NewsroomWywiady

Swiernalis w rozmowie z WLKM.pl: „Tutaj nie ma natychmiastowych wygranych”

We wrześniu ukazał się drugi krążek Swiernalisa – młodego, nietuzinkowego twórcy, podopiecznego wytwórni Kayax. Na Psychicznym Fitnessie konfrontacyjne i emocjonalne teksty ubrane zostały w syntezatorowo-gitarowe, eklektyczne brzmienie. Ich autor opowiedział nam o nowej płycie, procesie jej powstawania, nawykach oraz ich zmianach.

Do Psychicznego Fitnessu ukazał się album komentujący (posłuchaj). Opisywanie piosenek zacząłeś m.in. od wymienienia szczególnych rzeczy, których człowiek uczy się w swoim życiu. Chciałbym cię sprowokować teraz do zrobienia kroku wstecz. Czego ty nauczyłeś się przy okazji swojego poprzedniego, debiutanckiego albumu – Draumy?

Swiernalis: Drauma na pewno nauczyła mnie pokory, bo to, co myślałem przed jej wydaniem, a to, co spotkało mnie później, to dwie różne rzeczy. Zauważyłem jak mocno trzeba dbać o coś, co się ma, co nie jest dane na zawsze. Dotyczy to bardzo wielu kwestii w życiu – materialnych i ludzkich, ale także emocjonalnych. Zrozumiałem też, że frustracja jest oznaką tego, że nie potrafię przyznać się do winy. To najgorsze rzeczy, które kojarzą mi się z Draumą. Wiem już, że dały mi one możliwość rozwinięcia się i pójścia tam, dokąd poszedłem.

A czego nauczyłeś się przy okazji tworzenia Psychicznego Fitnessu?

Dostrzegłem, że tworzenie muzyki to jest warsztat, czyli siedzenie, czasami długo, nad pomysłami. Przez długi czas może nic z nich nie wychodzić, ale kiedy nagle pojawia się jakieś połączenie, pojawia się też energia i coś zaczyna dziać się w kawałku. Takie chwile są ważne – im więcej będziemy ich prowokować, tym więcej będzie możliwości na ich znalezienie, mówiąc krótko – warto postawić na pisanie większej ilości piosenek, ile tylko się da. Moim zdaniem to powinno być nawykiem, jak chodzenie do pracy. Dostrzegłem też, chyba po raz pierwszy w życiu, co to znaczy mieć prawdziwy zespół – zespół muzyków, ale także przyjaciół, gości, którzy się lubią i robią razem coś świetnego. To jest piękna sprawa. Czego jeszcze się nauczyłem? Żeby cieszyć się wszystkim co przychodzi. Chociaż na chwilę.

Doświadczyłeś jakiegoś momentu granicznego pomiędzy Draumą a Psychicznym Fitnessem, od którego mentalnie porzuciłeś pierwszy album i rozpocząłeś pracę nad drugą płytą? W procesie twórczym rysują się w ogóle takie jasne granice?

No nie, nie było jakiegoś kamienia milowego, podczas mijania którego powiedziałem: „Ok. Teraz już zaczynam zabierać się za Psychiczny Fitness”. Niektóre z kawałków, które są na nowej płycie miały się tam nie znaleźć, a nie znalazły się na niej piosenki, które myśleliśmy, że się znajdą. Tak na prawdę wszystko jest wypadkową dynamiki zmiany zdarzeń i czasu. Kiedy wydajesz pierwszą płytę, to masz wrażenie, że piosenki na nią pisałeś tyle, ile masz lat, a w przypadku kolejnej – u mnie było to 3 lata.

Powiedziałeś, że pomiędzy Draumą a Psychicznym Fitnessem przeżyłeś przynajmniej, jak to nazwałeś, dwie dekady emocjonalne, co znaczyłoby, że utwory z drugiego albumu powstawały w różnych okresach twojego życia. To jest dla ciebie słyszalne na płycie? Potrafiłbyś rozróżnić piosenki z poszczególnych momentów emocjonalnych?  

Kurcze, chyba tak. Chyba tak jest, że piosenki stają się dla ciebie stop-klatkami z twojego życia, które wyrzucasz z siebie – wtedy dajesz im nowe, niezależne życie. Ty w pewien sposób przestajesz być ich fundamentem, właścicielem. To być może pewnego rodzaju forma terapii.

Zaskoczyły cię jakieś interpretacje ludzi, co do nowych utworów?

Ja bardzo lubię słuchać i czytać o interpretacjach słuchaczy. Okazuje się, że ktoś potrafi odnaleźć w twojej piosence – w tekście czy muzyce – coś o czy ty nawet nie pomyślałeś, a przecież to faktycznie tam jest. Nie wiesz, jakim cudem mogłeś tego nie zauważyć. Tak dzieje się bardzo często. 

Całość nowego materiału ubrałeś w bardzo interesującą oprawę i nazywasz to koncept albumem…

Nie wydawałem tego, z taką intencją, ale po czasie zauważyłem, że jednak jest spoiwo. Tak na prawdę ta koncepcja jest wypadkową tego, co wyszło – piosenek i ich wspólnego przelotu. Stronę wizualną, nazwijmy to – kreacyjną, wymyśliłem w taki, a nie inny sposób i bardzo podoba mi się jej eksplorowanie, jako narzędzia do tworzenia, ale także pochłaniania muzyki czy sztuki. Nie chcę powiedzieć, że jest to moje alter ego, ale na pewno to jedna z form postaci. Jest to na pewno bezpieczna pozycja i sytuacja.

Zastanawia mnie jak ty interpretujesz tytuł tego albumu. Jak podaje słownik internetowy – fitness to jedna z form rekreacji, a z kolei rekreacja ma być dodatkową przyjemnością, odpoczynkiem. W takim układzie rzeczy psychiczny fitness byłby dla mnie swego rodzaju czerpaniem przyjemności, z rozdrapywania ran, o których śpiewasz. Wiem też jednak, że przez ostatnie lata zmieniłeś swoje podejście do rzeczywistości, nabrałeś emocjonalnego dystansu do wielu rzeczy. Idąc tym tropem, psychiczny fitness może być treningiem hartującym na doświadczenia meandrycznej psychiki.   

Dobrze nawiązałeś pod koniec. Fitness jest ćwiczeniem, które ma sprawiać, że będziemy bardziej wytrzymali czy silniejsi. To pięknie odnosi się również do naszej sfery psychicznej. Jeśli coś będziemy ćwiczyć, to będziemy mogli być w tym coraz lepsi i lepsi. Nie tylko w mięśniach, ale także w psychice czy jakkolwiek to nazwiemy – duszy, w tym czymś wewnętrznym. Druga sprawa jest taka, że fitness to zbiór rzeczy, które trzeba robić cały czas. Nie przynoszą one efektów po tygodniu tylko po paru miesiącach. Tak samo jest z roślinami – nie widzisz przez tydzień czy roślina się zmieniła, ale np. po dwóch miesiącach dostrzegasz, że ma inne liście, że wyrosło w niej coś nowego. Tutaj nie działa system, w którym po wykonaniu czegoś od razu dostajesz nagrodę, na którym oparta jest dzisiaj większości rzeczy na świecie, szczególnie social media (wrzucasz zdjęcie i czekasz na serduszka). Przy fitnessie nie masz natychmiastowych wygranych. Ćwiczy to w jakiś sposób naszego ducha. To po prostu praca nad samym sobą. W momencie, kiedy napotykasz na jakieś problemy, to albo się im poddajesz i od nich uciekasz, albo bierzesz je na warsztat. Jeżeli je pokonasz, to jesteś potem silniejszy.

Poza tym ten tytuł jest nawiązaniem do tekstu Michała Wiraszko z piosenki zespołu Muchy „Zapach wrzątku”, w której Michał śpiewa o „miejskim fitnessie”. Muchy na pewno wywarły na mnie jakiś wpływ, bo słuchałem ich będąc w Poznaniu. To jest ukłon w stronę Michała, wykonany trochę podświadomie. Wszyscy na siebie wpływamy i to jest super.

Kogo jeszcze wskazałbyś jako inspiracje przy tworzeniu Psychicznego Fitnessu? Szczególnie ciekawi mnie aspekt pojawienia się na tej płycie elektroniki, która jest nowością w twojej muzyce. 

Tak na prawdę ta nowość trwa już trzy lata, od kiedy kupiłem sobie pierwszy syntezator. Gdy zacząłem robić na nim piosenki okazało się, że brzmią one zupełnie inaczej niż te, które pisałem wcześniej na gitarze. Dzięki syntezatorowi wiele rzeczy jest możliwych do zrobienia i to na pewno bardzo mocno wpłynęło na moją muzykę. Więc jako inspirację, przekornie, zamiast artystów, podałbym instrumenty czyli syntezatory. Jeśli chodzi o artystów – jest ich cała masa. Od klasyków, których nadrabiałem, typu David Bowie, którego nigdy nie słuchałem, a teraz przez ostatnie lata zacząłem odkrywać, po jakieś nowoczesne istoty typu FKA twigs, którą wręcz ubóstwiam. Także w polskim muzycznym świecie bardzo dużo się dzieje i to jest ekstra.

Kogo byś wyróżnił?

Oglądałem rozdanie Fryderyków i w większości konkurencji strzelałem zupełnie inny wybór niż ten, którego dokonała Akademia. Okazało się więc po raz kolejny, że nie mam gustu takiego, jak większość. Ale wymieniłbym np. Króla (który dostał Fryderyka), który jest artystą bardzo wzbogacającym nasze pole muzyczne. Jest dużo fajnych rzeczy w rapie, producentów, którzy teraz tak na prawdę się croosują – ktoś robi techno, wysyła bit do hip hopowca i powstaje płyta Pezeta; ktoś robi bit bardziej punkowy, wysyła to do rapera i wychodzi „Anarchia” Bedoesa z Lankiem. Są fajne rzeczy, ale jest ich mnóstwo i ciężko je przecedzić. Najtrudniej jest mi chyba znaleźć muzykę, która mi się spodoba. Trzeba przebijać się przez kawałki, które są nijakie, a ich słuchanie jest stratą czasu. Co jakiś czas natrafiasz na jakąś perełkę, ale jak sam pewnie wiesz, nie jest to często.     

Do tematu wielości muzyki chciałbym jeszcze wrócić. Pozostańmy na chwilę przy warstwie muzycznej twojej nowej płyty. Skąd u ciebie brak klasycznego schematu piosenki? Na Psychicznym Fitnessie słychać to np. w „Tronie” czy „Tangu”, ale już Drauma składała się z nieoczywistych strukturalnie numerów.

Okazuje się, że nie umiem pisać piosenek tak, jak powinno się je pisać, jak uczą tego w szkołach – z intro, zwrotką, bridgem, refrenem, drugą zwrotką, bridgem i refrenem. Ja zawsze o tym zapominałem. Robię piosenki w jakiś dziki i nieuporządkowany sposób – pewnie przez to, że nie jestem muzycznie wykształcony, wtedy byłoby mi łatwiej je pisać. Wydaje mi się, że utwory z drugiej płyty są już bardziej piosenkowe, niektóre kawałki z Draumy faktycznie wymagały od słuchacza wiele uwagi. Odkąd zacząłem grać na pianinie łatwiej jest mi robić schematyczne rzeczy, jak np. „Ogrodnik”. Pod tym względem uwielbiam pianino. Te niestandardowe struktury utworów, wychodziły więc pewnie dlatego, że robiłem je na gitarze, na której grałem troszkę na czuja, na swój sposób. Jest też artysta, którego bardzo cenię w swoim życiu, który za bardzo nie liczy się z tymi strukturami piosenek – to Tom Waits. Może trochę od niego to przejąłem.

Drugi album, w przeciwieństwie do pierwszego, tworzyłeś już z wieloosobowym zespołem (w składzie: Adam Fordon, Adam Świerczyński, Kacper Budziszewski i Szymon Siwierski, producent – Paweł Cieślak), co ma też za pewne swoje odbicie w piosenkach.

Właściwie pierwszą płytę zrobiliśmy w dwie osoby – Paweł Cieślak i ja. Wtedy lwią część roboty robił Paweł – np. ja nagrywałem gitarę i wokal, a on resztę instrumentów (tak było w przypadku „Sierści”). Paweł miał na mnie bardzo ogromny wpływ producencki, co wyszło świetnie. Wydaje mi się, z perspektywy czasu, że nie mogłem sobie tego dziwnego debiutu wymarzyć lepiej. Przy drugiej płycie również nagrywaliśmy z Pawłem, ale pojechaliśmy do niego z chłopakami z już prawie skończonym materiałem, z gotowymi aranżacjami. On nam to produkował, nie zmieniając jednak tak dużo, jak przy Draumie. Niektóre piosenki, jak np. „Tango”, w warstwie aranżacyjnej zostały w zasadzie przez niego nie ruszone, poprawił w nich tylko brzmienia i partie.

Bardzo się cieszę, że na tej płycie tak mało grałem. Tak też jest na koncertach. Wolę oddać to chłopakom, a sam skupić się na śpiewie. Odkryłem, że można mieć wspaniały kontakt z ludźmi, kiedy tylko się śpiewa i nie trzeba się martwić niczym innym – tym, żeby coś zagrać czy zmienić instrument. To jest bardzo fajna zmiana z pierwszej płyty na drugą.

Długo zajęło ci skompletowanie tego zespołu?

Było to bardzo długą i zaskakującą koleją rzeczy. Wszystkich chłopaków, najlepsze pokemony (śmiech), udało mi się skompletować przez dziwne przypadki. Na pierwszego wpadłem na jego koncercie; drugiego znałem wcześniej, bo grał ze mną jeden koncert; trzeciego poznałem na festiwalu w Białymstoku, ja się strasznie spiłem, on też (śmiech); kolejnego w Internecie. Okazało się, że chłopaki świetnie się dogadują mimo różnic, jakie ich dzielą. Kiedy wychodzimy i gramy koncert, to jestem dumny, że udało mi się skompletować taką szajkę. Trwało to ponad dwa lata – kupa czasu zainwestowana przez chłopaków. Teraz wszystkie ręce na pokładzie, co jest wspaniałe. 

Dzisiaj jako odbiorcy muzyki jesteśmy przebodźcowani – w sieci codziennie pojawią się nowe utwory, nowe wydania. Mam wrażenie, że wiele z nich potrzebuje większej ilości odtworzeń niż jedno, by zapisać się w głowie słuchacza na dłużej. Zdobycie uwagi zatopionego w sieci obserwatora może być wyzwaniem dla muzyka. Jak ty sobie z tym radzisz? Jak podchodzisz do kwestii promocji swojej twórczości, np. obecności w social mediach?

Ja bardzo lubię szczerość. Kiedy patrzę na social media osób, które znam, widzę, że część z nich jest sobą, a część stara się udawać kogoś innego. Bardzo sobie cenię ludzi szczerych, staram się nimi otaczać i sam też być szczery. Jeśli chodzi o podejście do spraw medialnych, to o to chodzi mi najbardziej. Jeśli chodzi o przebodźcowanie, związane z tym jak wiele muzyki dzisiaj wychodzi – jeżeli chcesz mieć pewność, że ktoś cię przesłucha, to najlepiej jest zapłacić – wykupić reklamę czy zrobić jakąś kampanię marketingową. Dobra muzyka się nie obroni i nie wiem kiedy się broniła, pewnie z 50 lat temu. Przy dzisiejszym rozwoju mediów i reklamy dotarcie do czyichś uszu jest bardzo trudne. Wydaje mi się, że warto muzykę podeprzeć jakąś ciekawą historią albo osobą. Ale prawdziwą, nie udającą kogoś innego.

Technika to w ogóle sprzymierzeniec muzyka?

Na pewno jest wyzwaniem, bo wymaga dostosowywania się do nowych czasów, nowych zależności – dzisiaj najlepiej jak jesteś muzykiem celebrytą, z dobrze prosperującym kontem w internecie. Wydaje się, że obecnie zmierza to w tę stronę, że muzyka będzie intensywnie użytkowana w aplikacjach takich jak Tik-tok, gdzie w ciągu tygodni powstają wirale z miliardową ilością odtworzeń. Z drugiej strony, może za chwilę przyjdzie czas powrotu do sztuki wysokiej, bo wychodzi na to, że ta sinusoida niedługo powinna pójść w właśnie w tym kierunku. Na pewno przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach. To jest coś pięknego, że mamy internet, komputery i smartfony, czasami po prostu cieszę się z tego, że mogę używać takich przedmiotów. Pamiętam, że kiedy byłem trzynastolatkiem i grałem w gry typu Gothic czy Diablo II, marzyłem o tym, żeby mieć mapę, na której widać gdzie jesteś. Dzisiaj mamy to w smartfonach, jako Google Maps. Ten świat się ogromnie zmienił. W kwestii muzyki na pewno pomogło to w ten sposób, że każdy może tę muzykę dzisiaj robić, minusem jest to, że każdy może ją opublikować – no i mamy klęskę urodzaju. Myślę, że dostosowywanie się muzyków do tej sytuacji będzie jakieś dziwne, ewolucyjne. Nawet już teraz, przez pandemię, kiedy drastycznie spadła ilość koncertów, twórcy robią różne rzeczy.

Jak ta pandemia artystycznie wpłynęła na ciebie?     

Początek był bardzo ciężki. Byłem pierwszą osobą w mojej pracy, w szkole, w Republice Rytmu, gdzie uczyłem produkcji muzyki, która zrezygnowała z zajęć z powodu zbyt dużej ilości zachorowań. Dzień później wydano zarządzenie, że wszystkie szkoły są zamknięte. Zaczęła się ta pandemia i nie mogłem się w tym odnaleźć. Brakowało mi jakiegoś sposobu, żeby wziąć to na warsztat i przeżywać normalnie. Kilka dni przed zamknięciem kupiliśmy z dziewczyną Play Station. Bardzo dużo czasu grałem w Call od Duty, co dawało mi jakąś przedziwną drogę ucieczki od problemów. Dopiero po dwóch miesiącach wróciłem do muzyki – siadałem do niej czasami po kilka godzin, ale wychodziła ona ciężka, mroczna, bardzo destrukcyjna. Teraz z perspektywy czasu wiem, że było to też związane ze stresem, z wydaniem i przełożeniem płyty – mieliśmy ją wydać już w maju, co przesunęło się ze względu na pandemię. Takie niepewnościowe sytuacje nie wpływają na mnie dobrze. Potem się jakoś ogarnąłem i zacząłem być produktywny. Najtrudniej chyba było mi w tym czasie być właśnie produktywnym.

I jak będzie wyglądała teraz twoja sytuacja koncertowa z Psychicznym Fitnessem?

Będziemy się starali trochę z tą płytą pojeździć, bo zetknięcie się z nią na żywo jest jeszcze innym kosmosem. Zawsze kochaliśmy koncerty, nawet kiedy graliśmy ich dużo, więc teraz, kiedy prawie w ogóle nie możemy występować, jesteśmy wygłodniali. Każda z takich chwil jak koncert, w dzisiejszych czasach, to celebracja najpiękniejszego, u samego źródła.

Nawiązując do obecnej sytuacji, ale nie tylko, na koniec chciałbym cię zapytać o to, kiedy czujesz największe wsparcie ze strony słuchaczy.

Bardzo podziwiam tych, którzy mają ochotę sprawdzić jak brzmi to, co tworzę – zazwyczaj kiedy już sprawdzą, to z tym zostają. Ciekawość to jest cecha, o którą warto walczyć; czasami gubimy ją, kiedy przestajemy być dzieckiem, przez co później nie jesteśmy już ciekawi świata. Bardzo się cieszę, że ludzie odnajdują się w moich piosenkach, w tekstach, nadają im nowych znaczeń, których ja nie przewidywałem czy nie zauważyłem, że ta muzyka zaczyna żyć własnymi życiami. To jest najpiękniejsze w tym wszystkim, że moje piosenki wchodzą w relacje z ludźmi.

foto: Michał Pańszczyk