NewsroomWywiady

WLKM.PL W ROZMOWIE Z NATALIĄ KUKULSKĄ: „Robić coś od serca”

To dla niej dobry czas. Właśnie odebrała Fryderyka za album nagrany wspólnie z Markiem Napiórkowskim, pokazała fanom nowy teledysk do piosenki ze swojej ostatniej, fenomenalnej płyty, a już teraz zaprasza niemałe grono odbiorców muzyki swoich rodziców na nie lada podróż – koncert poświęcony ich pamięci. Z jedną z najbardziej kultowych postaci polskiej sceny muzycznej rozmawiamy o powrotach do twórczości uznanych muzyków, właściwościach piosenek dla dzieci oraz konsekwencjach wymykania się konwenansom.

Już 26 maja na warszawskim Torwarze odbędzie się koncert „Życia mała garść” poświęcony twórczości rodziców Natalii – Annie Jantar i Jarosławowi Kukulskiemu. Dowiedzcie się więcej o wydarzeniu, czytając nasz wywiad.

Przywitała Pani wiosnę swoim wykonaniem piosenki Pani mamy, „Witaj mi”, w wersji, która powstała na jubileuszową płytę Andrzeja Kuryły, autora tekstu tego utworu. Piosenka rzeczywiście zachwyca tekstem, nowym wykonaniem, ale też świeżą aranżacją. Co Panią w niej do siebie przekonało, że podjęła się Pani tej współpracy?

Nie taka była kolejność działania. Wychodząc na przeciw inicjatywie Pana Andrzeja Kuryły, zdecydowałam się zrobić nową wersję tego utworu. Śpiewałam go w 2000 roku, na koncercie „Tyle słońca” poświęconym mojej mamie, z akompaniamentem fortepianu mojego taty, który jest kompozytorem tej piosenki. Pan Andrzej Kuryło, na którego jubileuszowej płycie znalazło się więcej utworów mojej mamy, pomyślał, że skoro śpiewałam „Witaj mi”, to może fajnie byłoby, gdyby to moje wykonanie pojawiło się na albumie wspominkowym. Wiadomo, że live z roku 2000 nie nadawał się na ten album, więc zostałam poproszona o nagranie piosenki na nowo, nawet z samym pianistą itd. Zgodziłam się, ale do zrobienia nowej wersji zaprosiłam Archie Shevsky’ego, kolegę, który gra ze mną w zespole, z którym tworzę czasem muzykę. Archie jest osobą niezwykle utalentowaną i ma bardzo ciekawe pomysły. W przypadku tej piosenki, kolokwialnie mówiąc, po prostu tak mu wyszło (śmiech). W naturalny sposób zainspirowała go pierwotna wersja. Kiedy pokazał mi efekt byłam zachwycona. Według mnie utwór nabrał zupełnie nowych kolorów, nie tracąc swojej melancholii. Podoba mi się to, że ta aranżacja jest dość minimalistyczna, ale ma jednak powiew nowoczesności i świeżości, co w przypadku podejmowania się coverów, ma dla mnie szczególne znaczenie. Uważam, że musi być jakiś nowy pomysł, jeżeli człowiek zabiera za swoją odsłonę piosenki.

Ostatnio dużo jest podróż w przeszłość wśród muzyków – wspaniałym artystom dedykuje się całe koncerty, odświeża się ich muzykę, nierzadko nowe wersje utworów stają się ponownie hitami – tak było w przypadku chociażby projektu Zalewski śpiewa Niemena, „Ach nie mnie jednej” w wykonaniu The Dumplings czy piosenki „Wszystko czego dziś chcę” w nowej wersji Brodki i A_GIMa. Myśli Pani, że to zjawisko jest tylko trendem czy naturalną potrzebą czerpania z monumentalnych dorobków twórców?

Myślę, że to nie jest trend, bo przez lata powstają nowe wersje znanych utworów, ale ostatnio rzeczywiście można zauważyć zwiększoną częstotliwość podejmowania się takich przedsięwzięć. Czasami pretekstem do nich są jubileusze artystów, których się coveruje, a czasem po prostu, te piosenki są tak mocno w nas zakorzenione, że one cały czas krążą, więc ktoś je łapie i podaje w nowym, ciekawym wymiarze. Wydaje mi się, że dzięki temu, że powstają takie wersje, piosenka ma dłuższe życie. Często młodzi ludzie nie znają oryginału i dowiadują się o piosence i o wykonawcy przez swoich teraźniejszych idoli. Więc oprócz tego, że może wyjść z tego fajna, nowa wartość, to możemy jeszcze zainteresować postacią artysty z przeszłości, nowe pokolenia. Wydaje mi się, że to jest bardzo fajne i tak było zawsze i chyba będzie.

Koncert „Życia mała garść”, który odbędzie się w maju, opisywany jest jako sentymentalna, ale wciąż poruszająca podróż, ukazująca ponadczasowość przesłania jakie niosła twórczość Pani rodziców. Na nim utwory zaaranżowane przez Adama Sztabę zaśpiewa grono cenionych muzyków. Miała Pani jakieś obawy w związku z organizacją tego przedsięwzięcia? Poczucie, że podejmuje Pani jakieś ryzyko, jako osoba sprawująca opiekę nad twórczością rodziców?

Nie czułam ryzyka, raczej wielką radość z tego, że mogą powstać nowe wersje wybranych utworów. Tak jak już powiedziałam, robienie nowych wersji ma dla mnie sens wtedy, kiedy człowiek tworząc je, przefiltrowuje piosenkę na nowo. Oczywiście mamy później publiczność, która ocenia – „ta wersja jest fajna, ta niefajna”. Bardzo nie lubię opinii „ale oryginał jest najlepszy”. Wiadomo, że oryginał to jest zawsze punkt odniesienia. Wiadomo też, że jeżeli ktoś podchodzi do oryginału, to nie po to, żeby zrobić kopię jemu jak najbliższą, tylko po to, żeby przefiltrować utwór przez własną wrażliwość i przedstawić go z trochę innej perspektywy. Oryginał już jest i do niego zawsze możemy wrócić. Nie mówimy więc o tym, czy ktoś jest lepszy czy gorszy, bo coś jest nowe, inne. Zapraszając do współpracy Adama Sztabę, wiedziałam, że on tworzy nowe aranżacje piosenek z totalnym wyczuciem. Jego wersje są zawsze bardzo szlachetne. W przypadku tego koncertu zagra je orkiestra symfoniczna połączona z Orkiestrą Adama Sztaby. Adam potrafi wyłuskać esencję piosenki i zostawić ją nienaruszoną. Bawi się harmonią, nastrojem, podbudowuje, dodaje dramaturgii i robi to z niezwykle dużym wyczuciem. Aranżacje stworzone na koncert „Życia mała garść” są wspaniałe. Koncert ten miał swoją premierę w 2012 roku i wiem jak został pięknie odebrany. To po prostu piorunująca dawka emocji. Przypominamy wartościowe piosenki – wcale nie zawsze są to te największe przeboje, udało też włączyć do koncertu kilka mniej znanych, ale równie pięknych piosenek. I one też cieszą się wspaniałym odbiorem publiczności. Takim przykładem jest utwór „Jestem zmęczony”, który mój tata napisał do musicalu „Wielki świat”. W oryginale śpiewał go Felicjan Andrzejczak, na koncercie 7 lat temu Czesław Mozil wywołał nią wielki aplauz publiczności, a teraz tę piosenkę będzie wykonywał Igor Herbut. Te interpretacje i aranżacje są ucztą muzyczną. Biorąc pod uwagę też to, że ten koncert jest poświęcony pamięci, to nie jest on tylko prezentacją muzyki, ale również opowieścią o życiu. Pokazana jest na nim „życia mała garść” – mała dlatego, że moi rodzicie, zwłaszcza mama, nie mogli nacieszyć się tym życiem za długo, ale za to zostawili wielki dorobek pełen treści, emocji i prawdy o człowieku. Czuć to również we wspomnieniach przyjaciół, którzy pojawiają się  na ekranach podczas koncertu.

Zwiastun koncertu „Życia mała garść”, który odbędzie się 26 maja na warszawskim Torwarze

Czy majowy koncert będzie utrwalony, podobnie jak koncert z 2012 roku? Czy powstanie jakiś zapis dla osób, które niekoniecznie wybiorą się na Torwar, a chciałby zajrzeć do środka?

Niestety, nie ma takich planów, więc trzeba się wybrać na Torwar (śmiech).

Taki powrót do kultowego repertuaru Pani rodziców to też szansa na przekonanie do ich muzyki młodszych słuchaczy. Zauważa Pani zwiększanie się grona odbiorców muzyki Pani rodziców?

Tak, zauważam takie zjawisko. To jest niesamowite. Czas wydłuża tę rozłąkę z artystą, a fanów przybywa. Mam tego dowody, kiedy chodzę na grób mojej mamy, widząc ilości zniczy – ta nie maleje, a czasami nawet zaskakuje, tych światełek jest jeszcze więcej. Często ludzie piszą do mnie, że na przykład poznali twórczość moich rodziców przeze mnie. Kiedy nagrałam piosenkę „Tyle słońca w całym mieście”, moimi odbiorcami była głównie młodzież i osoby w moim wieku, więc nie mogący pamiętać mojej mamy. A wiem, że potem zainteresowali się jej repertuarem.

Jeśli już wspomniałem o młodszych odbiorcach, to chciałbym zatrzymać się na chwilę przy temacie płyty z kołysankami, „Szukaj w snach”, nagranej razem z Markiem Napiórkowskim i pogratulować Pani Fryderyka. Mimo licznych dyskusji wokół tego formatu, to chyba ciągle najbardziej znacząca nagroda muzyczna w Polsce. Jak Pani uważa?

Myślę, że tak, bo to jedyny format, który polega na tym, że branża, czyli Akademia, składająca się z twórców, sama typuje zwycięzców. Jest to uznanie we własnym gronie, więc dla nas artystów to zawsze było dość ważne. Śmialiśmy się z Markiem, bo obydwoje mieliśmy już kilkanaście nominacji, ale jeszcze żadnego Fryderyka. Tym razem połączyliśmy siły i dwa minusy, dwa braki Fryderyków, dały nam plus – nagrodę. Oczywiście, mieliśmy też dużo szczęścia, bo płytą z kołysankami idealnie wpisaliśmy się w kategorię, która powstała. Ten album to nie jest do końca to, co robimy na co dzień, solowo. Ale też z drugiej strony, nagraliśmy tę płytę bez żadnej taryfy ulgowej, nie traktowaliśmy jej jako projektu na szybko, tylko pracowaliśmy tak, jakbyśmy nagrywali nasze płyty. Staraliśmy się zrobić ją z dokładnością, oddaniem, całym sercem i profesjonalizmem. Uważamy, że dzieci są bardzo ważnym odbiorcom, nie można im proponować byle czego, trzeba podchodzić do nich tak, jak do dorosłego, jeśli chodzi o precyzję i całą resztę. To są rzeczy, które później grają w dziecku i rozwijają. Jeżeli będziemy od małego prezentować im niewartościowe i bardzo banalne rzeczy, to prawdopodobnie to je zainteresuje, bo jest pstrokate, proste i szybko wchodzi do głowy, ale nie do końca je ukształtuje. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że „Szukaj w snach” to płyta niezwykle wyrafinowana, bo są to po prostu kołysanki. Te mają piękne melodie, solówki gitary grane przez Marka. Kompozycje są pozornie proste, bo melodię można sobie zaśpiewać w oderwaniu od studyjnej harmonii, ale ta potrafi z kolei zaskoczyć i dać dorosłym odrobinę przyjemności. Ja na przykład śpiewam te kołysanki mojej córeczce do snu. Włączając płytę, czy idąc na koncert, dorośli też mogą znaleźć w tym materiale coś dla siebie, nie będą znudzeni i znużeni. Dobre bajki i produkty dla dzieci są i dla dzieci i dla dorosłych – dzieci mają przy nich swoje momenty i chwile śmiechu, zabawy i zrozumienia, a dorośli – podwójne dno i możliwość wyjęcia z nich czegoś dla siebie. Często z bajek Disneya dzieci, jak i rodzice wychodzą zachwyceni i nie narzekają na to, że musieli pójść i poświęcić się specjalnie.

To wartościowe, że w kontekście tej płyty mówi się o jej bogatej warstwie muzycznej i o tym, że dzieciom też warto pokazywać świat muzyki od tej ambitniejszej strony. To chyba szczególnie ważne w czasach, kiedy głównym medium jest Internet – treści w sieci jest bardzo dużo, każdy może w niej coś udostępnić, więc lądują tam rzeczy różnej, często wątpliwej jakości. Ta treść łatwiejsza, ze względu na popularność, jest bardziej eksponowana, a dziecko ma do niej samodzielny dostęp. Da się z tego błędnego koła jakoś wyjść?

Będąc rodzicem, na pewnym etapie możemy dziecko prowadzić i decydować, do których treści chcemy, żeby miało dostęp, a do których nie. Myślę, że dlatego ten pierwszy etap jest niezwykle cenny. Są tacy, którzy uważają, że dzieciom od małego warto puszczać muzykę klasyczną czy jazzową, żeby je rozwijać. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby treść kierowana do najmłodszych nie była  za trudna, nie miała złych emocji, żeby ona jednak dotyczyła świata dziecięcego. Pamiętam, że kiedy nagrywałam swoje piosenki dla dzieci, często śpiewałam sobie pod nosem „Mniej niż zero” czy „Nie ma wody na pustyni”. Wspaniałe utwory, mające w sobie przebojowość, która dociera do dziecka, ale treściowo jednak odbiegające od jego świata. Moje dziecięce płyty muzycznie zostały potraktowane tak, jak dla dorosłych, ale ich treść była skierowana do najmłodszych. To były pierwsze piosenki dziecięce, które trafiły na listy przebojów z piosenkami dla dorosłych, co był przełomem w tym temacie. Także połączenie treści dziecięcej z profesjonalnym myśleniem muzycznym, nie ubanalnionym, gdzie grają świetni muzycy, daje efekt pełni. Od nas rodziców, zależy to, jak pokierujemy gustem dziecka, więc początek jest dość ważny.

Zauważyła Pani w podejściu swoich dzieci do muzyki jakieś rozwiązania, mody, które były dla Pani zupełnie nowe, zaskakujące?

Szczerze mówiąc nie, bo nasze dzieci wyrastały i niektóre jeszcze wyrastają, w naszym naturalnym środowisku, otoczone zewsząd muzyką. Efekt jest taki, że obcując z tym, czego my słuchamy, one dość szybko zweryfikowały, co jest dobre i nad czym warto zatrzymać się dłużej. Oczywiście były etapy, że przynosiły ze szkoły to, czego słuchali rówieśnicy, a to czego słuchają rówieśnicy bywa różne – są dobre popowe piosenki, są też niezrozumiałe trendy. Nasze dzieci dość szybko potrafiły to zweryfikować. Nawet kiedy miały moment jakieś fascynacji, to potrafiły później dostrzec, co jest
wartościowe, a co nie. Efekt jest taki, że zarówno z osiemnastoletnim synem, jak i trzynastoletnią córką słuchamy bardzo podobnej muzyki. Co więcej, czasami oni zaskakują nas i wynajdują nowych artystów i muzykę z obrębu naszych zainteresowań, dostarczając nam nowości. Więc też są szperaczami i fascynują ich ciekawe rzeczy.

Marek Napiórkowski, powiedział, że zawsze interesowało go to, żeby zachowywać swój głos w ramach podejmowanych różnych konwencji. Pani jako artysta występująca na wielu scenach i w rozmaitych projektach, też kieruje się taką zasadą?

Jak najbardziej. Wydaje mi się, że po tylu nagranych płytach i tak długim czasie bliskiego obcowania z muzyką, mam jakiś rodzaj własnego głosu i swojego języka. Mimo to nie lubię kisić się w swoim sosie. Uwielbiam wprowadzać do mojego świata nowe elementy, spotykać muzyków, którzy mnie inspirują do wychodzenia poza sferę swojego bezpieczeństwa, a połączenie naszych perspektyw skutkuje nową wartością. Jestem bardzo otwarta na współprace z muzykami z trochę innych dziedzin, na nowe brzmienia. Nie uważam, że to, co najlepsze w muzyce już było i już nic nowego się nie stanie. To nie jest tak, bo nowe perspektywy są ciągle w nas, w człowieku. Wrażliwość ludzi czasami potrafi być zaskakująca – powstaje tyle nowych płyt, pojawiają się nowi artyści. Jestem na to otwarta. Sama
nie mam ram, których chcę się trzymać. Kocham się zmieniać, kocham jak kształtuje mnie to z kim spotykam się przy muzyce czy nawet moja wyobraźnia. Jest jeszcze tyle ciekawych rzeczy do odkrycia i zrobienia. Chyba nie ma takiego momentu, w którym człowiek powie: ja już wiem, ja już to umiem, to jest już wszystko.

Niesamowicie zmieniła się Pani na przestrzeni lat – ktoś kto nie zna Pani ścieżki, porównując muzykę z Pani pierwszych płyt z brzmieniem „Halo tu Ziemia”, mógłby powiedzieć o wolcie. Mając na uwadze tę zmianę i drogę jaką Pani przeszła, zastanawiam się czy był taki moment, kiedy poczuła Pani jednak, że w którejś z szuflad, jakie lubią przydzielać muzyką obserwatorzy, było Pani wygodnie.

Nie. Szuflada zawsze wydawała mi się czymś ciasnym. Oczywiście są pewne zasady kategoryzowania muzyki, ale drażni mnie na przykład, płytki sposób, w jaki na portalach streamingowych proponowana jest podobna muzyka. To jest po prostu ewidentnie zrobione jakby z jakiejś naklejki, jakby ktoś nie słuchał mojej płyty, albo kategoryzował na podstawie mojej przeszłości, kiedy robiłam zupełnie inną muzykę. Wydaje mi się, że klasyfikowanie jest potrzebne do tego, żeby coś uporządkować, żeby łatwiej można było coś znaleźć, właśnie na takim portalu albo na półce w sklepie. Ale dla mnie jako muzyka, to jest zawsze niewygodne. Moja droga zaczęła się od popu z elementami soulu w latach 90., kiedy tego soulu, śpiewania wokaliz, melizmatów, chórków, groove’u i harmonii r’n’b było więcej. Do ostatniej płyty, którą wydałam w Universalu, czyli płyty „Natalia Kukulska”, na której okładce jest artwork –  dwa nałożone na siebie zdjęcia, na których wyglądam, jakbym wyrywała się z jakiś ram. Ta płyta rzeczywiście jest już bardzo eklektyczna, jest tam też bardzo dużo moich prób autorskich, jeśli chodzi o muzykę i słowa. Po tym albumie, po czterech latach, nagrałam kolejny – „Sexi Flexi”. I to był już materiał bardzo z charakterem a praca nad nim totalną zajawką. Od tej płyty zaczęło się zmieniać moje myślenie o muzyce. Przede wszystkim, zaczęłam robić muzykę autorską. Potem, współpraca z moim mężem, przyniosła nam obojgu rozwój w stronę brzmienia elektronicznego, synth popu i rzeczy, które bardzo kręciły nas z dzieciństwa. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych fascynacji, jak na przykład zespół Depeche Mode, ale też w ogóle całą gamę lat 80. Ta epoka bardzo w nas grała i postanowiliśmy dać temu upust. Później zaczęliśmy to rozwijać, przez co nasza muzyka stawała się może bardziej awangardowa i odważna. Mam nadzieję, że biorąc pod uwagę to, co zrobiłam na płycie „Światło” i to, co robię teraz, wykonałam progres. Dla ludzi, którzy słuchają piosenek radiowo zgrabnych, szytych na miarę, to co robię teraz może być zupełnym dziwactwem. Chociaż ja mieszam utwory stare i nowe na swoich koncertach i szczerze mówiąc, nie mam wrażenia, żeby te starsze były przyjmowane z ogromnym entuzjazmem, a nowe nie. Wręcz przeciwnie. Czasami byłam zdziwiona, że premierowe piosenki, jak było na przykład z utworem Kobieta, dostawały największy aplauz z całego koncertu. To dawało mi nadzieję, że warto robić swoje i iść własną drogą, a nie w kółko próbować dogonić swój największy przebój.

To na pewno intryguje duże grono słuchaczy. Nawiązując do odpowiedzi na Pani twórczość. Spotkała się Pani z przejawami nieszanowania swojej pracy?

No jasne. Nieszanowanie to jest bardzo łagodne słowo. Jest mnóstwo hejterów. Mój ulubiony absurdalny komentarz? „Nie słuchałem, ale nie podoba mi się”. Z krytyką mierzy się każdy, kto tworzy, a zwłaszcza, ktoś, kto stara się wyłamywać z ram i robić coś nieoczywistego. My kochamy to, co już znamy, kierujemy się pewnymi schematami, zestawiamy, dopasowujemy. Ja nie mam na myśli tego, że teraz robię niebywale oryginalną muzykę, nie o to mi chodzi. Robię ją na własnych zasadach. Dla mnie szczerość i frajda z tworzenia jest bardzo ważna. Cały czas walczę z tym, żeby nie wpaść w rutynę, bo rutyna dla muzyki i artysty moim zdaniem jest zabijająca. Oczywiście, mam szacunek do przebojów, bo dzięki nim mogę grać duże koncerty i ludzie mogę poznawać moje różne kolory, ale nie umiałabym opierać się tylko na przebojach. Za bardzo kocham swoją pracę i jej sedno, czyli muzykowanie. Skrzydła mi rosną wtedy, kiedy robię coś od serca, a nie bo muszę. To nie zawsze wszystkim się podoba, bo nie wszyscy rozwijają się razem ze mną. Niektórym może po prostu nie podobać się nowa estetyka i ja to rozumiem, bo jest nas wielu, więc mamy wiele kolorów muzyki, wiele jej gatunków. Ale moim zdaniem, na ten etap w moim życiu, jedynym słusznym sposobem działania jest bycie szczerym w stosunku do siebie i do słuchaczy. I właśnie to jest dla mnie szacunkiem do ludzi – nie oszukiwanie ich przez robienie czegoś z kalkulacją na efekt komercyjny. Zwłaszcza gdy muzykowanie ma być na dłuższą metę, a nie jeden czy dwa sezony.


Kup album „Halo tu ziemia!” z legalnego źródła


Nieszanowaniem pracy artysty jest również sięganie po jego muzykę do nielegalnych źródeł. Jak na przestrzeni lat Pani kariery zmieniło się podejście do tematu piractwa?

Wydaje mi się, że teraz ten temat wymknął się spod kontroli. Przez portale streamingowe trudno już powiedzieć co jest piractwem, a co legalnym używaniem muzyki. Jest ogólnoświatowe i ustawowe przyzwolenie na słuchanie muzyki za darmo. Oczywiście jest możliwość kupowania jej przez Internet, ale jeżeli ludzie mają do niej darmowy dostęp, jeśli tylko połączą się z Internetem, to skorzystają raczej z tej drugiej opcji. Nie można ich za to winić. My artyści z takich streamingów nie dostajemy prawie żadnych pieniędzy, to są strasznie niskie kwoty, co jest bardzo nie fair. Stało się tak, że jedynym sensem kupowania płyt jest ich wartość kolekcjonerska, kiedy chcemy zachować z materiału muzyka coś więcej czy wręczyć go jako prezent. Dla mnie płyta to również wizja plastyczna, opis, teksty piosenek, ciekawa grafika, zdjęcia, komentarze do utworów. Tego nie ma w streamingach, więc dla ludzi, którzy fascynują się muzyką to dodatkowa wartość. Ja kupuję płyty, które są dla mnie ważne po to, żeby o nich poczytać, pooglądać je, podotykać, mieć swój egzemplarz, fizyczną namiastkę tej sztuki.

Pani płyta „Bajki Natalki” z 1987 roku była pierwszą polską platynową płytą w historii. Dziś więc, sprzedaż płyty to już chyba nie najlepsza miara tego, że muzyka artysty oddziałuje.

No nie. Z perspektywy osoby, która kiedyś sprzedawała miliony egzemplarzy, to się bardzo zdewaluowało. W tym momencie złota płyta przyznawana jest za 15 tysięcy sprzedanych kopii, platynowa 30 tysięcy, a nawet tego nie udaje się osiągnąć. To jest jakaś przepaść. Mojej płyty „Puls” do dnia dzisiejszego sprzedało się około pół miliona sztuk, a podwójną platynę za trzysta tysięcy sprzedanych egzemplarzy dostałam jeszcze w roku premiery. Można się tylko uśmiechnąć na to, jak ten świat się zmienił na naszych oczach. Nie wiadomo kogo za to winić, po prostu postęp zmienił tę scenę i często miarą artysty jest po prostu jego sztuka  i ewentualnie koncerty.

W jakich momentach czuje więc Pani, że Pani praca jest doceniana?

Dla mnie nagrody są oczywiście miłymi akcentem, ale najważniejsze są dwa elementy, które powodują, że czuję satysfakcje z tego, co robię. Zawsze to się dzieje tu i teraz, czyli podczas koncertu, kiedy mam przed oczami ludzi, widzę ich twarze i wiem, że to jest nasz moment. Kiedy mam poczucie, że oni wychodzą z koncertu uniesieni, kiedy widzę, że mi to oddają, w postaci braw czy wstania na koniec koncertu. To jest ten moment, kiedy czuję, że ludzie wychodzą z kawałkiem mnie i że nastąpiło to niesamowite połączenie, bo muzyka w niezwykły sposób potrafi łączyć ludzi. To są chwile największej nagrody. Drugim z najważniejszych dla mnie aspektów jest poczucie, że pokonałam samą siebie, że o coś byłam lepsza, że o coś się rozwinęłam. Są momenty, kiedy ewidentnie to czuję, bo na przykład czegoś się boję, podejmuję jakieś ryzyko i to się udaje. Albo kiedy bardzo się napracuję. Ja bardzo lubię się napracować, nie lubię jak coś przychodzi mi łatwo, jakoś wtedy tego nie doceniam. Uwielbiam się napocić i wtedy czuję, że mam na coś wpływ. Wolę w tę stronę, niż gdyby sukces miał mnie zaskoczyć (śmiech). Jak Boga kocham, taka dziwna jestem.

Rozmawiał: Bartosz Grześkowiak

Zdjęcie: Zuza Krajewska

Podziel się: