KonkursyNewsroomWywiady

Wywiad z Pauliną Przybysz [wygraj autograf]

Jej album Chodź tu znajdziecie w niejednym zestawieniu najlepszych polskich płyt wydanych w 2017 roku. Ten rok z resztą pod wieloma względami był dla niej wyjątkowy. Paulina Przybysz, w przerwie pomiędzy koncertami z trwającej trasy, odpowiedziała na nasze pytania dotyczące pracy nad nowym albumem. Dzień wcześniej mieliśmy okazję posłuchać koncertu Pauliny z zespołem w poznańskiej Scenie na Piętrze.

Długo trwało formowanie składu zespołu, z którym teraz występujesz? 

Zupełnie nie. Night Marksi byli już ze mną przy tworzeniu płyty, ale tak naprawdę zanim jeszcze ta płyta powstała to ja wiedziałam, że chcę z nimi grać – postanowiłam to tak trzy lata temu. Ponieważ w aranżach jak zwykle zrobiłam sobie dużo wokali i roboty harmonicznej, a nie chciałam, żeby one leciały z komputera, to wiedziałam, że muszę zatrudnić jakąś wokalistkę. Przypominałam sobie, grzebiąc w pamięci, kto jak brzmi i z kim mi się fajnie śpiewało. Tak namierzyłam Martynkę, która na początku naszej współpracy mieszkała w Szczecinie i musiała stamtąd dojeżdżać na koncerty. Teraz mieszka już we Warszawie, więc jest lepiej . Z Warszawy wyjeżdża zawsze babski skład a z Wrocławia docierają chłopaki. Gdy zagraliśmy parę koncertów w takim składzie to poczuliśmy – my sami, jaki i nasi pierwsi odbiorcy czyli najbliżsi znajomi – że potrzebujemy dobrego, organicznego werbla i stopy i że żywe bębny muszą być. Rozpoczęliśmy proces przeglądania nagrań różnych bębniarzy. Trafiliśmy na Wiki, która ewidentnie jara się tymi samymi beatami co my, nawet piszę pracę w swojej szkole o wpływie jazzu do hip-hopu… Do tego psychologicznie jest mega fajną dziewczyną, która dolewa dużo wigoru do składu.

Decyzja dotycząca tego, żeby wydać krążek jest dzisiaj łatwa? Mamy w Polsce dobry klimat do tego, żeby wydać płytę fizyczną?

Wydaje mi się, że płyta fizyczna ma trudny moment przez Internet. Sama po sobie wiem, że już nie kupuję płyt – zaczęłam słuchać Spotify czy iTunes. Jestem też trochę minimalistą – bardziej pozbywam się przedmiotów i oddaje je niż sobie dokładam, a przynajmniej staram się – tak lepiej funkcjonuje moja głowa. Jak mam do wyboru nośnik fizyczny i dostęp od razu do nowej płyty w dniu premiery, bez wychodzenia z domu, to jednak wybieram kliknięcie. Może też dlatego, że nie jestem audiofilem. Lubię słuchać winyli, to fakt, to daje jakąś inną jakość. Ale między CD a Spotify, już nie mam takiej rozkminy.

Jak więc zadbać o to, żeby to konsumowanie kultury było legalne i z głową?

Jest legalne jeżeli jesteśmy np. użytkownikami portali streamingowych. Nie wiem jakie są teraz statystyki odnośnie piractwa, ale chyba jest lepiej. Pamiętam jak za czasów Sistars przychodzili do mnie ludzie z płytami ze stadionu, których okładki były zupełnie inne niż płyt wydanych oficjalnie.

Podpisywaliście je?

Na początku podpisywaliśmy, trochę nas to bawiło, śmialiśmy się z tego: o łał, patrz jaką okładkę nam zrobili! – było to na przykład zdjęcie z gazety Popcorn (śmiech). Ale potem zaczęliśmy podchodzić do tego inaczej: hej, musisz porozmawiać ze swoją mamą, że płyt nie kupujemy na stadionie (śmiech).

Jestem ciekawy z jakimi reakcjami od ludzi spotykasz się teraz, przy okazji płyty Chodź tu. Muszę przyznać, że moje wrażenie po Twoim koncercie jest takie, że to co prezentujesz na scenie jest bardzo egzotyczne. 

Wydaje mi się, że to zależy od tego, kto z jakiego miejsca muzycznego przychodzi – czy słucha podobnej muzyki do mojej, bo jeżeli słucha, to mimo wszystko na mojej płycie nie ma bardzo trudnego grania w porównaniu, na przykład, z Hiatus Kaiyote czy Georgia Anne Muldrow ale tu też future soul zmieszany jest z hip-hopem, bitami mocno samplowanymi i połamanym bębnem. Myślę że dla odbiorców którzy słuchają tej muzyki na co dzień to nie jest niezrozumiałe ani egzotyczne a dla nowych słuchaczy jest to fajnie, że mogę im coś nowego pokazać.


Kliknij tutaj i nabyj płytę Chodź tu legalnie


Jakiś czas temu przyszło mi się zmierzyć z opinią, że zawód muzyk to tylko w 20% tworzenie, a w 80% chłodna kalkulacja. W jakim stopniu te procenty przekładają się u Ciebie?

Przy tej płycie pracuję z wytwórnią. Mam już 32 lata i spojrzałam na swoje życie zadając sobie pytanie: Czym ja na prawdę chcę się zajmować? Zobaczyłam, że mam rodzinę, a to jest duży procentarz myślenia – raczej podchodzi pod sto. A do tego, chce robić muzykę. I nie mogę się zajmować wszystkim, bo po prostu, nigdy nie będę w żadnym miejscu na sto procent. Dlatego teraz korzystam z wydawnictwa i managemantu Kayaxu. Czuję, że dzięki temu zaczynam myśleć bardziej o kontencie niż o tym, o której godzinie obudzić bębniarza. To jest super.

Wybór Kayaxu był łatwą decyzją?

Nie, to była bardzo trudna decyzja, długa droga, którą przeszłam – nazywam ją tour the label. Dużo miejsc, w których byłam miało swoje bardzo poważne plusy i minusy. To był długi proces myślenia. Ale wytwórnia to po prostu ludzie i w pewnym momencie podejmujesz decyzję intuicyjnie.

Dużo odważnych decyzji musiałaś podjąć przy okazji tej płyty?

Czy ja wiem? Ja jestem na tyle szczęśliwa, że ta płyta jest ukończona i, że są ludzie, którzy ze mną przy okazji tej płyty pracują, że decyzje typu – wybierz okładkę – to już są takie ostatnie bombki na choince. Najgorzej jest z korektą, kiedy czytasz przed poligrafią wydruk makiety płyty. To jest niesamowite, że czyta to pięć osób i co pięć minut ktoś znajduje literówkę i nigdy nie wiesz kiedy one się skończą (śmiech).

Mówi się, że kompozycja to sztuka odrzucenia. Zastanawiam się przy okazji Twojej płyty, na ile z racji tego, że oscyluje ona między elektroniką, która dzisiaj wiąże się z nieograniczonymi możliwościami, a minimalizmem, ta kompozycja była dla Ciebie sztuką trudniejszą. 

Jest trochę numerów, które nie weszły na płytę, bo były bardziej jaskrawe, ale też z uwagi na ograniczone miejsce na płycie – chcieliśmy żeby ona miała winylową długość. Natomiast w samych aranżach i pracy produkcyjnej ja działam bardzo intuicyjnie i nie ma tam w ogóle kalkulacji. Produkcje, stricte moje, na tej płycie są dwie, reszta jest koprodukcją lub pracą od innych producentów. Zazwyczaj wygląda to tak, że ja biorę od nich coś co mi się podoba i dokładam tam siebie, ale czasami też to ja daję szkielet piosenki. Tak często było przy Night Marksach – przekazywałam chłopakom totalny szkielet czegoś, a oni rozbudowywali aranż. Wtedy można było im powiedzieć: hola, hola, it’s too much, albo właśnie, rozwijacie jakiś koncept głębiej. Uwielbiam taką formę pracy.

Jak doszło do twojej współpracy z Zamilską?

Nie mogę sobie przypomnieć gdzie poznałam Natalię, więc to musiała być jakaś poważniejsza impreza (śmiech). Kiedy się spotkałyśmy, zaczęłyśmy dużo rozmawiać o muzyce i w ogóle o życiu, i z tych rozmów, jak i puszczania sobie muzyki, wyniknęło, że musimy coś razem zrobić. Pamiętam, że decyzja o tym, że zrobimy razem kawałek zapadła na koncercie Elliphant, wtedy powiedziałyśmy sobie: ej, musimy zrobić coś bardzo bezwzględnego. Tak powstały Dzielne Kobiety.

Numer bardzo szczery. „Szczerość” przewija się z resztą jako wspólny mianownik wielu recenzji Twoich płyt. To dla Ciebie wartość szczególnie ważna?

W sztuce tak. Myślę, że widz czy słuchacz, jeśli nie od razu, to po jakimś czasie, przeanalizuje na ile prawdy jest w danych dziełach, utworach czy obrazach. I ja tak mam. Zwykle słucham tych nagrań, w których mnie coś bardzo osobistego rusza. Lubię też sobie popodziwiać produkcje, które zrobiło 18 osób i tyle samo napisało tekst, typu: Bitch better have my money – ok, to działa i zawsze wyzwala emocje na parkiecie (śmiech). Mimo wszystko jestem zwolennikiem muzy, którą robi jedna osoba, przekazująca słuchaczom małe smaczki, które tworzą jej osobowość. Jeśli przez lata kupujesz płytę, na przykład, Lauryn Hill albo jakiegoś rapera i wiesz, że to po prostu jest efekt jego osobistego rozwoju, a Ty możesz się odnieść do tego jako do osoby a nie do jakiegoś utworu, to to jest super.

Dużo na płycie Chodź tu jest buntu?

Więcej tej szczerości. Nie wydaje mi się, żebym wcześniej jakkolwiek kryła się ze swoimi poglądami, percepcją świata i nagle na tej płycie zaszokowała. To co jest na tym albumie jest spójne z moją osobą, co sprawia, że ja w ogóle nie czuję, żebym przeprowadzała jakąś rewolucje. To jest opowieść osadzona na dobrych bitach.

Czym będziesz mierzyła sukces tej płyty?

Chciałabym mieć dla kogo grać. Bardzo lubię grać koncerty. Jeżeli mogę grać ze swoją autorską muzyką, moim przekazem i jest ku temu popyt, to jestem szczęśliwa.

Krzysztof Zalewski wyznał kiedyś, że dla niego spełnieniem marzeń byłaby sytuacja, kiedy grajkowie uliczni na całym świecie, graliby jego piosenki. Jakie jest twoje największe muzyczne marzenie?

Chciałbym pograć za granicą, pojeździć po różnych miejscach, tak żeby muzyka, którą robię naturalnie, sprawiała żebym podróżowała, bo to mnie również bardzo fascynuje.


– KONKURS –

Mamy dla Was konkurs, w którym możecie zgarnąć jedno z trzech podpisanych zdjęć przez Pauliną Przybysz podczas naszej rozmowy.

Zasady:

  1. Kliknij tutaj i polub Wspieramy Legalne Kupowanie Muzyki na Facebooku.
  2. Kliknij tutaj i udostępnij publicznie wywiad.
  3. Odpowiedź na pytanie:

Jak oceniasz powrót Pauliny Przybysz jako artystki solo?

4. By wziąć udział w konkursie należy spełnić wszystkie wymienione wyżej warunki.

Odpowiedzi prosimy wysyłać na adres kontakt@wlkm.pl z dopiskiem „Paulina Przybysz konkurs

Będzie nam miło jeśli przy okazji zaobserwujesz nas na Twitterze oraz Instagramie.

Wyniki zostaną ogłoszone do 08.01.2017 roku.

Konkurs został zakończony.

Powodzenia!