NewsroomWywiady

WLKM.pl w rozmowie z CeZikiem: „Zawsze chciałem wydać płytę”

Był jednym z pierwszych polskich twórców, któremu udawało się przyciągać w Internecie olbrzymią ilość odbiorców. Znany z kreowania humorystycznego kontentu, oryginalnych umiejętności i ogromnego talentu CeZik, postanowił wydać płytę. Dlaczego teraz i czym jest debiutancki album dla internetowego instrumentalisty? O efektach bycia niezależnym i zmianie muzycznej ścieżki opowiedział nam Cezary Nowak.

Przed naszą rozmową zrobiłem sobie małą sondę, rozeznanie wśród moich znajomych. Okazało się, że wszyscy, z którymi rozmawiałem znają CeZika. Najczęstsze wyrażenie, które padało jako odpowiedź na moje pytanie „Z czym kojarzy Ci się CeZik?” to określenie nowa jakość, pojawiło się nawet duże słowo prekursor. Tak sobie myślę, że bycie nazywanym za swój start prekursorem to chyba wymarzona sytuacja dla twórcy.

Nie mam pojęcia dlaczego ludzie nazywają mnie prekursorem. Nie wiem za co przysługuje mi taki tytuł. To jest oczywiście miłe, natomiast zupełnie się z tym nie identyfikuję, bo nie wiem na czym polega moja innowacyjność. Moim zdaniem nie ma we mnie, ani w mojej twórczości niczego innowacyjnego. Jeśli ktoś tak mnie opisuje, to ja oczywiście nie będę się kłócił. Jest to miłe, ale sam nie potrafię się z tym identyfikować.

Przy „Ambiwalniętym” dziennikarze często mówią o zaszufladkowaniu Cię w wizerunku internetowego twórcy zabawnych treści. Nawet jeśli jest to pewnego rodzaju szuflada to taka, która Ci uwiera?

Pewnie trochę tak, ale nie będę z tym w żaden sposób walczył. Żadnej z rzeczy, które robiłem do tej pory nie mam zamiaru się wypierać. Na tamten moment pasowały do mnie i wszystkie były w zgodzie z moim ówczesnym zamysłem artystycznym. Z wiekiem człowiek zmienia podejście do różnych rzeczy i szuka nowych dróg. Forma prezentowana przeze mnie do tej pory, skupiona w dużej mierze na śmieszkowaniu i pajacowaniu, zaczęła być odległa od dojrzałości, która dopadła mnie z czasem. Zupełnie nie dziwi mnie to, że jestem łączony z rzeczami, które robiłem przez dłuższy okres. Osobiście, artystycznie chciałbym iść w innym kierunku.

Punktem wspólnym dla Twojej internetowej twórczości i „Ambiwalniętego” jest zdecydowanie poczucie humoru i ogromny dystans do świata.

To faktycznie jest zachowaną częścią wspólną i pewnie będzie towarzyszyło mi już zawsze. To jest po prostu jakąś częścią mojego charakteru.

Na ile Internet, miejsce, w którym można przeczytać o sobie wszystko, ale też wszystko o innych, jest dobrą przestrzenią do budowania sobie tego dystansu do świata? Dzisiaj kluczem jest chyba bardziej wyłączenie się z sieci niż nieustanne w niej przebywanie. Jak to bywało u Ciebie, w okresie ogromnej popularności na Twoje viralowe nagrania? Często musiałeś wychodzić z sieci dla zachowania czystej głowy?

Nie, właściwie to nie wychodziłem. Do tej pory nie wychodzę specjalnie z Internetu. Chociaż to zależy, bo ja dzielę sobie ten temat na dwa obszary. Internet jako technologia codzienna, której używam do kontaktowania się z innymi – medium, z którego nie bardzo mógłbym wyjść, bo straciłbym kontakt z ludźmi, straciłbym płynność swojej pracy itd. To jest już chyba coś naturalnego społecznie. Jeśli chodzi o tę część artystyczną, to wcześniej zdecydowanie dużo częściej siedziałem w Internecie i śledziłem pewne trendy, czytałem na swój temat, czytałem komentarze i sprawdzałem jaki był odbiór tego, co robię. Od pewnego czasu przestałem tak intensywnie to sprawdzać. Wydaje mi się, że jednak trzeba mieć mocą psychikę, żeby śledzić takie rzeczy na bieżąco oraz bardzo duży dystans do siebie i swojej twórczości. Ja, żeby jednak nie zamęczać się tak bardzo, uznałem, że chyba lepiej odciąć się od tego i nie czytać wszystkiego, nie starać się wszystkim dogodzić, bo to jest po prostu niemożliwe. Żyje się trochę prościej kiedy o pewnych rzeczach się nie wie i cały czas nie boksuje się z tym, co myślą i piszą ludzie.

Mimo tej ogromnej popularności udało Ci się zachować niezależność internetowego twórcy. Pojawiły się w tamtym okresie jakieś osoby trzecie, które mówiły Ci, że mają na Ciebie inny pomysł, chciały wpłynąć na Twoją wrażliwość jako twórcy?

Nie, raczej nigdy nie miałem propozycji stricte producenckich. Nikt nie przyszedł i nie powiedział: Słuchaj, zrobię z ciebie super gwiazdę wielkiego formatu. Nie wiem, może nikt nie czuł, że jestem podatnym materiałem  i dobrze, bo nie jestem otwarty na to, żeby oddać się w ręce kogoś, kto zrobi ze mnie kogoś zupełnie innego. Takich propozycji nie było, ale pojawiały się propozycje czysto marketingowo-biznesowe. Chciano, żebym coś zareklamował, żebym wystąpił w tym czy w tamtym. Zazwyczaj odmawiałem takich rzeczy, bo nie czułem się zupełnie swobodnie w czymś, co nie do końca płynie ode mnie tylko jest propozycją wymyśloną przez kogoś innego. Miało to swoje plusy i minusy, bo przez te lata rzeczywiście zrobiłem niewiele rzeczy nie związanych ze swoją twórczością, ale to też przekłada się na to, że nie zarobiłem wiele pieniędzy. Coś za coś. Pozostanie niezależnym jest oczywiście fajne z mentalnego punktu widzenia, ale z punktu finansowego nie do końca.

Przy „Ambiwalniętym” zachowałeś sobie tę niezależność, ponieważ zdecydowałeś się na crowdfunding. Co tak naprawdę najtrudniejszego jest przy takiej formie wydawania płyty?

Patrząc na wszelakie zbiórki, to chyba po prostu zebranie pieniędzy, minimalnej kwoty potrzebnej do zrobienia albumu. W moim przypadku obyło się bez jakiś wpadek, bo bardzo szybko zebrałem potrzebną kwotę, a nawet ponad. Nie spodziewałem się tego zupełnie, że po trzech latach nieobecności ktoś będzie chciał wspierać mój projekt, ludzie chyba z sentymentu chętnie się zrzucili i dzięki temu mogłem go zrealizować.

Co skłoniło Cię do podjęcia decyzji, żeby teraz wydać album – zbiór utworów – po tym jak przyzwyczaiłeś słuchaczy do publikowania pojedynczych piosenek w Internecie? Pytam o to, bo od jakiegoś czasu mówi się o tendencji do pozostawiania muzyki w sieci, o zaniku płyty CD, na którą niedługo mają decydować się nieliczne osoby.

Powody są różne. Jeden z nich jest powodem po porostu sentymentalnym – zawsze chciałem wydać płytę. Czułem, że to fajnie jest mieć album – skondensować piosenki i mieć to w jakiejś ładnej formie wizualnej, sensownej pod kątem artystycznym. Używając wielkich słów – po prostu chciałem spełnić swoje marzenie. Natomiast myśląc tak pragmatycznie, to grając koncerty, forma wydawania pojedynczych klipów, czyli singli, ma pewien minus. Jeśli pracuje się nad klipem bardzo długo, a chciałoby się mieć możliwość odświeżania materiału  na koncertach, to trzeba byłoby zrobić tych klipów bardzo dużo w krótkim czasie, żeby móc pojechać w trasę. Jest to oczywiście trudne, bo faktycznie trzeba poświęcić parę lat na to, żeby wydać kilkanaście takich klipów. Prościej było mi nagrać płytę, gdzie warstwa wizualna nie jest istotna, więc pomyślałem, że może jeśli nagram płytę i będzie ona dobrze przyjęta, to będę mógł pojechać w trasę z sama płytą i przez jakiś czas grać koncerty z materiałem z niej. Myślałem czysto logistycznie.


Kup album „Ambiwalnięty” z legalnego źródła


Sam w jaki sposób słuchasz muzyki? Do jakich źródeł po nią sięgasz?     

Generalnie bardzo długo nie słuchałem muzyki w ogóle, mówiąc szczerze, nie przepadałem za tym. Może dlatego, że jak zajmuję się muzyką na co dzień, to nie mam ochoty jeszcze po godzinach męczyć głowy i uszu kolejnymi dźwiękami, tylko wolę odpocząć. Pewnie też dlatego, że obawiam się nieświadomego inspirowania się kimś. Jeśli będę słuchał dużo muzyki to potem tworząc swoją, przez przypadek kogoś skopiuje, mając w głowie jakąś zasłyszaną wcześniej melodię. Natomiast ostatnio zacząłem sobie słuchać trochę muzyki automatycznie zainstalowałem Spotify i wykupiłem sobie plan premium. Mówiąc szczerzę, na tę chwilę to dla mnie najbardziej wygodna forma słuchania muzyki, bo nie trzeba niczego ściągać, szukać po omacku. Po prostu wpisuje się hasło w wyszukiwarkę i wszystko jest na talerzu. Dla mnie bomba. W ogóle nie byłem świadom, że streaming jest tak powszechny w tej chwili.

Sieć jest miejscem, gdzie artysta może czuć się bezpiecznie?

Ja się czuję bezpiecznie. Mam świadomość, że ciężko jest chronić swoje prawa w sieci, bo wystarczy coś kopiować i już, każdy ma co chce w takiej formie, w jakiej chce. Natomiast na YouTube, gdzie mam większość swoich rzeczy, czuję się chroniony. Tam dość dobrze działa system ochrony treści. On automatycznie wyłapuje naszą twórczość na obcych kanałach i blokuje ją, albo przerzuca monetyzację na nas, oryginalnych artystów. Więc na YouTube to jest super zrobione. Widzę, że w czasach streamingu piractwo będzie odchodziło do lamusa, ponieważ prościej jest wydać tych parę groszy i mieć całą bibliotekę muzyki bez ograniczeń, niż szukać gdzieś po jakiś torrentach pojedynczych albumów, bo to po prostu jest mniej wygodne.

Wspomnieliśmy już o warstwie tekstowej „Ambiwalniętego”, a mnie interesuje również warstwa muzyczna tego albumu. Ta jest lekka, spokojna, jazzowa. Skąd taki kierunek? Chciałem zapytać Cię o inspiracje, ale przyznałeś przed chwilą, że nie słuchałeś przed samym tworzeniem płyty zbyt wiele muzyki.

Nie słuchałem przez ostatnie lata, ale w młodości słuchałem dużo więcej. W okresie tuż po wstąpieniu w dorosłość, zafascynowałem się muzyką jazzową. Nazwijmy ją popową jazzową, bo nigdy nie zgłębiałem korzeni tego gatunku. Smooth Jazz Cafe Marka Niedźwieckiego był dla mnie fajnym wyznacznikiem, jazz był tam podany w bardzo przystępnej formie. To jest inspiracja, którą odkopałem i wróciłem do niej po latach, do niej też zawsze ciągnęło mnie najbardziej. Do momentu, gdy nie postanowiłem nagrać płyty, nie bardzo wiedziałem w jaki sposób mógłbym tę inspirację wykorzystać. Teraz postanowiłem, że to gatunek, w którym chciałbym się osadzić.

W jakich przestrzeniach koncertowych wyobrażasz sobie wybrzmienie „Ambiwalniętego”?

Na razie w żadnych, bo nie planuję póki co żadnej trasy. Teraz obserwuję przyjęcie tej płyty i jej sprzedaż, to czy odniesie sukces komercyjny czy nie. Jeśli nie, to podejrzewam, że nie pojadę w trasę, bo nie będę widział zainteresowania słuchaczy. A jeśli miałbym jechać to myślę, że będę to robił tak jak dotychczas, czyli będę grał w jak najmniejszym składzie, bo to jest dla mnie najprostsza forma. Nie wiem czy będę chciał, tak jak do tej pory, wykorzystywać nowe technologie, używać looperów, samplerów i innych cudów, czy będzie to bardziej podane w formie klasycznej, bardzo akustycznej. Jeszcze nie myślałem o tym.

Jakie głosy doszły już do Ciebie odnośnie tej płyty?

Wydaje mi się, że przeważają głosy pozytywne, ale są też takie, które mówią, że jakby nie patrzeć, to nie jest płyta bardzo komercyjna. Nie nastawiałem się absolutnie na to, że radia komercyjne będą ją grać, a moim zdaniem jeśli wydaje się album i chce się zaistnieć w klasycznej formie, a nie w Internecie, to radia są niezbędnym do tego elementem. Liczyłem więc chociaż na radia lokalne albo mniej mainstreamowe, w stylu Trójki. Podobno gdzieś ktoś coś gra w lokalnych stacjach, ale nie znam szczegółów. A wracając do opinii, czytam głównie te ze swojego fanpage’a, więc mam świadomość, że nie zawsze są w pełni obiektywne. Jeśli ktoś patrzy na płytę przez pryzmat mojej dotychczasowej twórczości i sympatyzuje ze mną jako artystą, to pewnie więcej mi wybaczy. Najbardziej rzetelne recenzje to te całkiem subiektywne, od osób które nie znają moich dokonań Internetowych, a takich czytałem póki co niewiele.

Rozmawiał: Bartosz Grześkowiak

Zdj. z nagłówka: Magdalena Krzak

Podziel się: