NewsroomRelacje

Relacja: Męskie Granie – Gdynia

W Gdyni w ubiegły weekend mieliśmy małe święto polskiej muzyki. Albo nie – wcale nie takie małe. Męskie Granie to przecież jeden z bardziej cenionych festiwali, a w dodatku w tym roku obchodzi swoje dziesięciolecie!

Kiedy na scenie pojawia się Piotr Stelmach – już wiesz, że będzie to kolejny świetny koncert z cyklu Męskiego Grania, przecież to właśnie on jest jednym ze znaków rozpoznawczych. Tak się składa, że w tym roku to wyjątkowa edycja, bo ten wędrowny festiwal odbywa się już od dziesięciu lat. Przez ten czas powstało wiele dobrych dźwięków, a także wiele muzycznych klasyków dostało nowe życie. Tak też stało się i w tym roku!

Wybierając się na festiwal nie miałam specjalnie mocno wygórowanych oczekiwań. Wiedziałam, że będzie dobrze, ale chyba nie spodziewałam się, że aż tak! Od koncertu minęło już kilka dni, a ja wciąż w głowie mam te wszystkie wykonania i nadal nie mogę wyjść z zachwytu.

Występy na głównej scenie otworzył zespół Bitamina. Co tu dużo mówić – panowie zawsze zachwycają swoim nietuzinkowym podejściem do muzyki. Nieważne, ile razy pójdę na ich koncert, zawsze podoba mi się tak samo. Przeplatające się piosenki z charakterystyczną dla nich poezją zdecydowanie przypadły do gustu gdyńskiej publiczności.

Wojtek Mazolewski i John Porter z kolei pokazali nam, na czym polega ich filozofia pojmowania muzyki. Oczywiście nie piszę tego bez powodu, ponieważ ich wspólna płyta jest zatytułowana właśnie „Philosophia”. Widać i słychać, że obaj panowie świetnie się bawią przy okazji występów. Oni po prostu żyją muzyką i czują ją w 100%. Mimowolnie, gdy widzę Johna Portera na scenie, mam przed oczami występy Nicka Cave’a. Prawda, że uderzające podobieństwo? Zdecydowanie.

Kolejnym i zarazem jednym z najjaśniejszych punktów całego programu był koncert pod nazwą Tribute to Lombard. W te kilkadziesiąt minut, pod wodzą Kuby Karasia, przeprowadzono nas przez dzieje twórczości Lombardu – od największych hitów po mniej znane kawałki.

Muszę przyznać, że dwa covery z tego koncertu na pewno na długo zapadną mi w pamięci. Po pierwsze mam tutaj na myśli „Szklaną Pogodę” w wykonaniu Marceliny. Kto nie zna tej piosenki? Zakładam, że nie ma takich osób. Taki przebój w połączeniu z wyjątkowym („słodkim”, lecz „mocnym”) głosem Marceliny okazał się czymś niesamowicie chwytliwym. Drugim utworem, który wywołał u mnie wiele emocji był „Jej głos po tamtej stronie” zaśpiewany w duecie – Kasia Lins i Mrozu. Wyszło im to tak znakomicie, że aż robi się smutno, gdy okazuje się, że był to tylko jednorazowy występ.


Krzysztof Zalewski, choć nie tak dawno odwiedził trójmiejską publiczność, również wypadł znakomicie. Wystąpił zupełnie sam – ale nie, proszę nie myśleć, że był to akustyczny koncert czy coś w tym rodzaju. Były wszystkie potrzebne instrumenty, ale poradził sobie z nimi zupełnie sam. Stąd od jakiegoś czasu wciąż powtarzam, że Krzysiu to ewidentnie człowiek orkiestra. Niespodziewanie pojawił się także gość specjalny – Natalia Nykiel, z którą wspólnie zaśpiewali utwór pt. „Polsko”. Na sam koniec występu, postanowił na chwilę cofnąć się w czasie i przenieść nas do ubiegłorocznej edycji – a to wszystko za sprawą poprzedniego hymnu Męskiego Grania, którym jest „Początek”.

Przez długi czas nie mogłam oswoić się z nową odsłoną Kasi Nosowskiej w postaci albumu „Basta”. Powoli, małymi krokami, akceptowałam zmiany w jej twórczości. Jednak w sobotę dotarł do mnie w końcu przekaz płyty. Dopiero teraz w pełni zrozumiałam fenomen tego projektu. Dodatkowo, jak zwykle, Kasia czaruje nie tylko swoją twórczością, ale głosem i osobowością. Najciekawszym momentem dla mnie okazał się duet zaśpiewany z synem Mikołajem, czyli piosenka pt. „Mówiła mi matka”. Przed tysiącami ludzi odkryli swoje prywatne rodzinne rozmowy, które zapewne też padają w wielu domach na co dzień.

No i w końcu nadszedł czas na najważniejsze, czyli koncert na który czekali wszyscy – Męskie Granie Orkiestra. Piotr Stelmach zapowiadając ich, podkreślał, że tutaj nie ma liderów – jest czwórka równouprawnionych artystów. Każdy z nich wnosi do orkiestry coś swojego, małą cząstkę siebie i swojego poczucia muzyki. Krzysztof Zalewski, Igor Walaszek, Tomasz Organek, Kasia Nosowska – to właśnie te nazwiska królowały tego wieczoru. Wspólnie stworzyli coś pięknego, co zapisze się w kartach historii Męskiego Grania.

Jak (mam nadzieję) wszyscy wiecie, punktem kulminacyjnym całego wydarzenia jest występ Orkiestry, która od nowa powołuje do życia lekko zakurzone polskie przeboje. Wśród nich usłyszeliśmy między innymi: „Sing Sing” Maryli Rodowicz, „Długość Dźwięku Samotności” Myslovitz, „Miód” Natalii Przybysz, „Kocham Wolność” Chłopców z Placu Broni czy „Wspomnienie” Czesława Niemena. Do Orkiestry na chwilę dołączył aktor – Jakub Gierszał i wykonał „Wojenkę” z repertuaru Lao Che. Trzeba przyznać, że obok talentu aktorskiego drzemie w nim także niemały talent wokalny. Już na sam koniec, jak stanowi tradycja, wybrzmiał hymn tegorocznej edycji, którym jest utwór pt. „Sobie i Wam”.

Moim okiem (a w zasadzie uchem) tegoroczna edycja wiele zawdzięcza Igorowi, ponieważ nadaje on pewnego rodzaju świeżości. Nie wspominając już o tym, jak zjawiskowym głosem dysponuje. Widziałam go dopiero po raz drugi na scenie i muszę przyznać, że jestem absolutnie zachwycona. Proszę mi wierzyć, że wielka kariera dopiero przed nim.

Męskie Granie jest dla mnie niezwykle ważnym festiwalem, ponieważ to właśnie tam, co roku, celebruje się wszystko to, co ważne na naszej polskiej scenie. Dowodem na to, jak wielkim uznaniem cieszy się wydarzenie są bilety znikające w błyskawicznym tempie. Życzę „Sobie i Wam”, aby co roku przygotowywano tak piękne muzyczne niespodzianki.