NewsroomWywiady

WLKM.pl w rozmowie z Nocnym Kochankiem: „Stawiamy opór piratom w nietypowy sposób.”

Są fenomenem. Nie rozsławiły ich wcale programy telewizyjne, popularne stacje radiowe czy znane centra internetowe. To oblegane koncerty stały się ich największą siłą w tworzeniu muzycznej marki. Podczas ostatniej edycji Pol’and’Rock Festivalu pobili znamienny rekord głośnego wydarzenia dotyczący publiczności zgromadzonej pod sceną, zatrzymując na swoim występie 700 tysięcy słuchaczy. Teraz wydali nowy album i promują go na prawie wyprzedanej już trasie koncertowej. Zapytaliśmy wokalisty Nocnego Kochanka, Krzysztofa Skołowskiego, o pracę w popularnym zespole.

Bartosz Grześkowiak: Po przesłuchaniu „Randki w Ciemność” stwierdziłem, że gdyby ktoś, kto nie zna Waszej twórczości, chciał do niej podejść od tej płyty, to jej tytuł mógłby naprawdę nieźle zmylić. Nawet ja, znając Wasz pomysł na muzykę, myślałem, że może tym razem, wyciągacie na zewnątrz jakieś swoje demony. Wy trzymacie się jednak ustalonego wcześniej konceptu.

Krzysztof Sokołowski: Przy każdej płycie tak jest, że człowiek zastanawia się, jakie będą opinie słuchaczy. My jesteśmy tworem dość nietypowym i tutaj bardzo dużo zależy od tekstu i od poczucia humoru. Zastanawialiśmy się jak będzie tym razem, bo teksty, które są na tej płycie trochę jednak różnią się od tych z dwóch pierwszych płyt – niby cały czas śmieszkujemy, ale tym razem bardziej skupiliśmy się na miłości. Poza tym wydaje mi się, że te teksty w dużej mierze są bardziej zawoalowane. Na pierwszych dwóch płytach też zdarzały się gry językowe, jakieś zabawy słowem, ale część tekstów była bardziej bezpośrednia. Tutaj momentami żarty są trochę trudniejsze. Sam tytuł, na który zwróciłeś uwagę, „Randka w ciemność”, może się różnie kojarzyć. W ogóle tytuł płyty początkowo miał brzmieć „Randka w Ciemno”, dlatego, że pasował do konwencji, do relacji damsko-męskich, które pojawiają się na albumie, a także był nawiązaniem do programu „Randka w Ciemno” z lat 90. Gdy spotkałem się z naszym rysownikiem – Robertem Adlerem, usłyszałem od niego: „Randka w Ciemno”? Do was i do heavy metalu bardziej pasuje „Randka w Ciemność„. Stwierdziliśmy, że to jest idealne połączenie, że ten frazeologizm nabrał jeszcze jednego, dodatkowego znaczenia, dlatego wybraliśmy taki tytuł.

Myślę, że fajnie to zażarło.

Taka ciekawostka. Gdy Adler usłyszał tytuł płyty i poznał nasz pomysł na okładkę, powiedział: To może zrobimy coś takiego, że na okładce ten gość będzie czekał na te laski, ale w związku z tym, że to jest randka w ciemność, to może z jednej zrobimy jakąś diablicę, z drugiej zombie, a z trzeciej jeszcze jakiegoś innego potwora?. Zostaliśmy jednak przy bardziej klasycznym podejściu (śmiech).

Ciekawi mnie to w jaki sposób pracujesz nad tekstem. To jest tak, że wpada Ci do głowy jakieś określenie, zbitka słowna, i stwierdzasz, że musisz wykorzystać ją w piosence, czy częściej zaczynasz od przemyślania tematyki utworu?

Jest różnie, ale rzeczywiście zdarza się tak, że do głowy wpada mi jakiś szlagwort, krótki bon mot, jakieś wyrażenie, wokół którego buduję fabułę. Czasem siadam do tematu razem z Ojcem Arkadiuszem (Arkadiuszem Majstrakiem – przyp.red.), naszym gitarzystą i we dwóch pracujemy nad tekstem. Zdarza też się tak, że Kazon (Robert Kazanowski – przyp.red.) przynosi numer, ja wsłuchuję się w muzykę i zastanawiam się co do niej pasuje. Kiedy na przykład usłyszałem gitary do kawałka „Tirowiec”, który wtedy jeszcze się tak nie nazywał, to te riffy, ten stonerowy sznyt, od razu skojarzyły mi się z jazdą ciężarówką, zresztą nie tylko mi, bo całemu zespołowi. Słysząc te gitary widzieliśmy gościa z brzuszkiem, wąsem i w czapeczce z daszkiem, siedzącego za kierownicą. Ale czasem bywa zupełnie odwrotnie. Tak było chociażby w przypadku „Konia na białym rycerzu”. Pamiętam, że jechaliśmy busem na jakiś koncert, i nie wiem skąd przyszło mi to do głowy, ale wyrażenie: dziewczyna czeka, aż przyjedzie po nią rycerz na białym koniu „nieco” zmodyfikowałem i z rycerza na białym koniu zrobił się koń na białym rycerzu. Wymyśliłem sobie na szybko jakąś melodię, którą zacząłem nucić w busie i refren był praktycznie gotowy. Chłopakom spodobał się mój pomysł. Początkowo miał to być przerywnik na albumie, krótki utwór zagrany wyłącznie na akustyku, ale Kazon sobie pofolgował i koniec końców „Koń” stał się pełnoprawnym i pełnometrażowym utworem.

Artystów można podzielić ze względu na system pracy nad albumem. Niektórzy mają potrzebę nieustannego tworzenia i piszą bez przerwy i bez względu na okoliczności. Inni siadają do muzyki wtedy, kiedy przypomina im o tym termin kontraktu. Jak pracujecie Wy? Tak dużo koncertując, kiedy znajdujecie czas na pisanie?

Nocny Kochanek to grupa dość spontanicznych ludzi. Staramy się niczego nie narzucać sobie na siłę. Oczywiście wyznaczamy sobie jakieś terminy, ale to nie jest tak, że deadline jest poprzedzony powiedzmy, dwoma miesiącami i musimy się nagle spinać. Zdajemy sobie sprawę z tego, że najlepiej pracuje się wtedy, gdy człowiek ma lekką głowę, więc wyznaczamy sobie terminy z bardzo dużym wyprzedzeniem, na przykład, mówimy sobie, że za rok o tej porze, fajnie byłoby wejść do studia. I w międzyczasie pomału myślimy nad kompozycjami i tekstami. Tak było w przypadku każdej z naszych płyt. Teraz, gdy mieliśmy, tak jak wspomniałeś, multum koncertów, nad kawałkami często myśleliśmy w trasie. Byliśmy ze sobą na co dzień, co najmniej trzy-cztery dni w tygodniu, przez ostatnie półtora roku i to właściwie sprzyjało powstawaniu tekstów czy muzyki. Piosenki stopniowo napływały, wrzucaliśmy je do jednego worka, który później nazwaliśmy „Randką w Ciemność”.

Wasze poczucie humoru jest specyficzne, ale chyba oddziałuje. Na pewno podzielają je Wasi słuchacze. Jeden z nich napisał w komentarzu na YouTube, recenzując „Randkę w Ciemność” tak: „Mistrz przerósł ucznia. Super. Podwójna stopa chodzi aż miło, bas trójkątami gromi. Najlepszy album w gatunku tandeta metal. 10/10„. Macie takie poczucie, że tworzycie razem z grupą Waszych fanów pewnego rodzaju społeczność outsiderów, którzy niekoniecznie będą zrozumiani przez każdego?

Zdecydowanie. Najbardziej cieszą mnie komentarze, które pokazują, że ktoś rozumie tę konwencję i dzieli z nami poczucie humoru, potrafi skomentować, spuentować czy zripostować, właśnie w charakterystyczny dla nas sposób. W Internecie możesz znaleźć multum komentarzy na temat Nocnego Kochanka, również negatywnych, co mnie z resztą wcale nie dziwi, bo to zespół dosyć wyrazisty i kontrowersyjny. Nie ma się co oszukiwać, że przy takim poczuciu humoru na pewno będzie duże grono ludzi niezadowolonych i takich, którym zupełnie nie spodoba się to co robimy, ale jeśli widzisz, że są komentarze, które albo bazują na twoim poczuciu humoru, albo po prostu ktoś ma takie samo poczucie humoru jak ty, to od razu pojawia ci się uśmiech na twarzy.

Rzeczywiście tworzymy swoistą społeczność. Wychodzimy na scenę i czujemy się jakbyśmy byli na imprezie, na której jesteśmy gospodarzami. Widzimy tłum ludzi, którzy znają nasze teksty, rozumieją nasze poczucie humoru i którzy przyszli się z nami pobawić. To jest bardzo fajne uczucie. Nawet nie chodzi tylko o to, że wychodzisz na scenę i cieszysz się, że ktoś zna twoją muzykę i jej słucha. W przypadku Nocnego Kochanka jest jeszcze ten dodatkowy czynnik utożsamiania się z zespołem poprzez poczucie humoru.

Myślisz, że sytuacja, kiedy artysta zaczyna robić muzykę w założeniu, żeby ta była dla wszystkich, niesie dla niego jakieś zagrożenia?

Myślę, że tak. Zabrzmi to pewnie trochę egoistycznie, ale my muzykę najpierw robimy dla siebie. To znaczy, jeśli to co napiszemy, podoba się nam, to możemy to nagrać i wypuścić. Druga sprawa, że wszystkich nie da się uszczęśliwić, więc nonsensem byłoby wychodzić z założenia: „róbmy taką muzykę, która spodoba się wszystkim”.

Branża rozumie Nocnego Kochanka? Czy w tym środowisku też jesteście takimi outsiderami?

Czujemy się outsiderami, takimi trochę buntownikami. To jest tak, jak już powiedziałem wcześniej – w związku z tym, że poczucie humoru jest bardzo istotne w naszej muzyce, to nie do wszystkich ona musi trafiać. I tak też stało się w środowisku metalowców – część zrozumiała konwencję, inna grupa nie zrozumiała w ogóle, a jeszcze inna zrozumiała, ale to poczucie humoru po prostu jej nie odpowiada. Na nasze koncerty przychodzą niekoniecznie sami przedstawiciele subkultury metalowej. Nocny Kochanek stał się trochę zjawiskiem mainstreamowym – chociaż to chyba jeszcze za duże słowo, ale rzeczywiście wypłynęliśmy zdecydowanie poza underground, poza to podziemie. I ciekawe jest to, że na koncercie możemy spotkać ludzi z różnych subkultur – obok metalowca bawi się punkowiec, a obok niego gość w koszuli, który przed chwilą wyszedł z roboty. To jest ciekawe. Może to zabrzmi górnolotnie, ale mam takie wrażenie, że Nocny Kochanek łączy różne grupy społeczne czy różne subkultury.

Na swoich koncertach gromadzicie tłumy ludzi, co właściwie tworzy Waszą markę. W czasach, kiedy mamy możliwość słuchania muzyki z tak wielu źródeł, również tych internetowych, koncerty to najlepsza miara tego, że twórczość artysty działa na słuchaczy?

Myślę, że tak. Zdarzają się artyści, którzy są dosyć popularni w sferze Internetu, prezentują w sieci muzykę, która cieszy się sporym zainteresowaniem, ale później okazuje się, że gdy ten artysta gra koncert, to frekwencja jest zdecydowanie poniżej oczekiwań. Albo artysta jest popularny w sieci, ale dzięki jakiemuś jednemu szlagierowi, którego przesyłają sobie internauci, do którego klip staje się filmem viralowym. Później okazuje się, że na koncert albo przychodzą nieliczni, bo nie ma sensu przychodzić dla jednego czy dwóch kawałków, albo – czego kiedyś sam byłem świadkiem – ktoś zagra swój największy przebój i publiczność pomału rozchodzi się do domów. Są też artyści, których popularność jest sztucznie pompowana przez media. Pojawiają się oni często w telewizji, można usłyszeć ich w radiu, ale tak naprawdę poza imprezami organizowanymi przez media, głównie przez telewizję, swoich koncertów praktycznie nie grają.

A w obliczu wzrostu Waszej popularności spotkaliście się z kradzieżą Waszej twórczości?

Właściwie to od samego początku mieliśmy założenie, które wynikało poniekąd z tego, że od wielu lat jesteśmy fanami muzyki metalowej i pamiętamy czasy, kiedy byliśmy jeszcze gówniarzami i odkładaliśmy sobie kieszonkowe na płyty, czy wtedy jeszcze kasety. Ze względu na ten fakt, stwierdziliśmy, że nie będziemy nastawiać się przede wszystkim na pieniądze. Zależało nam, żeby ludzie po prostu słuchali naszej muzyki i dlatego nasze albumy udostępniamy w całości na YouTube. W nietypowy sposób stawiamy opór piratom. Jeśli płyta Ci się spodoba, no to ją kup, jeśli nie kupisz – trudno. Ale ta nasza odwrotna psychologia, w naszym przypadku bardzo się sprawdza, bo po tym jak udostępniamy swoje albumy w sieci, sprzedaż płyty jest całkiem wysoka. Ludzie to doceniają, bo wiesz jak jest w Polsce. Jest takie trochę liczenie każdego grosza i kombinatoryka na każdym kroku, „kurde wydali płytę, ale bym sobie posłuchał, jakby tu ściągnąć, a może pożyczę, może z jakiegoś serwisu ukradnę, może ktoś już udostępnił na jakichś torrentach…”. A tu Nocny Kochanek wychodzi naprzeciw i mówi: proszę, posłuchaj sobie. Często słyszymy: „Chłopaki, super, że udostępniliście! Nie ukrywam, że najpierw przesłuchałem sobie w Internecie, ale potem płytę kupiłem. Podpiszecie mi?” I to jest fajne. Ostatnio mieliśmy spotkanie z fanami we wrocławskim Empiku. Podczas podpisywania płyt i robienia sobie zdjęć z przybyłymi, podeszły do nas po podpisy dwie dziewczyny w wieku około 17 lat z jakąś płytą w ręku. Na płycie napisane było „Nocny Kochanek, Randka w Ciemność”, a okładka była rysunkiem – odręcznym odwzorowaniem naszej okładki. Dziewczyny powiedziały nam, że nie mają hajsu, a bardzo chciały mieć album w formie fizycznej. Całość wyglądała trochę jak laurka dziecka z podstawówki. To było – nie bójmy się tego słowa – rozczulające. Okazało się, że wewnątrz pudełka dziewczyny nie mają naszej płyty, a słuchają jej z YouTuba. Jak zobaczyliśmy co dla nas przygotowały, to serca nam zmiękły i sprezentowaliśmy im nasz ostatni album.

Internet jest miejscem, o które artyści powinni walczyć, w celu kształtowania go pod opłacalność swoich działań i pewnego rodzaju nienaruszalność? Taka dyskusja odbywa się teraz, podczas obradowania nad słusznością artykułu 13 dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

Nienaruszalność praw to ważna sprawa. Natomiast sam artykuł 13 to jest kwestia dość kontrowersyjna. My otwarcie zaprotestowaliśmy, bo artykuł 13 zamknąłby drogę wielu kreatywnym twórcom. To, że ktoś robi jakiś pastisz, karykaturę czegoś albo cover i wrzuca go do sieci, nie musi przecież oznaczać, że jest złodziejem. Takim ludziom zostałaby zabrana możliwości pokazania się. Mam nadzieję, że politycy spojrzą bardziej przychylnie na wszystkich twórców, a przede wszystkim spojrzą na to wszystko bardziej trzeźwym okiem.

Internet jest też polem do nieustannej dyskusji, nierzadko przy tym wymiany emocjonalnych i bezwzględnych stanowisk. Ta kwestia uwydatniła się szczególnie gorąco przy ostatnich tragicznych wydarzeniach w Gdańsku. W związki z nimi, wiele osób publicznych poruszyło temat tak zwanego hejtu w sieci. Mam wrażenie, że to określenie dziś spowszechniałe, używane czasami nawet dla odparcia konstruktywnej krytyki. Co dla Ciebie znaczy hejt?

Najprostszą jego definicją jest obrażanie kogoś. Mam wrażenie, że tej konstruktywnej krytyki w sieci jest bardzo mało. Najczęściej w necie wypowiadają się osoby, które potrzebują atencji. Siedzą sobie zakamuflowane gdzieś w swoim domu, nic szczególnego w życiu nie osiągnęły, więc wchodzą na strony internetowe i jak pojawia się jakiś gorący temat to piszą jakąś bzdurę, często obrażając, czy to artystę, czy to polityka, czy ogólnie osobę publiczną, tylko po to, żeby później podobne im osoby zalajkowały ten komentarz. Wystarczy, że wrzucisz do sieci kawałek – musi pojawić się komentarz w stylu: „gówno”. I wtedy pod tym komentarzem idą łapki w górę, które dają osoby, którym też się to nie podoba, podbijając ten hejt. A twórca komentarza siedzi w domu, zaciera ręce i mówi: haha, zajebiście, wreszcie ktoś mnie dostrzegł. I cieszy się taki smutny człowiek. Bardzo ciekawym przykładem jest sytuacja, której doświadczył kiedyś Zenek (Kupatasa – przyp. red.) z zespołu Kabanos. Zenek nagrał kiedyś album zatytułowany „Pozdro dla kumatych” i wrzucił do sieci kawałek z tego albumu, który miał go promować. Pod tym kawałkiem znalazł się komentarz „Zenek, wiesz co, mam wrażenie, że wszystkie twoje ostatnie albumy są na jedno kopyto„. Ten komentarz akurat nie był wulgarny, komuś rzeczywiście mogła nie spodobać się piosenka i tak napisał. Natomiast ciekawe jest to, co wydarzyło się później. Zenek przeczytawszy ten komentarz, pomyślał sobie „Kurczę, a może by tak nagrać płytę dosłownie na jedno kopyto?”. I w ciągu następnych dwóch tygodni napisał materiał na płytę, nagrał ją i zatytułował „Na jedno kopyto”, bo każdy utwór miał taki sam rytm perkusyjny. Ale skąd przede wszystkim ten tytuł? Oczywiście z tamtego komentarza. I autor tego komentarza dowiedziawszy się, że Zenek tak zareagował, od razu wystosował do niego wiadomość, mega pozytywną, że jest mu bardzo miło, że jest super zaskoczony, że nikt go tak w życiu nigdy nie potraktował, że ktoś wziął jego komentarz do siebie, i że on jest w ogóle szczęśliwy, że Zenek nagrał taką płytę i że jest mu bardzo wdzięczy i teraz kupi wszystkie jego płyty. Ten komentarz pokazuje, że bardzo wielu ludzi wypisuje te komentarze, bo potrzebuje atencji, a może po prostu znajomych.

Poparliście akcję Artyści przeciw nienawiści. W jaki sposób artyści mogą zapobiegać hejtowi?

To jest trochę analogiczna sytuacja do kwestii rasizmu i tego jak podejmowane są próby jego niwelowania w świecie piłkarskim. Kto ogląda piłkę, na pewno zetknął się z hasłem: Say no to racism. Wydaje mi się, że nawet takie zwykłe hasło, które zostaje puszczone w eter, zapala lampkę w głowie „ok, oni są przeciwni, coraz więcej się tego słyszy, może warto się nad tym zastanowić”. My nie jesteśmy jakimiś moralizatorami, nie czujemy się też oratorami, nie będziemy na koncertach wygłaszali kazań na temat tego, że hejt jest zły. Ale jeśli my i inni artyści powiemy tu i tam, że jesteśmy przeciwni nienawiści, to może rzeczywiście ludzie zaczną dostrzegać problem. Żeby zapobiec tej nienawiści, niektórym przydała by się chyba po prostu jakaś terapia psychologiczna lub psychiatryczna. Jeżeli możemy chociaż w ten sposób pokazać swoje wsparcie tej akcji, jeśli chcemy pokazać, że jesteśmy przeciwni hejtowi, to po prostu to robimy.

Chciałbym wrócić na koniec do „Randki w Ciemność”. Wyprzedaliście już prawie wszystkie koncerty z trasy promującej album. Macie jeszcze jakieś oczekiwania względem tej płyty?

Jak już wrzuciliśmy „Randkę w Ciemność” do sieci, okazało się, że odzew jest bardzo pozytywny i zdecydowana większość komentarzy jest na tak. To jest płyta trochę inna niż pierwsza czy druga. Wydaje mi się, że jest trochę trudniejsza. Dlatego też mieliśmy obawy jak zostanie odebrana, ale w związku z tym, że została przyjęta bardzo ciepło, my tym bardziej, z jeszcze większymi uśmiechami na twarzach wyjeżdżamy w trasę koncertową. Jakie mamy oczekiwania? Fajnie będzie jeśli pozytywny odbiór płyty w sieci przełoży się na koncerty. Czyli krótko mówiąc, liczymy na to, że ludzie będą się dobrze bawić. A czy mamy jeszcze jakieś większe oczekiwania? Może okaże się, że za pół roku będziemy musieli grać w jeszcze większych klubach, czego właściwie możemy sobie życzyć i możliwe, że rzeczywiście tak się stanie. Na razie skupmy się na tym co tu i teraz, skupmy się na tym, żeby dawać sobie nawzajem radochę – żeby ta radocha płynęła od nas, ze sceny do ludzi, a żeby później wracała do nas. A zazwyczaj wraca, ze zdwojoną siłą.

Rozmawiał: Bartosz Grześkowiak

Podziel się: