. Już przy „Melodramie” czułam, że mam ogromną ochotę zobaczyć ją na scenie, ale dziś wiem, że to właśnie teraz Lorde przeżywa swój najlepszy muzyczny moment — i byłam świadkiem jej absolutnego peak’u.

Podczas tej trasy Lorde powiedziała zdecydowane „nie” kompromisom i dała słuchaczom wszystko to, czego nawet nie zdążyli sobie wyobrazić. Mocne wejście z utworem „Hammer” okazało się idealnym otwarciem — jak wstęp do nadchodzącego wulkanu energii. Ale to nie był tylko teaser. Lorde od razu poszła na grubo: już jako drugi numer w setliście pojawiło się jej debiutanckie, przełomowe „Royals”, które sprawiło, że Atlas Arena zamieniła się w jeden wielki, perfekcyjnie zgrany chór.

Setlista była wypełniona po brzegi bangerami — zarówno tymi najbardziej rozpoznawalnymi, jak i tymi, które pokochał TikTok, a przez to stały się obowiązkowymi punktami show. Po raz pierwszy na trasie koncertowej spotkałam się z sytuacją, w której każdy utwór miał swoją własną historię. Raz Lorde walczyła z ogromnym wiatrakiem, innym razem biegła na bieżni, potem brała ekspresowy „prysznic” z butelki wody, a za chwilę wznosiła się w górę na wysuwanym podeście.

To wszystko było obudowane spektakularną oprawą: mocne światła (tak intensywne, że nagrania telefonem były praktycznie niemożliwe — aparat kompletnie się gubił), wybuchające confetti, gęsty dym, wizualizacje tworzące małe audiowizualne światy, a do tego ujęcia rejestrowane na żywo przez operatora stojącego tuż obok Lorde. Wisienką na torcie byli tancerze — ich choreografie chwilami dość dosłownie interpretowały teksty piosenek, co dodawało całości teatralnego sznytu.

Okazało się, że Lorde nie tylko tworzy muzykę, którą znają i kochają niemal wszyscy — ona jest także genialną performerką. To, jak swobodnie poruszała się po scenie, m.in. biegając w samej bieliznie, pokazywało ogromną pewność siebie, wypracowaną przez lata pracy nad własnym brzmieniem i wizerunkiem.

Mocne, energetyczne show przeplatane spokojniejszymi utworami w elektronicznych aranżacjach sugerowało również jej artystyczną przemianę. Lorde sama podkreśliła, że po niezbyt ciepło przyjętym „Solar Power” nie była pewna, w jakim kierunku chce dalej iść. Wszystko zmieniło się dopiero wraz z powstaniem albumu „Virgin” — krążka, który, podobnie jak jej energia na scenie, oddaje miejsce, w którym dziś się znajduje: dojrzała, rozwijająca się i czerpiąca absolutną radość z tego, co tworzy.

Miłymi akcentami podczas koncertu były drobne ukłony w stronę polskiej publiczności — Lorde rzuciła kilka słów po polsku, m.in. „cześć” i „jak się masz?”, czym natychmiast rozbroiła tłum. W pamięć zapadło także jej kilkuminutowe, niezwykle ciepłe przemówienie, w którym wspominała swoją ostatnią wizytę w Polsce — 8 lat temu na Open’erze, kiedy deszcz lał jak z cebra, a nawet Dua Lipa musiała odwołać swój występ. Lorde podkreśliła, że tamten dzień pamięta wyjątkowo wyraźnie i że polska publiczność jest dla niej absolutnie niezastąpiona.

Na koniec koncertu dodała jeszcze: „do zobaczenia wkrótce”, co wielu z nas odebrało jako subtelną zapowiedź — być może zobaczymy ją ponownie już w 2026 roku, na jednym z polskich festiwali.

Energia podczas show nie odstępowała Lorde ani na chwilę — fani żartowali nawet, że chętnie poznaliby liczbę kroków, którą nabiła tego wieczoru. Jednak prawdziwy szczyt emocji przyszedł dopiero pod koniec, kiedy doczekaliśmy się „What Was That”, „Green Light”, „David” i „Ribs”.

„What Was That” było momentem kulminacyjnym koncertu — trudno zaprzeczyć, że to dziś najważniejszy utwór w karierze Lorde, który otworzył jej drzwi do tak ciepłego powrotu z nowym albumem. „Green Light” z kolei stało się pomostem do „Melodramy”, a dla osób takich jak ja, które nigdy nie zobaczyły trasy promującej ten album, był to moment absolutnie wyjątkowy — pełen wzruszenia i spełnienia.

„David” udowodnił, że dla Lorde nie ma żadnych barier. Ten poruszający utwór artystka wykonała wśród publiczności, schodząc do tłumu, śpiewając razem z fanami, czasem nawet trzymając ich za rękę. Była to jedna z najbardziej intymnych chwil całego wieczoru.

Na zakończenie, do „Ribs”, Lorde przeniosła się na drugą, mniejszą scenę, by w bliskim kontakcie z publicznością wykonać jeden ze swoich najstarszych kawałków. Patrząc z trybun na widownię, zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu — fani posłuchali jej słów i chwycili się za ręce, tańczyli, skakali i emanowali czystą, pozytywną energią. To był piękny finał pięknego koncertu.

Tego wieczoru nie doświadczyłam koncertu — doświadczyłam spektaklu, który trwał niemal dwie godziny. Wydarzenie, które miało być jedynie miłym zakończeniem mojego prywatnego sezonu koncertowego, okazało się ogromnym zaskoczeniem i sprawiło, że zaczęłam doceniać Lorde jako artystkę znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To jeden z tych koncertów, które budzą FOMO u tych, którzy na nich nie byli, a u obecnych — lekką pokoncertową depresję.

Życzę sobie i Wam, by artyści brali z niej przykład: tworzyli spektakle, a nie tylko „dobrze zrealizowane” koncerty, wplatając w swoje show momenty prawdziwego zaskoczenia. Ale przede wszystkim — by w tym całym pędzie, presji virali i ciągłej pogoni za uwagą odbiorców potrafili odnaleźć samych siebie.

TagiLorde