NewsroomWywiady

WLKM.pl w rozmowie z Marceliną: „Lubię zmieniać krajobraz wokół siebie”

Musiała odpocząć od zobowiązań i spowszechniałej gonitwy, żeby stworzyć album, który lekkością przeprowadza przez kompozycję swoistego uroku i nieskrępowanej prezentacji nowych pomysłów. Efekt dobrego planu czy sprzyjających okoliczności? A może mieszanka obu tych rzeczy? Jakie miejsca odwiedza się, by energia twórcza uwalniała się sama? O tym i nie tylko, opowiedziała nam autorka jednej z najbardziej oczekiwanych premier ostatnich miesięcy.

Zanim przyszedł czas na „Koniec wakacji”, usłyszeliśmy „Lato” czyli klimatyczne EP, na którym znalazły się remiksy piosenek z płyty „Gonić burzę” oraz utworu „Znikam”, a także najbardziej elektroniczny, jak do tej pory, kawałek w Twoim dorobku, czyli tytułowe „Lato”. Całe wydawnictwo było krokiem, którego wielu Twoich słuchaczy mogło się nie spodziewać.

Marcelina: Na pewno. Chociaż piosenka „Lato” nie wzięła się  znikąd. Razem z Kubą [Karasiem – dop. red.] pracę nad tym utworem rozpoczęliśmy w ramach projektu, który finalnie się nie udał. Kuba miał za zadanie wybrać sobie wokalistkę, z którą chciałby stworzyć piosenkę. I tak, całkowicie przypadkiem – aczkolwiek moim zdaniem przypadki nie są przypadkowe i zdarzają się po coś – spotkaliśmy się, a ponieważ mieliśmy na to mało czasu, zrobiliśmy ten numer w jeden wieczór. Świetnie się dogadywaliśmy. Dla mnie to była odskocznia od muzyki, którą wykonuję na co dzień. Wiedziałam po tamtej współpracy, że to nie będzie ostatnia piosenka, którą będziemy mieli przyjemność stworzyć razem. Tak zaczęła się nasza wspólna droga. Utwór „Lato”, żeby nie leżał gdzieś na dnie szuflady, wykorzystałam na EP, które chodziło mi po głowie od jakiegoś czasu, przez to, że miałam już dużo propozycji na zrobienie remiksów moich piosenek. Postanowiłam te wszystkie remiksy umieścić w jednym miejscu, żeby nie rozpierzchły się gdzieś po Internecie. Dlatego powstało EP, mające zupełnie innych charakter niż to, co śpiewam na co dzień. Był to też zwiastun współpracy z Kubą.

Zwiastun współpracy, ale również nowego brzmienia, jakie przyniesie Twoja kolejna płyta?

Wtedy nie byliśmy jeszcze po rozmowach dotyczących robienia płyty, aczkolwiek chodziło mi po głowie to, żeby połączyć rock’n’rollowe, brudne gitary, charakterystyczne w mojej muzyce, z elektronicznym brzmieniem. Rozmawialiśmy z Kubą o jakiejś piosence, projekcie, niekoniecznie o całej płycie. Wkrótce potem doszło do takiego momentu, że ja musiałam zastanowić się nad tym, co dalej ze mną artystycznie i z moim nowym krążkiem. Postanowiłam wykorzystać to, że mam Kubę i że chodzi mi po głowie zetknięcie gitar z elektroniką, a jeśli myślę o elektronice w Polsce to myślę sobie o Kubie. Super, więc że to się udało.

Jak współpracuje się z Kubą?   

Bardzo dobrze. W naszym przypadku bezproblemowo. Już podczas pierwszej rozmowy opowiedziałam mu o pomyśle, żeby dorzucił od siebie troszkę elektronicznych brzmień, które chcę połączyć z gitarą. On się zajarał, bo miał ochotę zmienić klimat i tknąć trochę muzyki instrumentalnej – popełnić coś zupełnie innego od tego, co stworzył do tej pory w duecie z Justyną. Do projektu zaprosiliśmy Kamila Kryszaka, aka Holden, którego gra na gitarze cechuje się brudnym garażowym brzmieniem – takim, jakiego pożądaliśmy. Zrządzenie losu sprawiło, że każdy z nas miał wolne, a ja mieszkałam akurat w górach, więc pojechaliśmy sobie wszyscy w te góry i siedzieliśmy tam totalnie bez napinki. To był czas, kiedy skończył mi się kontrakt w wytwórni i wygasły mi różne współprace, więc byłam zupełnie wolna – również w głowie miałam przestrzeń, dzięki czemu mogłam zrobić co mi się, żywnie podobało. Czasu też miałam na to tyle, ile chciałam. To sprawiło, że pracowaliśmy sobie bardzo na luzie. Zrodziła się pomiędzy nami fajna przyjacielska relacja. I też to, że pracowaliśmy poza Warszawą spowodowało, że weszliśmy w tę płytę, cali sobą, bo nic nam nie przeszkadzało. Zżyliśmy się. Zapoznaliśmy się z inspiracjami, które przywiozłam ja, Kuba, czy Kamil, bo każdy był przygotowany na to, co chcemy osiągnąć i zabrał ze sobą rzeczy, które go inspirują. Słuchaliśmy tego non stop. Bardzo pozytywnie to wspominam, wręcz jak taką kolonie (śmiech).

Nastąpiło coś takiego jak zgrzyt osobowości? Uwydatniły się różnice między Wami?

Myślę, że jesteśmy już na tyle doświadczeni w tym, co robimy, że podejmując się współpracy wiemy, że ona się dobrze ułoży, a to, że wszyscy mamy temperamenty, że może się pojawić jakiś tam zgrzyt, wiedzieliśmy. Nie był to jednak zgrzyt typu toxic, który zepsuł trzy dni i unosił się w powietrzu. Były to starcia na zasadzie „to jest super, ale ja tego nie czuję, nie rozumiem, spróbujmy inaczej”. I jedno albo drugie przekonywało się do czyjegoś pomysłu. Coś bardziej w formie brainstormingu niż stormingu, który zalewa okoliczne wsie. Na spokojnie.

Wspomniałaś o wspólnym zapoznawaniu się z inspiracjami. Jakie były twoje muzyczne inspiracje?

Mieliśmy dużo playlist, które były naszymi wytycznymi. Dla mnie przy tej płycie główną inspiracją była Aleksandra Savior. U niej słyszalne jest to kobiece granie – ona ma taki subtelny wokal, troszkę brudny, bluesowo zawodzący, sama nie wiem jak to nazwać. Jej muzyka jest świetnie wyprodukowana i przede wszystkim słychać w niej połączenie przesterowanych gitar z syntetycznymi bębnami. To było coś, co zarezonowało ze mną i stało się moją wytyczną przy pracy nad płytą. Ale słuchaliśmy też bardzo dużo Beatlesów czy muzyki francuskiej, w stylu La Femme, zespołu, który z resztą w tym roku, co było dla mnie dobrym omenem, występował na Open’erze. Miałam przyjemność grać koncert w ten sam dzień co oni, więc zmiksowaliśmy się gdzieś na backstage’u, co było okazją do tego, żeby podziękować im za to, że przyczynili się do inspiracji przy tworzeniu mojego albumu. Inspiracją byli też Tame Impala. Być może jak sypię tymi nazwiskami, to wydaje się, że pochodzą one z zupełnie innych bajek, natomiast elementy każdego z tych rodzajów muzyki są słyszalne w piosenkach na „Końcu wakacji”, jestem w stanie je wykazać (śmiech).

„Koniec wakacji” to płyta, na którą słuchacze musieli czekać najdłużej ze wszystkich Twoich dotychczasowych wydawnictw. Czas oczekiwania na ten materiał miał wpływ na to, jaka ona jest?

To przede wszystkim miało wpływ na to, jaka jest ta płyta. Ja czułam już, może  niekoniecznie, że działam pod presją, ale że gdzieś pędzę, być może sama sobie ten pęd narzuciłam. W każdym razie, kiedy wygasły mi wszystkie kontrakty to złapał mnie luz – postanowiłam po prostu wyjechać i odpocząć. Oczywiście pracowałam w międzyczasie, byłam zapraszana na różne kolaboracje, koncerty projekty itd., ale nie koncertowałam ze swoim materiałem. Skazałam się na pobycie sama ze sobą, pootwieranie szufladek w głowie. Również to, że spędziłam rok w górach, więc dużo czasu na łonie natury, przewietrzyło mi głowę. Kiedy wiedziałam już, że chcę zabrać się za ten album to czułam, że wszystko zostaje mi podłożone pod nogi – czas wolny Kuby, spotkanie z Kamilem Kryszakiem, to, że znajomi udostępnili nam swój dom. Okazało się, że moja przerwa w górach nie była marnotrawieniem czasu czy gwiazdorską zachcianką, tylko była potrzebna do tego, żeby mogły wyrobić się ścieżki pomocne później przy pracy nad płytą. Kiedy już wyjechaliśmy, chłopacy byli mi wdzięczni za super pomysł, fajne miejsce, dobrą energię, spędzony czas. To udzieliło się nam wszystkim. Miałam piękną odpowiedź na swoje trochę nieróbstwo przez rok – czasami nieróbstwo jest potrzebne do tego, żeby wejść w pracę z podwójną siłą, mieć z niej satysfakcję i przyjemność.

Myślę, że na tej płycie słychać brak presji, o którym mówisz, tak samo jaki Twój kontakt z naturą. „Koniec wakacji” to ciągle Marcelina, która serwuje nam bardzo sensualne teksty, przynoszące na myśl obrazy związane z przyrodą. Są „oczy psa”, „fioletowy zachód nad Warszawą”, „gwiazdo nad łąkami” czy „czarne jagody”.

Jestem bardzo zżyta z naturą. Urodziłam się w Beskidach, teraz właśnie wyemigrowałam w Karkonosze. Natura jest dla mnie bardzo ważna. Jestem też psiarą – wszędzie zabieram ze sobą mojego psa. W trudniejszych momentach, kiedy odczuwam natłok myśli, wsiadam w auto i wyjeżdżam się gdzieś przewietrzyć. Wtedy czuję, że jestem tak całkowicie wolna. Zdarza mi się jechać do sklepu i… nagle skręcić na autostradę i pojechać na przykład nad morze. Bardzo lubię zmieniać krajobraz wokół siebie. Dużo z tego czerpię.

Singlowe „Tańcz” jest z kolei obrazem totalnej apokalipsy. Ty zamiast uciekać i ratować się przez zagrożeniem wolisz… po prostu tańczyć. To metafora wrzucenia na luz i odcięcia się od pojawiających się problemów?

To jest piosenka o tym, żeby żyć tu i teraz. Zauważyłam, że ludzie mają tendencję do tego, żeby nieustannie rozpamiętywać przeszłość i planować przyszłość. Jestem oczywiście za tym, aby się uświadamiać i wiedzieć, co dzieje się na świecie – nie można tak totalnie się od tego odciąć, nie o to mi chodzi. Mam na myśli to, że jak robimy detoks dla ciała – pijemy wybranego dnia soki, żeby oczyścić się z toksyn – tak samo głowa potrzebuje tego detoksu. Warto jest raz na jakiś czas gdzieś wyjechać i skupić się na odczuciach nie z zewnątrz, a z wewnątrz. Ciało, daje nam bardzo dużo sygnałów. Doświadczyłam tego w tym roku, w którym intensywnie uprawiałam sporty i przebywałam na świeżym powietrzu, w tej samotni. Wydaje mi się właśnie, że sport czy taniec są czynnościami, które siłą rzeczy nas uziemiają. W piosence „Tańcz” historia dwóch ludzi, którzy zakochali się w sobie, jest wątkiem pobocznym. Najważniejszą puentą tej piosenki jest hardkorowe zobrazowanie tego, że wszyscy uciekają, bo nie wiadomo co się dzieje. Ale co z tego, jeśli wszyscy mamy za chwilę umrzeć? Jeszcze przez chwilę przeżyjmy to, co jest tutaj przyjemne, bo dużo mówimy o tym, co byśmy chcieli, ale mało tego robimy. Ja sama widzę to po sobie. O tym zaśpiewałam w tej piosence.

Przy okazji nowej płyty mówisz też o większej niż dotychczas dawce humoru w swoich piosenkach.

Jest tutaj troszkę więcej rzeczy z przymrużeniem oka. To już nie do końca płyta autobiograficzna czy terapeutyczna dla mnie. Nie była mi to płyta potrzebna do tego, żeby zrzucić jakiś ciężar. Bardziej wynikła ona z tęsknoty za muzyką, za sceną, za tworzeniem. Dlatego jest totalnie pozytywna, nawet jeśli znajdują się na niej jakieś wyraźniej sentymentalne kawałki. Ponieważ praca nad płytą przypominała bardziej kolonie, ta energia przeniosła się na teksty. Zawsze, jak piszę jakąś piosenkę, to mam przed oczami obrazy, które już mniej więcej nakreślają to, o czym chciałabym zaśpiewać. Siłą rzeczy, współpraca z chłopakami, która przebiegała dosyć wesoło, natchnęła mnie do tego, żeby spojrzeć na wszystko z przymrużeniem oka. Piosenka „Chemia z Niemiec” jest na przykład totalnie śmieszną opowieścią, o dziewczynie która ogląda serial, zajada się czipsami i rozpamiętuje to, że oszukał ją chłopak. To nie do końca jest moja historia, bardziej komediodramat Woody Allena.

„Koniec wakacji” w wielu aspektach różni się więc od bardziej nostalgicznego, akustycznie wybrzmiewającego „Gonić burzę”. Z twojej perspektywy polski słuchacz lubi kiedy artysta się zmienia? Na naszym rodzimym podwórku mamy wiele różnych przypadków tego, jak zmiana na którą decyduje się muzyk, odbierana jest przez jego obserwatorów. Kiedy Brodka z płyty na płytę diametralnie odświeża swój wizerunek, raczej są to metamorfozy nagradzane, chwalone przez publiczność. Innym przypadkiem jest Piotr Rogucki, który nierzadko dostaje po głowie od słuchaczy Comy, realizując swoje pozostałe przedsięwzięcia.

Myślę, że to zależy od tego, jak radykalna jest zmiana. Piotr ma na tyle utrudnione zadanie, że jest bardzo mocno kojarzony z Comą. Coma jest zespołem, więc tam siłą rzeczy jest wiele głosów dotyczących tego, jak finalnie zabrzmi album. Ale jest też Piotr Rogucki jako solowy artysta, który ma tylko swoje rzeczy w głowie i chce je wdrażać w życie. Myślę, że każdy artysta jest wolny i może robić to, co mu się podoba. Każdy z nas rozwija się na polu prywatnym i muzycznym i każdego inspirują nowe rzeczy, więc czasami przychodzi ochota dokonania radykalnej zmiany. To, czy ta zmiana się spodoba czy nie, jest już osobną kwestią. Myślę, że każdy artysta, z grupy artystów nieproduktów, jest w stanie ponieść ryzyko, bo na miejsce starych fanów, którzy się obrazili, przychodzą nowi. Takim twórcom więcej satysfakcji przynosi to, że wypuszczą coś, z czym się utożsamiają niż to, że spadną w notowaniach na jakiś tam listach. Kiedy ja robię muzykę, to nie zastanawiam się nad tym, jak zostanie ona odebrana, bardziej chciałabym, żeby ta muzyka podobała się mi i żeby rzeczywiście oddawała to, co miałam na myśli. Wydaje mi się, że na razie moje płyty nie są tak daleko od siebie położone, żeby ktoś miał się obrażać (śmiech). Ale ja jestem sama, więc jest mi łatwiej.

Potrafiłabyś opisać swoją grupę odbiorców?

Myślę, że to są tacy normalni, fajni ludzie w wieku między końcem liceum a 40 rokiem życia. I mam wrażenie, że Ci ludzie są bardzo podobni do mnie. Często po koncertach rozmawiam sobie z nimi i poza tematami związanymi z trasą, płytą czy pisaniem piosenek, przewijają się pytania o to, gdzie chciałabym wyjechać w podróż, co zobaczyć, są pasjonaci zimowych sportów dopytujący o trasy w Karkonoszach, narty, sprzęt itd. Tak więc, mam wrażenie, że przyciągamy się na zasadzie podobieństwa, wrażliwości.

Masz ogląd na to, w jaki sposób ci ludzie słuchają twoich piosenek? Zauważyłaś jakiś trend dotyczący źródeł, do których sięga się dziś po muzykę?

Wydaje mi się, że serwisy streamingowe już na dobre wejdą do codziennego użytku, bo są po prostu wygodne. Dzięki nim załadowaną w telefonie muzykę, mamy wszędzie ze sobą. Możemy z nią na przykład podróżować, nie taszcząc ze sobą pudła płyt, które jednak się rysują itd. Natomiast równocześnie przychodzi moda na to, żeby sięgać po analogi – winyle, czy wręcz nawet kasety. Wydaje mi się, że ta moda będzie cały czas zataczała kręgi. Z drugiej strony, płyty kupują ludzie, którzy są kolekcjonerami wydawnictw danego artysty czy danego gatunku muzyki – po prostu lubią mieć album jako pamiątkę z podpisem, czy z włożonym w środku wspólnym zdjęciem z artystą. Myślę, że siłą rzeczy, płyta będzie właśnie takim elementem kolekcjonerskim, całkowicie nie umrze. Uważam też, że zawsze będzie nośnik, który będzie aktualnie w modzie, tak jak teraz winyl. Niestety, wiele firm zmusza nas do tego, by przestać słuchać muzyki z tradycyjnych nośników. Ostatnio oglądałam samochód i byłam przerażona tym, że nawet w super wersjach, nie ma już odtwarzacza do płyt. Załamałam się. To jest przerażające, a z drugiej strony wszystko idzie z duchem czasu i trzeba się liczyć z tym postępem. Serwisy streamingowe pewnie będą się udoskonalać w tym, żeby nikt na nich nie tracił. Natomiast cały czas są ludzie, którzy po koncertach przychodzą z płytami i przynoszą na przykład wszystkie trzy czy teraz już cztery albumy do podpisu. To jest bardzo miłe, że ktoś je kolekcjonuje, trzyma na półce i słucha sobie czasem.

Ty też właśnie w taki różnorodny sposób słuchasz muzyki?

Tak. Ja sama nie odcinam się od streamingu, używam Spotify czy innych portali, bo są wygodne i dla mnie bardzo odkrywcze przez to, że podsyłają mi muzykę według pewnych algorytmów. Dzięki temu odkrywam dużo brzmień i uważam, że to jest bardzo przydatne ludziom spoza branży. My siłą rzeczy żyjemy muzyką, nowościami, otaczamy się muzykami i każdy cały czas mówi o tym, co nowego odkrył. Ludzie spoza tego kręgu też są głodni nowości, a czasem nie wiadomo gdzie szukać. Te portale troszkę w takich poszukiwaniach pomagają. Bo można wpisać sobie w ich wyszukiwarkach Marcelina, Micromusic, Brodka i za chwilę dostaniemy propozycję posłuchania dziesięciu innych młodych zespołów, odkrywając na przykład Kasię Lins, którą warto odkryć. Podobnie jest z playlistami pod nastroje, które tworzą się wręcz same, również przyczyniając się do odkrywania. Cieszę się, że są te portale. Nie krytykowałabym ich, a swoją drogą to, czy my na tym zarabiamy czy nie, to już osobna kwestia.


Posłuchaj i kup „Koniec wakacji” z legalnego źródła


To na pewno też pewnego rodzaju narzędzie do walki z piractwem. Legalna alternatywa dla słuchaczy poszukujących muzyki w Internecie.

Dokładnie. Dla mnie przede wszystkim najważniejsze jest to, że muzyka na tych portalach udostępniana jest w odpowiedniej jakości. Kiedy produkuję album co do każdego drobnego dźwięku, to przynajmniej mogę mieć pewność, że na takich serwisach ludzie słuchają tego w takiej jakości, w jakiej ja to wypuściłam, a nie ściągają z niewiadomego źródła, gdzie coś tam trzeszczy i pierdzi, bo było trzydzieści razy przetwarzane. Więc ja nie obrażam się na portale streamingowe, sama ich używam i polecam. Trzeba iść z duchem czasu.

Jesteś już w pełni gotowa, żeby udostępnić ludziom swój nowy materiał?

Siłą rzeczy jestem gotowa. Nie wiem czy każdy artysta, ale ja przynajmniej mam tak, że jeszcze ciągle chciałabym coś w tym materiale udoskonalać, natomiast potrafię powiedzieć sobie stop. Zawsze jednak, kiedy pierwszy raz słucham albumu na krążku trochę się boję, że będę chciała coś na nim zmienić, a to będzie już przecież nie do zmienienia. Wtedy też myślę sobie, że każda płyta to jakaś historia i ta historia jest zawarta w tym ostatecznym efekcie, jeśli nawet nie od końca perfekcyjnym, co oczywiście słyszę pewnie tylko ja, a nikt inny. Cóż, takie zboczenie zawodowe. Ale nie mogę się doczekać tego krążka fizycznie – kiedy w końcu wezmę go do ręki.

Masz swoją ulubioną piosenkę z tej płyty?

Mam kilka. Piosenka „Dinozaury” jest sentymentalnie dla mnie ważna, ponieważ pisałam o ukochanej osobie. Jest też piosenka „Niby Nic”, którą bardzo lubię, utrzymana we francuskim klimacie, z pięknym tekstem Gaby Kulki. No i piosenka „Candy Blue” – myślę, że ona jest zupełnie inna niż to, co tworzyłam dotychczas. Tak na prawdę lubię wszystkie utwory z tego albumu. Każdy kawałek ma swoją historię i każdego dnia, wymieniłabym pewnie trzy inne ulubione piosenki, bo to zależy od nastroju w jakim się jest. Koncertowo też mam innych faworytów. To jest teraz zdecydowanie moja ulubiona płyta (śmiech), z mojego dorobku.


Przeczytaj recenzję „Końca wakacji”


Rozmawiał: Bartosz Grześkowiak

fot. Weronika Kosińska

Podziel się: